Nie będzie tu recenzji, ale raczej opis wrażeń, jakie wiążą się z przeczytanymi książkami. Ku pamięci. Mojej pamięci.
RSS
wtorek, 10 marca 2009
Siergiej Łukjanienko „Czystopis”

I jestem w kropce. Bo nawet niewiele pisząc o „Czystopisie” musiałabym zahaczyć o „Brudnopis” i zdradzić jego zakończenie. A co, jeśli ktoś nie czytał „B.” i popsuję mu całą zabawę? Nie godzi się tak robić.

 Czystopis

To może w ramach zachęcania do przeczytania „Czystopisu” opowiem, o czym jest „Brudnopis”? Otóż dwudziestokilkuletni Kirył wraca do domu i zastaje w nim jakąś nieznaną mu kobietę. Co więcej, samo jego mieszkanie wygląda inaczej - jakby ktoś przeprowadził gruntowny remont. Ale czy można dokonać tak daleko idących zmian w ciągu kilku, kilkunastu godzin? I dlaczego osobisty pies go nie poznaje? Sąsiedzi brani na świadków coś sobie przypominają, że chyba Kirył rzeczywiście mieszkał tam jakiś czas. Jednakże po upływie następnych chwil już wcale nie są tego tacy pewni. Słowem, człowiek traci mieszkanie, znajomi go nie poznają, a przypadkowi ludzie na ulicy mają kłopoty z zauważeniem go. Mało komfortowa sytuacja. 

I tak jak u Hitchcocka - najpierw trzęsienie ziemi, a potem napięcie tylko rośnie. 

A żeby nie powiedzieć zbyt wiele, podrzucę mały cytat już z „Czystopisu”: 

- Zachowałem prawdziwą wiarę - powiedział z dumą. -Rzecz jasna, nie jestem ekstremistą! Chrześcijaństwo to tak naprawdę pokojowa religia, nawołująca do miłości i duchowego doskonalenia się. I słowa ‘Nie przyszedłem dawać pokoju, ale miecz’ to jedynie przenośnia, która w żaden sposób...

- Ja również jestem jakby chrześcijaninem - wymruczałem. - Prawosławnym.

- Aa! Witaj bracie! Wybacz, mój drogi! Przywykłem dyskutować z muzułmanami, oni wiecznie zarzucają chrześcijanom agresję, nawet ci inteligentni. 

Obśmiałam się ździebełko, ale potem jakoś smutno mi się zrobiło. Według mnie ten prosty fragment mógłby być dla niektórych piękną lekcją tolerancji. 

Siergiej Łukjanienko w „Czystopisie” kilkakrotnie pisze o Polsce i Polakach. I pisze naprawdę fajnie - bez zapędów mocarstwowych, ale i bez przepraszania za wszystko to, za co chcą przeprosin nasi politycy. Tak ciepło. Po słowiańsku. Zauważając zalety, ale i wady. Bardzo mi się to podobało. 

No, to teraz czekają na mnie „Patrole”. Ale chyba będę je sobie dozować. :) 

Jeśli ktoś nie miał jeszcze przyjemności z panem Siergiejem Ł., a ceni sobie niegłupią rozrywkę, polecam z całego serca! Ale najpierw „Brudnopis”.

piątek, 06 marca 2009
Wieczór sowich piosenek - Grzegorz Turnau i Jacek Królik

Tym razem nie o książce, ale o koncercie. Też na „k”, więc się liczy. ;) 

Jak już zapewne wspominałam, nie słyszę poezji, nie rozumiem jej. I podobnie nie oddziałuje na mnie tzw. poezja śpiewana. A właściwie oddziałuje... budzi we mnie pobłażanie. Wiem, pewnie narażam się wielu osobom. Lecz jakże ona wzrusza, skoro nie wzrusza. ;) 

ALE... Ale są trzy wyjątki:

- Marek Grechuta

- Ewa Demarczyk

- Grzegorz Turnau

Koniec. Nie przypominam sobie nikogo innego. Bo Lubomski się nie zalicza do tego typu pieśniarzy, prawda? 

I właśnie wróciłam z koncertu Turnaua, któremu na gitarze towarzyszył Jacek Królik. I to jak towarzyszył! Bo wiedziałam, czego spodziewać się po Turnale, ale pan Królik był dla mnie niewiadomą i ostatecznie ogromną niespodzianką.

