Nie będzie tu recenzji, ale raczej opis wrażeń, jakie wiążą się z przeczytanymi książkami. Ku pamięci. Mojej pamięci.
RSS
poniedziałek, 02 lutego 2009
Paul Arden „Cokolwiek pomyślisz, pomyśl odwrotnie”

Nie jest to na pewno książka, która wciąga swą akcją, bo akcji w niej nie ma - choć czytelnik jest ciekawy, co autor powie na następnej stronie. Czasem można się srodze rozczarować, czasem zamyślić, a czasem uśmiechnąć. Jest to coś na kształt poradnika, ale mocno nietypowego - propaguje nowatorskie, „odwrotne”, spojrzenie na wszystko, a w szczególności na karierę zawodową, porażki, postęp.

Cokolwiek pomyślisz

 Każda strona, czy raczej „dwustrona”, to odrębna myśl opatrzona często bardzo ciekawym zdjęciem bądź rysunkiem. Autor pracował w uznanej agencji reklamowej i chyba ma oko do ilustrowania pojedynczego zdania czy opowiastki. 

Mały przykład treści: 

„Pewien profesor kąpał się w rzece Cherwell w Oxfordzie, w miejscu zwanym Parson’s Pleasure, gdzie zwykle pływano nago. 

Kiedy wynurzył się z wody, zauważył płynącą obok łódź ze studentami, więc złapał ręczniki owinął nim sobie głowę”. 

I już. Koniec historii. Żadnego komentarza. 

A teraz wykorzystany przez niego przykład nowatorskiego, jak na lata 30., zdjęcia Andre Kertesza, którego zwiędły tulipan bije na głowę wszystkie tradycyjnie piękne kwiaty i przez to łamie konwenanse: 

Andre Kertesz

 Nie ukrywam, że czasami miałam wrażenie, iż pan Arden, realizując myśl, by myśleć odwrotnie, postanowił sprzedać książkę bez treści albo album bez zdjęć. Ale z drugiej strony jest tu coś, co mnie zainspirowało. Nie, nie twierdzę, że przewartościował się mój świat i że jestem innym człowiekiem. Arden aż tak dobrym manipulatorem nie jest. Niemniej sięgnęłam w księgarni po wątłych rozmiarów książkę, by ją przejrzeć i odłożyć, a potem poszłam z nią do kasy. :) A nie jestem wielbicielką jakichkolwiek poradników.

piątek, 16 stycznia 2009
Elia Kazan „Akty miłości”

Przeczytałam. I jestem z lekka skonfundowana... 

Historia rozpoczyna się od tego, że syn dzwoni do ojca i prosi, by ten przyjechał do niego, do bazy wojskowej po to, by poznać jego przyszłą żonę. Niby nic. Przecież chce, aby ojciec poznał swoją przyszłą synową. Ale to od akceptacji ojca zależy związek tych dwojga. Wytłumaczeniem może być to, że rodzina chłopaka pochodzi z Grecji, gdzie głowa rodu decyduje o życiu dzieci i żony, kobieta ma odgadywać zachcianki mężczyzny, a on sam jest po prostu panem i władcą.

 Akty miłości

No dobra - syn chciał zapoznać ojca z narzeczoną. Jest to szczególnie ważne, gdyż ona jest Amerykanką (a przecież z Amerykankami można sypiać, lecz żenić się trzeba z Greczynkami!). Nie była wychowywana w rodzinie z tak silnym patriarchą, a jednak bez słowa podporządkowuje się tym wszystkim zabiegom, które mają na celu zdobycie przychylności starego Greka. Narzeczony podpowiada - co ja mówię - każe jej założyć konkretną sukienkę, żeby lepiej wypadła jako skromna, uległa dziewczyna. Ona nawet prosi narzeczonego, aby zawsze mówił jej, co ma robić, a posłuszeństwo wymuszał pięścią. Ten nie bardzo jest do tego skłonny, więc zaczynają się kłopoty. Zabiegi dziewczyny o sympatię przyszłego teścia zaczynają zabarwiać się jakimś chorym uzależnieniem. Zresztą okazuje się, że dziewczyna do świętych nie należy. Jest modliszką niszczącą mężczyzn, z którymi się wiąże. A jednocześnie sama jest bardzo pokaleczona. 

Napisałam, że jestem skonsternowana. Bohaterka absolutnie nie odpowiadała mojemu typowi charakteru. Wściekałam się na jej decyzje i wkurzała mnie jej głupota. Ale trzymałam kciuki, żeby jej się powiodło, żeby udało jej się wykręcić z tych wszystkich niesłychanych sytuacji, w które sama się pakowała. Nie chciałabym spotkać takiego człowieka na swojej drodze i nie chciałabym, aby ktoś taki stanął na drodze moich bliskich. Bałabym się jej. Bo jej destruktywna siła niszczy nie tylko tych, z którymi wiążą ją jakieś relacje - niszczy wszystko, co ją otacza. A z drugiej strony bardzo jej współczułam i odczuwałam bezsilność z powodu jej autodestrukcji, gdyż jej negatywne decyzje przede wszystkim niszczyły ją samą. To taki typ, który potrzebuje pomocy, ale nigdy jej nie przyjmuje, bo ma własną wizję. W dodatku ta wizja jest nierealna. Poza tym to, co jej podoba się w danej chwili, na drugi dzień zaczyna ją męczyć. Totalne pomieszanie. Chyba chciałam, żeby coś zrozumiała i „nawróciła” się. 