 G. Turanu

Zdjęcie by córcia

A Turnau? Nie wiem, czy inni też tak mają, ale ja po jego koncertach jestem wykończona emocjonalnie. I pomijam tu warstwę muzyczno-tekstową i to jak ona na mnie wpływa. Chodzi mi o jego dialog z publicznością. Czasami zwyczajnie się go boję, gdyż rzuca żarty, jakieś niedopowiedzenia, jakiś cytat i... oczekuje reakcji. I rzeczywiście, czasami te jego niuanse są może niezbyt czytelne dla wszystkich, więc ja, jako składowa część publiki, czuję się jak głupek. Wiem, że to jest bez sensu, ale co zrobić. Bywa, że wstydzę się za innych. O! Na przykład, dzisiaj wstydziłam się za panią, która siedziała za mną i śpiewała równo z panem Turnauem. Nie, nie tylko refreny! Jechała po całości. A że czasem się pomyliła w tekście albo w nutkach? Nie, jej to nie przeszkadzało. Grrrr... Aha, koncert odbywał się w filharmonii, więc akustyka doskonała i jak pani jęknęła, to echo szło po całej sali. Bogowie! Naprawdę, żenada. 

Ogólnie - koncert świetny, Turnau rewelacyjny, a Królik boski. Gdy zagrali „Motorek” Grechuty, ciary szły po plecach. Jestem szczególnie zadowolona, bo przez ostatnie dni nie bardzo miałam ochotę na taki spokojny koncert, gdyż oddawałam się dużo ostrzejszej muzyce. Ale o tym, moi mili, innym razem.

wtorek, 03 marca 2009
Eric-Emmanuel Schmitt „Przypadek Adolfa H.”

O treści napisano już wiele, więc tylko w skrócie:

- powieść przebiega dwutorowo,

- jeden wątek opowiada o prawdziwym Adolfie Hitlerze z całą jego manią wielkości, nieumiejętnością odnalezienia się w normalnym świecie i chęcią podbicia świata,

- drugi wątek mówi o hipotetycznej sytuacji, w której Adolf H. dostaje się do Akademii Sztuk Pięknych w Wiedniu, zwalcza demony z przeszłości, jest przeciętnym artystą, który odnosi jakiś tam sukces i odnajduje miłość (i to nawet dwie) swego życia.

 Przypadek Adolfa H.

A teraz moje refleksje: 

Postać

W posłowiu autor świetnie opowiada o tym, jakie uczucia towarzyszyły mu w czasie, gdy zmagał się z postacią, która budzi tak bardzo negatywne emocje. Samo podjęcie tematu wydaje się już podejrzane. No bo jak to tak? Pisać o Hitlerze? To prawie tak, jakby ukazać swą fascynację tą osobą, a to przecież jest bardzo nie na miejscu. Właśnie spojrzenie Schmitta na powieść i bohatera od strony warsztatowej uzmysłowiło mi własną... hm... hipokryzję? Nie, to za mocne słowo. Może zażenowanie, że w moim własnym domu znajdują się opasłe biografie Hitlera i Stalina, które są nienaturalnie „niewyeksponowane” (leżą na podłodze przy kompie, choć zaszczytu stania na półce dostąpiły niektóre naprawdę dość śmieciowate książki). Z powodu źle pojętej poprawności politycznej nie można nie podjąć próby zrozumienia niezwykle ważnego tematu - jak zwyczajny człowiek może stać się bestią? Czy można było tego uniknąć? Czy jeśli nie byłoby Hitlera, pojawiłby się ktoś jemu podobny? I co można zrobić (i czy w ogóle można coś zrobić), żeby historia się nie powtórzyła? 