Jeśli ktoś myśli, że jego związek jest porąbany - polecam. Można nabrać dystansu do siebie. ;) Jeśli ktoś jest zraniony przez płeć przeciwną (nie ma znaczenia którą) - może utwierdzić się w tym, że kobiety/mężczyźni to świnie. Jeśli ktoś czuje się zniewolony - może pocieszyć się, że niemal znajduje się w raju, bo przecież nie jest częścią jednej wielkiej greckiej familii, w której każdy musi znać swoje miejsce (nie potępiam tej familijności - bo jest też pewna tęsknota za prawdziwą, zdrową rodziną). Dobra, nie piszę więcej. Jeśli ktoś chce podjąć ryzyko - niech to robi na własną rękę.

sobota, 10 stycznia 2009
Yves Jego, Denis Lepee „Tajemnice Boscha”

Uwielbiam książki o malarzach i ich dziełach. Taki na przykład „Kod Leonarda” czy „Anioły i demony” pochłonęłam w błyskawicznym tempie nie dlatego, że wciągnęła mnie fabuła, intrygi i spisek (och, ten wstrętny Watykan i jego poplecznicy! ;)), ale właśnie ze względu na wplątanie tam wątków artystycznych. Tak, kupiłam sobie nawet jakieś mocno wypasione wydania z reprodukcjami. A co? Miałam fantazję ułańską. 

Dlatego gdy zobaczyłam tytuł „Tajemnice Boscha” i okładkę z reprodukcją fragmentu „Sądu ostatecznego”, to nawet nie szukałam wymówki. Tak, tak, drodzy wydawcy, wciśniecie mi każdy bubel o tej tematyce. ;)

Tajemnica Boscha

W Bois-le-Duc (Księstwo Brabancji), mieście Boscha, dokonano straszliwej zbrodni. Zwłoki ludzkie zbezczeszczono, jego fragmenty pomieszano z truchłem zwierzęcym - a wszystko to stało się w kościele. Nie jest to jedyna tego typu masakra. W różnych częściach Cesarstwa Niemieckiego dochodzi do podobnych mordów. Głównym podejrzanym staje się stary malarz - Hieronim Bosch, ponieważ dziwaczne postaci tworzone z trupów przypominają jego dzieła. Jednakże tak naprawdę nie chodzi tylko o Boscha (w końcu to tylko jeden człowiek - nie on pierwszy cierpiałby niewinnie). Problem w tym, że sytuacja w Cesarstwie Niemieckim nie jest zbyt stabilna - Francja (Ludwik XII) naciska na Watykan (Juliusz II), by ten ekskomunikował cesarza Maksymiliana i cały naród niemiecki, gdyż szerzy się tam zło (Marcin Luter zaczyna już głosić swe nauki i do tego te nieszczęsne zbrodnie!). Młody król Anglii (Henryk VIII) próbuje zjednoczyć Europę przeciwko Francji. Dlatego pokój na kontynencie zależy od ujawnienia zbrodniarza/y. Papież wzywa zaufanego artystę (znów ten Leonardo - ma chłopak wzięcie), aby rozwikłał zagadkę. 

Uff, nawet się nie pogubiłam w tych sprawach historyczno-politycznych. 

Jest oczywiście i wątek miłosny - Gabriela (córka Ginevry de Benci; portret Ginevry poniżej) zakochuje się w Filipie I Pięknym (syn cesarza) ze wzajemnością - wątek beznadziejny. A tak na marginesie... czasami mam wrażenie, że gdzieś na jakichś kursach pisania powieści ktoś kiedyś powiedział potencjalnym pisarzom, że aby coś się sprzedało, musi zawierać drgnięcia serc, dwie połówki pomarańczy czy wariacje na ten temat. Jakby bez miłości nie było książki. Naprawdę, w roli wybawcy Filipa świetnie sprawdziłby się jakiś serdeczny przyjaciel, a nie wątła dziewuszka, co to poza pałac nosa wcześniej nie wyściubiła. 

Ginevra

Obrazek wzięty stąd.

Ale co tam zakochani, dawno obrócili się w proch! Miłość nie jest wieczna, w przeciwieństwie do Rzymu, dzieł Dürera, Boscha, czy - niech im tam będzie - Rafaela, Leonarda, Giorgiona, Tycjana, Bramantego. To, co bardzo podziałało mi na wyobraźnię, nie jest niczym niezwykłym i odkrywczym. Chodzi o to, że wszyscy oni żyli mniej więcej w tym samym czasie. Niektórzy zapewne kontaktowali się ze sobą i oddziaływali na siebie. Byli ludźmi. Oczywiście, że autorzy książki wypełnili nieznane luki w ich życiorysach i dodali im jakieś cechy. Nie zmienia to jednak faktu, że żyli oni w konkretnym czasie i że ich osie czasowe pokrywały się. Kiedy przeglądam albumy, czytam monografie - zawsze oddaję się jednemu artyście. Biorąc do ręki następny album, myślę już o drugim. W „Tajemnicy Boscha” oni wszyscy stali się bohaterami jednej książki. To trochę tak, jakby w jednym filmie zagrały same fascynujące gwiazdy.  

Trudno ocenić mi tę książkę. Z jednej strony postacie historyczne nabrały rumieńców (ogromny plus). Historia staje się pasjonującym teatrem wydarzeń (znowu plus). Poza tym pomysł zbrodni inspirowanych sztuką też niczego sobie. No ale nie ukrywajmy - jest to zwyczajne czytadło. Przy czym zainspirowało mnie do pogrzebania w sieci i dzięki temu okryłam, że w ms2 odbywają się wykłady z historii sztuki - i już dziś dowiedziałam się nieco o występujących w książce postaciach. Czyli znów plus. I niech tak zostanie. ;)

piątek, 09 stycznia 2009
Edward Redliński „Konopielka”

„Co innego wstawać latem, co innego zimo. Słonko to zawsze wstaje równo, zaraz po kogutach, i to zima czy lato, tyle że latem pokazuje sie od razu, latem dużo roboty, a zimo, jesienio wyleguje sie: nie wschodzi na niebo, bo po co? Leży sobie pod spodem, wygrzewa sie po ciemku, czochra sie, całkiem jak w chatach gospodarze. 

[...] 

Taki, co by widział przez ściany i ciemno, zobaczyłby naraz we wszystkich chatach nogi, jak raptem my wyłażo spod pierzynów i boso szukajo podłogi, macajo. A już i głowy, plecy dźwigajo sie, prostujo i nie wiadomo kiedy na wszystkich łożkach siedzo męszczyzny w gaciach i koszulach, oczy dalej majo zapluszczone”*. 

Tak zaczyna się „Konopielka”, znana mi do tego pory jedynie z filmu z 1981 roku. Film był świetny, więc brnęłam przez kolejne strony. Na początku czytało mi się bardzo ciężko, bo żeby zrozumieć sens, musiałam przeczytać każdy wyraz, a nie jedynie omieść go wzrokiem. Ech ta gwara...  

Konopielka

Rzecz się dzieje na białostockiej wsi w latach powojennych. Wieś jest odseparowana od „nowoczesnego” świata bagnami, rzeką, jej licznymi odnogami. To czasy, kiedy brak jest elektryczności, a nawet brak potrzeby elektryfikacji. Czasy, w których żyto zbierać można jedynie sierpem, bo tato i tato taty, i tato taty taty zawsze tak zbierali, bo jak podejdzie się do zboża z kosą to Pambóg się gniewa. I do takich właśnie Taplar, gdzie wszystko ma swój porządek i gdzie jedyną niewiadomą może być tylko to, czy duch Grzegora naprawdę się pojawił, przyjeżdżają miastowi i nauczycielka. Ich przyjazd i zapowiedź zmian na zawsze odmieni Taplary. 

Kto oglądał film, wie, o co chodzi. Kto nie widział filmu - polecam. 

I wracając do moich odczuć... Przede wszystkim owa gwara przypomniała mi dość długie wakacje spędzone właśnie na białostockiej wsi pod koniec lat osiemdziesiątych. I tak jak teraz miałam trudności z wejściem w język pierwszych stron „Konopielki”, tak też pierwsze dni wakacji były dla mnie czasem odkryć, wsłuchania się w melodię języka niby polskiego. Poznawałam znaczenie nowych słów i dowiadywałam się, że zapach można "usłyszeć". Pani nauczycielka-konopielka często kręcąc głową mówiła: „jak w buszu”. Ja też byłam trochę wyjęta ze swojej rzeczywistości i włożona w tamtejszą rzeczywistość. Po strasznie burzliwej nocy, kiedy rankiem wszyscy dziękowali Bogu, że piorun w chałupę czy stodołę nie strzelił, ja zdziwiona ich obawami powiedziałam: „No przecież i tak walnąłby w piorunochron”. Taaaa, po wyrazie ich twarzy zorientowałam się, że piorunochronów nie mieli i że moja noc była w nieuzasadniony sposób spokojna. ;) I mogłabym tak długo. Teraz ta wieś jest całkiem inna - współczesna, bogata (wzbogacona głównie przez wyjazdy do Ameryki w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych). Pewnie tak jak Taplary Redlińskiego. 

„Konopielka” w gruncie rzeczy mówi o zderzeniu tradycji z nowoczesnością. I o odwadze, jaką trzeba się wykazać, by iść pod prąd, by wziąć kosę na żęcie żyta, by skonfrontować bajania z rzeczywistością. I pomimo trudności nie ustawać. Od dziś Kaziuk jest moim bohaterem, choć często strasznie mnie denerwował. 

„Od porządku, ludkowie, jest Pambóg, on pilnuje, żeby wszystko szło jak szło, było jak było. A diabeł chce zmieniać, podpowiada: ulepszać. Słyszycie? Ulepszać! Już jemu mało, że krowa cieli sie, dzie tam: on chce, żeby sie źrebiła! O, do czego idzie! [...] Chłop z chłopem spać będzie, baba z babo, wilki latać, bociany pływać, słońce wzejdzie na zachodzie, zajdzie na wschodzie! Chybaż wiecie, że co noc jest taka chwilka, kiedy Pambóg musi odpocząć! Zamyka oczy i śpi, chwilkę, ale śpi. A natenczas wszystko co żywe ustaje: rzeki stajo i młyny nie obracajo sie! [...] I wtedy diabeł robi co chce: jednym palcem przewraca, przestawia, podmienia! A w miastach, co w miastach sie wyprawia! W dzień śpio, w nocy pracujo, w piątki nie poszczo, niedzielów nie świętujo! Sodomagomora!” 

Heh, a ja właśnie w owe wakacje się dowiedziałam od mojej rodziny spod Białegostoku, że w piątki katolicy powinni pościć. Strasznie miastowa ja byłam i jestem. ;) Można sobie wyobrazić, co czułam, gdy po lekturze "Konopielki" dzwoniąc do łapskich ciotek z życzeniami usłyszałam, że „dzieci jeszcze nie ma, bo pracujo”. :) Uwielbiam takie sytuacje. 

„Konopielka” to chyba największe moje odkrycie ostatnich miesięcy. Będę do niej wracać, by uśmiechnąć się, zastanowić, wkurzyć i przyjąć na tyłek kopa do zmierzenia się ze światem. ;)

* Teraz ulubionym zwrotem w naszym domu są "zapluszczone oczy". :)

poniedziałek, 29 grudnia 2008
Michel Faber „Szkarłatny płatek i biały”

Oglądaliście „Amadeusza” Milosza Formana? A pamiętacie cesarza, który po wysłuchaniu jednej z oper Mozarta stwierdził, że było tam za dużo nut? No i właśnie, ja podczas lektury czasami czułam się jak cesarz-profan. Czasami wydawało mi się, że w tej książce jest za dużo słów, akapitów, stron. Czytałam i czytałam. I czytałam. I widziałam, że za mną dopiero dwieście stron. Trzysta.... Siedemset... Bogowie! Patrzyłam na półki z książkami, książki na podłodze, na biurku i miałam wrażenie, że utknęłam w „Płatku”, kiedy wokół tyle z pewnością genialnych książek! Ale jak wyzwanie to wyzwanie - byłam dzielna i zacisnęłam zęby.

 Szkarłatny płatek

I teraz pewnie powinny paść bardzo krytyczne słowa z mojej strony. Ale nie! Z czasem zaczęłam się przyzwyczajać do fizycznego ciężaru książki i doceniać jej zawartość. Ale od początku... 

Historia opowiada o prostytutce imieniem Sugar, która spotyka Williama Rackhama - nieudolnego człowieka, który kiedyś ma zamiar coś napisać i wydać. Jednakże ojciec ogranicza dostęp do gotówki, próbując zmusić go do zajęcia się nieźle prosperującą firmą Rackham Perfumeries. I wtedy na jego drodze staje Sugar, która zgadza się na takie numerki, na jakie nie zgadzają się inne prostytutki. Inteligencja dziewczyny stanowi miły dodatek. William, aby zaimponować bogactwem swej utrzymance, zmusza się do przejęcia firmy ojca. Sugar z byle jakiego domu publicznego trafia pod opiekę człowieka, który się dla niej zmienił. Historia Kopciuszka? Ale kto miałby być Kopciuszkiem - Sugar czy William? William ma chorą psychicznie żonę i całkiem zdrową córkę. To tak pokrótce jeśli chodzi o treść. 

A teraz plusy: 

1. Brawa dla pana Fabera za to, że nie zdradził czytelnikom, jakież to cenne i niespotykane umiejętności łóżkowe posiadała panna Sugar, które ujęły częstego bywalca domów uciech. To tak jak w horrorach: kiedy zobaczymy potwora, bardzo często czujemy rozczarowanie - niby tego mieliśmy się bać? Współczesne społeczeństwo chyba dość trudno zaszokować „nowinkami” seksualnymi. Pewnie co drugi czytelnik robił owo tajemnicze „to”, a reszta widziała to w Internecie. ;) Choć, nie ukrywam, tryskanie wodą z pochwy nadal stanowi dla mnie źródło dogłębnych przemyśleń. :) 

2. Ujęła mnie znajomość czytelników (a przynajmniej mnie), jaką wykazał się autor. W pewnym momencie, kiedy Agnes zaczęła mieć poważne problemy ze zdrowiem, pomyślałam, jakie to by było ciekawe, gdybym mogła spojrzeć na świat jej oczami. (Myślę, że jest to spuścizna tych powieści i filmów, w których szpital psychiatryczny pełen jest niezwykle interesujących osobowości i ciekawych wydarzeń - choć w rzeczywistości taki nie jest). I niemal na następnej stronie autor spełnił moje oczekiwania, a bardzo to lubię, gdyż daje mi to poczucie podjęcia gry z autorem. 

3. I najważniejsze - TŁO HISTORYCZNE! Powód, dla którego przeczytałam „Szkarłatny płatek i biały”. Mamy tu wiktoriański Londyn, w którym szanującej się kobiecie (w przeciwieństwie do mężczyzny) nie wypada wyjść bez rękawiczek czy zjeść ciastko na ulicy i w którym jednocześnie roi się od prostytutek i ich klientów. Londyn, w którym na nieuważnego przechodnia może być wylana zawartość nocnika. Londyn, w którym nie można wybrać się na spacer z obcym mężczyzną, bo przecież trzeba zachować pozory. Ech, ta obłuda! 

Są to czasy, w których nikogo nie dziwią tego typu opinie:  

„Żadna kobieta nie może zostać poważną myślicielką, nie wystawiając na szwank swej funkcji rodzicielki i matki dzieciom. Tak zwane intelektualistki to zwykle młode kaleki albo wprost hermafrodytki, które w innych okolicznościach mogłyby zostać zdrowymi żonami.

Zamknijmy więc uszy na syrenie głosy, oferujące nam liczne intelektualne dzieła kobiecego autorstwa za cenę słabowitej, wątłej i chorej rasy. Zdrowe, sprawne macice będą nam w przyszłości bardziej przydatne niźli kolejne przykłady niewieściej pisaniny”. 

Taaa... Szkoda, że skanalizowanie Londynu nie pociągnęło za sobą jednocześnie zmiany myślenia u niektórych przedstawicieli płci męskiej. Niby czasy się zmieniają, ale często nie do końca. 

Jeden minus.  

Książka rozpoczyna się słowami: „Patrz pod nogi. Nie trać głowy - będzie ci potrzebna. Miasto, do którego cię prowadzę...” i tak dalej. Narratorka („wpadłam ci w oko”, „wzbudziłam”) zwraca się bezpośrednio do czytelnika, udzielając mu rad i podając różne informacje („Za kim powinieneś iść? Za Caroline nie - zaprowadzi cię tam, skąd przyszedłeś...”). Na początku denerwowała mnie tak wyraźnie podkreślana przewaga wszechwiedzącego narratora. A z chwilą gdy się już do tego przyzwyczaiłam i zaczęłam dostrzegać korzyści (kiedy czytam, że już nie spotkam danej postaci i nie muszę martwić się zapamiętaniem jego imienia ;)), nagle znika, by pojawić się na samym końcu. Nieładna taka zabawa. I nie bardzo rozumiem, jaki był cel takiego zabiegu. Ale co tam! 

Wracając na koniec do „Amadeusza”... Na uwagę cesarza Mozart oczywiście zareagował stwierdzeniem, że nut było akurat tyle, ile trzeba. I muszę przyznać, że w „Płatku” tych stron również było tyle, ile trzeba, bo tylko przy tak obszernej książce można naprawdę wejść w klimat dziewiętnastowiecznego Londynu. Nie żałuję spędzonych godzin, dni, tygodni razem z Sugar i Williamem. Kusi mnie nawet „Jabłko”, czyli zbiór opowiadań mówiących o dalszych losach bohaterów. Ale jeśli jest to kolejna cegła, to może sięgnę po nią kiedy indziej.

niedziela, 28 grudnia 2008
Arno Strobel „Mag Bractwo”

Klasyczna historia ze spiskową teorią dziejów w roli głównej.

 Mag

Akcja rozpoczyna się w 1949 roku w Afryce Południowej, kiedy Hermann von Settler, rozczarowany wojną, jej rezultatem i skutkami, zakłada Bractwo Szymonianów (nowotestamentowy Szymon Mag, symonia i tego typu sprawy). Settler zakłada szkołę dla trzynasto-, czternastoletnich chłopców, którzy mają zdobywać szeroko pojętą wiedzę oraz informacje na temat doktryn i działania kościoła katolickiego po to, aby przeniknąć na jego najwyższe szczeble i dorwać się do władzy. A ta władza ma być zdobyta w celu naprawienia świata... Hm... 

Kiedy von Settler umiera, Magiem bractwa zostaje superinteligentny i hiperbezwzględny Friedrich von Keipen i wówczas cele nieco się zmieniają. Szymonianie stają się takimi jakby Konradami Wallenrodami. ;) 

Nie przypuszczałam, że tak mało znacząca książka skłoni mnie do zadania sobie tak ważkiego pytania: czy jestem za zajadłą bestią, czy za obcym mi ideologicznie kościołem. ;) Dylemat godny dramatu greckiego. :) 

A tak serio... Nie przekonał mnie ten spisek - źle przygotowany, źle przemyślany i całkowicie nierealny.  

Ale przynajmniej okładka mi się podoba.

Joanna Chmielewska „Lesio”

Chyba zacznę uchodzić za dziwaka, ale do niedawna nie przeczytałam żadnej książki Chmielewskiej. Ale jako że zakupiłam „Lesia” mężowi (który kilkakrotnie był posiadaczem tej książki, pożyczał ją i nigdy nie odzyskiwał - klątwa jakaś?), pomyślałam, że trzeba sprawdzić, o co tyle hałasu. 

Lesio jest utalentowanym architektem, któremu jednak niespieszno ujawniać swój talent. Objawia się on raczej przez przypadek i tylko to ratuje Lesia przed utratą pracy. Bo nasz architekt należy do tej grupy ludzi, z którymi raczej niechętnie byśmy chcieli współpracować: niepunktualny, niesumienny, z lekka olewczy (2 godziny palić papierosy na balkonie?!), nieprzytomny (choć to akurat jest dość urocze). Poza tym ma dość niebezpieczne pomysły - na przykład, postanawia uśmiercić kadrową za to, że ta ciągle, dzień po dniu, przyłapuje go na spóźnieniach. Pomysł przedni i nieco surrealistyczny. I właśnie ten surrealizm bardzo mi się podobał.

 Lesio

Czasami humor wydawał mi się naciągany i mało śmieszny („kał basa”), ale kilka razy serdecznie się uśmiałam. Chyba najzabawniejsze były te opisy, kiedy czytelnik patrzył na daną sytuację oczami osób postronnych, niezaangażowanych w całą akcję (numer z odrzucaniem garbów przez „garbatych”). 

Podczas lektury przyszła mi do głowy pewna refleksja... Czytałam komentarze Chmielewskiej i jeszcze jakichś osób na temat „Lesia”, w których pojawiały się głosy w stylu: „Jak to dobrze, że te okropne czasy już się skończyły”. „Okropne”, czyli takie z kolejkami, układzikami, kombinowaniem itp. Ja natomiast zobaczyłam, że choć jakość życia nie należała do najwyższych i choć brakowało mnóstwo rzeczy, to jednak był tu pewien luz, na który dzisiaj nie ma miejsca. Ten luz w sprawach zawodowych - wspomniane dwugodzinne palenie papierosów, nieuzasadnione przedłużanie wyjazdów - no bo praca przecież zawsze czekała na każdego. Nie widziałam tu zbyt wiele owych okropności, które autorka teraz stara się przypisać książkowym czasom. Po prostu inne czasy, inna mentalność, ale na bogów, nie ma tu martyrologii! Zabawa i już. 

Pewnie przeczytam jeszcze jakąś Chmielewską, ale fanką chyba nie będę. Zaraz po lekturze byłam nastawiona całkiem pozytywnie, ale po przeczytaniu ze dwóch felietonów tej pani, jakoś straciłam do niej serca. Cóż, trzeba zdecydowanie oddzielić autora od jego dzieła.

sobota, 27 grudnia 2008
Haruki Murakami „Na południe od granicy, na zachód od słońca”

Narobiły mi się zaległości w pisaniu, bo z czytaniem jakby lepiej. Zacznę od Murakamiego...

 Na południe od granicy

„Na południe od granicy, na zachód od słońca” to historia trzydziestoparoletniego mężczyzny, który mając żonę, dzieci i dwa bary (czyli ciesząc się taką małą stabilizacją) spotyka kobietę, która od lat szkolnych go fascynowała. Stracili się z oczu w wieku 12 lat. Oboje byli jedynakami, co na początku książki jest bardzo podkreślane i co ma stanowić pewien klucz do zrozumienia jego zachowań. Kobieta jest bardzo tajemnicza. Mówiąc „tajemnicza” mam na myśli to, że absolutnie nic o sobie nie mówi. Nie wiemy o niej nic ani my, ani bohater.  

Czy można budować nowe życie jedynie na podstawie własnych wspomnień i wyobrażeń? Czy możliwe jest kontynuowanie uczucia sprzed tak wielu lat i to z okresu lat dziecięcych? No dobra, kto z nas pamięta swą „miłość” z szóstej klasy podstawówki? Tak na poważnie. 

Ten miłosny wątek nie bardzo do mnie przemawia, ale książkę czyta się bardzo przyjemnie.  

Nie ukrywam, że tym razem Murakamiego czytałam zupełnie inaczej, a to za sprawą filmu „Tony Takitani”, nakręconego na podstawie jego opowiadania ze zbioru „Ślepa wierzba i śpiąca kobieta”. Film jest tak niezwykle poetycki, że nawet ja, głucha na poezję, czerpałam z niego zmysłową przyjemność. Niespieszny, nastrojowy, bardzo, bardzo oszczędny. Z niezwykle pięknym głosem narratora (ten głos to zupełne zaskoczenie, bo nie sądziłam, że język japoński może brzmieć tak rewelacyjnie). I właśnie tak niespiesznie czytałam „Na południe od granicy...”, niemal „słysząc” ten głos. Myślę, że wiele zyskałam na przeczytaniu każdego słowa i że nie „ślizgałam” się po nich. 

No dobra, kilka cytatów, które są dla mnie ważne (z różnych powodów). 

O życiu:

„Nasz świat jest dokładnie taki sam. Deszcz pada, kwiaty kwitną. Bez deszczu więdną. Jaszczurki zjadają żuki, ptaki zjadają jaszczurki. Ale koniec końców wszystkie zwierzęta umierają. Umierają i wysychają. Umiera jedno pokolenie, rodzi się następne. Tak to już jest. Każdy żyje inaczej. I każdy inaczej umiera. Ale ostatecznie nie ma najmniejszej różnicy. Zostaje tylko pustynia”. 

O asekuranctwie:

„Skoro miałem się narażać na zranienie, to już wolałem żyć pięknymi wspomnieniami czasów, kiedy byliśmy razem”. 

O książkach:

„Chyba boję się rozczarowania. Czytając byle co, mam wrażenie, że marnuję czas. Nie zawsze tak było. Kiedyś miałem mnóstwo czasu, więc nawet jeżeli wpadał mi w rękę byle szmatławiec, i tak czułem, że ta lektura przyniesie mi pożytek. Teraz jest zupełnie inaczej. Pewnie się starzeję”. 

O czasie:

„Nie mogłem jednak siedzieć bezczynnie, opierając swe nadzieje i marzenia na niepewnych obietnicach. [...] Ciężki wysiłek fizyczny nie zostawiał miejsca na myślenie, a nieustanny ruch pomagał mi skupić się na błahostkach dnia powszedniego. Sny na jawie były zabronione. Starałem się, jak mogłem, by koncentrować się na czynności wykonywanej w danej chwili. Myjąc twarz, myślałem tylko o tym; słuchając muzyki, stawałem się muzyką. Tylko w ten sposób mogłem przetrwać”. 

O sobie:

„Kiedyś poważnie wierzyłem, że mogę uciec od samego siebie - jeżeli tylko bardzo się postaram. Ale zawsze trafiałem w ślepą uliczkę. Dokądkolwiek zmierzałem, zawsze pozostawałem taki sam. To, czego ci brakuje, nigdy się nie zmienia. Może się zmienić otoczenie, ale wciąż pozostaję tą samą niekompletną osobą. Nęka mnie głód, którego nigdy nie zdołam zaspokoić”.
czwartek, 18 grudnia 2008
Jerzy Stuhr „Stuhrowie Historie rodzinne”

Nie mogłam wybrać się na spotkanie z autorem „Leyli”, bo urodziny męża, bo trzeba jednak jechać kawałek drogi, bo dużo pracy... Gdy więc w moim osobistym mieście miało odbyć się spotkanie z Jerzym Stuhrem z okazji promocji jego książki, nie zastanawiałam się. Grzechem byłoby nie skorzystać z okazji. A że nie wiedziałam, o jaką książkę chodzi... Nie czepiajmy się szczegółów. :)

 Jerzy Stuhr

Photo by vmr


Na spotkanie przybyłam na tyle wcześnie, że nawet udało mi się zająć jedno z jakichś dziesięciu krzesełek (później pojawił się tłum). Wzięłam książkę i odpłynęłam. Jak mówi tytuł, są to opowieści rodzinne Jerzego Stuhra - historie zwykłe i niezwykłe. W przedmowie przeczytałam: „W jednym z moich filmów, Pogodzie na jutro, córka mówi do ojca: ‘Co ty mi możesz powiedzieć, czego ja bym w internecie nie znalazła’. Ta książka to odpowiedź na to pytanie”.
 

I spotkanie rozpoczęło się właściwie od rozwinięcia tego tematu. Przy tak szerokim dostępie do różnych informacji, do szeroko pojętej wiedzy, senior rodu nie jest już tym, który „wie wszystko, bo jest starszy i mądrzejszy”. Nie jest już skarbnicą wiedzy, a jedyną przewagę, jaką posiada, to wspomnienia, zasłyszane opowieści, jakieś pamiątki, które wraz z jego odejściem mogą popaść w zapomnienie. 

Nie będę opisywać samego spotkania, bo większość poruszanych tematów można znaleźć w książce. Chciałam jedynie powiedzieć, że ta książka mnie zmieniła. Tak po prostu. 

Nie jestem jakąś wielbicielką biografii czy autobiografii, nie bardzo interesują mnie ploteczki na temat znanych osób - aktorów, pisarzy czy kogokolwiek. Dlaczego więc nie potrafiłam odłożyć tej książki, tylko czytałam i czytałam... Czy dlatego, że czasami pojawiały się bardzo znane nazwiska? Nie. Czy dlatego, że naprawdę cenię aktorstwo Stuhra? Nie - szczerze powiedziawszy, te odleglejsze historie niezwiązane z filmem bardziej mnie zainteresowały. Czy warsztat literacki? Też nie. W takim razie co? 

Poruszył mnie fakt przywrócenia do życia tych, którzy odeszli. Uwieczniając na papierze swoich pradziadków, dziadków, stryjów podarował im nowe istnienie. I podczas lektury nie było dla mnie ważne, że pradziadek nosił znane dziś nazwisko Stuhr, a autorem książki był znany aktor. Równie dobrze by mi się czytało taką samą historię z nazwiskiem Kowalski czy Nowak, napisaną (byle sprawnie) przez panią fryzjerkę czy kogokolwiek innego. 

Stuhr idealnie trafił w coś, co ostatnio nie daje mi spokoju. (I tu będzie trochę o mojej rodzinie). W dzieciństwie często słyszałam opowieści jednej babci o tym, jak po wojnie wracała z Niemiec, dokąd wywieziona była „na roboty”, a „rowami szła krew”. Druga babcia opowiadała o tym, jak jakiś Ukrainiec tak ją pobił, że nie mogła się ruszać i do śmierci miała kłopoty z chodzeniem. Stryjek walczył pod dowództwem Andersa, a dziadek musiał pracować u swego przyrodniego brata za miskę zupy jako parobek. Jeden z prapradziadków przehulał majątek, a inny jest nieznanym, tajemniczym „dziedzicem”, który zbałamucił służącą. Owa służąca będąc z nim w ciąży miała się wynieść z dworu, co uczyniła, zabrawszy ze sobą jakieś rodowe srebra. Taka obrotna była. ;) Mój chrzestny... nie wiadomo, czy popełnił samobójstwo, czy został zamordowany, czy może to był jednak nieszczęśliwy wypadek. A czy dziadek miał romans z siostrą swej żony, o czym przekonana była babcia?...  

Piszę to i sama nie wierzę. A mogłabym przytoczyć naprawdę wiele takich opowieści. I co ciekawe, jestem pewna, że każdy ma równie pasjonujące historie ze swej rodziny. Jakieś tajemnice, sekrety.  

Będąc dzieckiem często byłam już zmęczona słuchaniem ciągle tych samych historii. Teraz, gdy jedynym moim żyjącym przodkiem jest tylko jedna babcia, mam do siebie żal, że nie słuchałam uważniej. Bo te opowieści przepadają, zacierają się, nie można już dopytać o szczegóły. A wracając do książki Stuhra i do tego, w jaki sposób mnie zmieniła... Wielokrotnie przymierzałam się do spisania (dla siebie, może dla córki) tego, co zapamiętałam. Zaczęłam gromadzić dane genealogiczne, nawiązałam kontakt z dalszymi ciotkami, ale, jak zwykle, nie miałam czasu poważnie się za to zabrać. Po „Historiach rodzinnych” dostałam kopa. 

Mam tylko jeden problem - wybór faktów i interpretacja. Może to dziwnie brzmi w przypadku osobistych wspomnień. Jako że nie zamierzam pisać książki (bo po co?), powinnam spisać tylko to, co było, tak? Ale czy mam obarczać moje dziecko wiedzą o naprawdę niefajnych wyskokach jej przodków, takich co to niemal ocierają się o paragraf? Nie wiem. Nie wiem. Mam totalny mętlik. Ale jest on dość twórczy. 

I jeszcze co do spotkania ze Stuhrem... Proszę Państwa, macie przed sobą największą pierdołę. Jestem taką pierdołą, że w konkursie na Największą Pierdołę zajęłabym drugie miejsce (bo taka ze mnie pierdoła). Jerzy Stuhr podpisywał książkę. Ustawiłam się grzecznie w kolejce z dwoma egzemplarzami. Jako że należę do tych niskopiennych, nie bardzo widziałam, jak autor podchodzi do tego podpisywania. Myślałam, że myk, książka na stolik, autor szur-szur podpisik i do widzenia. A tu podchodzę i widzę fotelik dla czytelnika. Spłoszona siadam, a pan autor zagaduje:

- O, pewnie na prezent.

- Yyyy - inteligentnie odparłam - tak.

- Wydawnictwo miało dobry pomysł, że przygotowało książkę na święta.

- Rzeczywiście to dobry pomysł - bogowie, naprawdę tak powiedziałam!

I mniej więcej taką elokwencją popisywałam się przy dalszej wymianie zdań. Zakończenie było chyba najlepsze:

- Dziękuję.

- Ależ proszę cię bardzo. Pomyślności życzę.

- Nawzajem.

Oklaski!!! :)

wtorek, 16 grudnia 2008
Ali Smith „Hotel Świat”

Po książkę tę sięgnęłam tylko dlatego, że przeczytałam ciekawą recenzję na blogu z całkiem subiektywnymi recenzjami. Ciekawa recenzja + ciekawa zapowiedź redakcyjna + przyciągająca wzrok okładka = bardzo miło spędzony czas. 

Mamy tu sześć kobiet, które opowiadają o pewnym wycinku swojego życia - na wszystkie, bezpośrednio lub pośrednio, w mniejszym lub większym stopniu, wpływa śmierć jednej z nich. Czytamy opowieść ducha dziewczyny, która zginęła w hotelu. Spotykamy żebraczkę nagabującą przechodniów przed hotelem. Widzimy świat oczami recepcjonistki oraz tej, która jest gościem hotelowym. Jest też niezwykle ciekawa relacja siostry nieżyjącej dziewczyny. Szóstą kobietą jest ta, która tylko raz rozmawiała z tą, która jest punktem wyjściowym tej książki.

Hotel Świat

 

Każda relacja pisana jest wyjątkowym i charakterystycznym dla danej osoby językiem. Najbardziej niesamowity i pełen emocji jest język młodszej siostry zmarłej kobiety. Jest tam zaskoczenie, próba poradzenia sobie z sytuacją, pewne zawstydzenie i totalna szczerość. Naprawdę, poruszyła mnie ta opowieść - może dlatego, że w swoim życiu straciłam bardzo wiele bliskich osób i musiałam jakoś zracjonalizować sobie pewne zdarzenia, nauczyć się z nimi żyć, a także nie odczuwać wyrzutów, gdy tragedia zaczyna blednąć, a życie domaga się należnej uwagi. 

W moim odbiorze (i bardzo to podkreślam, bo dla kogoś innego może to być opowieść o całkiem czymś innym) tej książce przyświeca jedna myśl: coś, co dla jednej osoby jest tragedią, dla innej jest wydarzeniem wartym jedynie wzmianki. A jeszcze ktoś inny przejdzie obojętnie, bo zwyczajnie nie wie, co się stało. Poza tym, nawet gdyby wiedział, nie bardzo go to dotyczy. Po to zapewne pojawiła się niezwiązana z głównym wątkiem żebraczka. 

Jeszcze sobie pobędę z tą książką... 

I uwaga na temat tłumaczenia... Kilka razy zastanawiałam się, jak dane zdanie brzmi po angielsku, bo wydawało mi się, że zostało stworzone po to, by zabrzmieć po polsku - albo jakaś gra słów, albo jakieś nawiązanie. Nie czytałam oryginału, więc trochę zgaduję, ale przekład chyba naprawdę bardzo dobry.

 

Trochę zatraciłam się w „Szkarłatnym płatku” i już zastanawiałam się, czy naprawdę mam aż tak mało czasu i tak wolno czytam, że nie mogę nic umieścić na blogu. Ale porzuciłam na chwilę Sugar, połknęłam „Hotel Świat” i odzyskałam wiarę we własne moce. :)