Losy bohaterów

Tak, mamy dwóch bohaterów i jeden punkt wyjścia - ogłoszenie listy nowych studentów Akademii. Ich losy najpierw biegną niemal równolegle, potem rozchodzą się dość wyraźnie, żeby na końcu dać światu kompletnie różne postaci. Wiedząc o tej dwutorowości, podświadomie postanowiłam sobie, że będę nienawidzić tego, który nie dostał się na studia i lubić, tego który zdał - bo przecież tak trzeba, prawda? Użyłam słowa „podświadomie”, bo na początku nie zdawałam sobie sprawy ze swoich założeń. Dopiero gdy coś mi zaczęło zgrzytać, zrozumiałam swoje uprzedzenia. Mianowicie, wbrew zdrowemu rozsądkowi, naprawdę lubiłam Adolfa Hitlera. Tak mniej więcej do połowy książki. Lubiłam go i współczułam z powodu odrzucenia i braku umiejętności odnalezienia się w świecie. Nie czułam natomiast zbyt wielkiej sympatii do Adolfa H. I dlatego należą się brawa dla pana Schmitta za zdolność sterowania uczuciami czytelnika - dla mnie to prawdziwy sprawdzian tego, czy pisarz potrafi pisać, czy umie wywoływać u czytelnika uczucia, których się po sobie nie spodziewał. 

Przepis na potwora

Podczas lektury cały czas zastanawiałam się, jakie warunki sprowadzają na świat ludzką bestię. Czy człowiek ma zaszczepione zło, czy może to jednak wynik okoliczności, w jakich się znalazł? Czytałam kiedyś wywiad z Philipem Zimbardo, który powiedział niezwykle interesujące słowa na temat tak zwanych „dobrych ludzi”. Chodziło mniej więcej o to, że ci, którzy uważają się za „dobrych ludzi”, nie zostali jeszcze sprawdzeni na okoliczność czynienia zła. Bo w ekstremalnych warunkach mogłoby się okazać, że jednak nie jesteśmy tacy dobrzy, jak mniemamy. P. Zimbardo to pomysłodawca eksperymentu stanfordzkiego, w którym z ochotników losowo wybrano więźniów i strażników - i nagle porządni studenci zamienili się w oprawców. Więc może Hitler to rzeczywiście wypadkowa takich a nie innych uwarunkowań? A nie bestia z wdrukowanym genem zła? Ewentualnie taka sama bestia jak my, która pozwoliła na uaktywnienie tego genu? Więc jednak jego decyzja? Sprawa jest zbyt skomplikowana, by odpowiedzieć jednoznacznie. A może ważniejsze jest pytanie, jak to się stało, że tyle milionów ludzi uwierzyło jednemu człowiekowi. Psychologia tłumu?  

Przypadek

Jak bardzo nasze życie jest sumą przypadków? Co by było gdyby...? Czasem wystarczy podjąć jedną drobną, mało znaczącą decyzję i życie toczy się inaczej. Bo gdyby w dniu naszego poczęcia mamusię głowa rozbolała, nie byłoby nas. ;) Idea światów równoległych doprowadza mnie do obłędu. 

Do kolejnej książki pana Schmitta podchodziłam z rezerwą. Przeczytałam chyba większość z tego, co się ukazało w Polsce i po pewnym czasie już mi się przejadł ten autor. Niby nie miałam większych zarzutów wobec niego (może oprócz swoistego moralizatorstwa), ale z czasem wydawało mi się, że jego książki mówią wciąż o tym samym. Dlatego „Przypadek Adolfa H.” przeleżał długie miesiące, zanim po niego sięgnęłam. Z tym większą przyjemnością mogę powiedzieć, że jest to książka, o której nie można zbyt szybko zapomnieć, bo skłoniła mnie do przemyśleń wychodzących daleko poza samą postać Hitlera. Szacun.

poniedziałek, 02 marca 2009
Akif Pirincci „Pojedynek. Koci kryminał”

„Już po kilku krokach zacząłem się trząść, nie z zimna, ile pod wpływem straszliwego przeczucia. Bowiem w miarę, jak zbliżałem się do fontanny, coraz wyraźniej dostrzegałem, że owa niecodzienna płaskorzeźba znajdowała się w ruchu, huśtana podmuchami wiatru. [...] Kiedy wreszcie stanąłem przed fontanną, niewyobrażalna trwoga, na podobieństwo kropli czarnego tuszu rozchodzącej się po wodzie, rozpłynęła się po mym ciele i przeszył mnie dreszcz przerażenia. Serce we mnie zamarło, oczy nadbiegły krwią. 

Nie była to bowiem ani płaskorzeźba, ani zdobiąca fontannę statua, lecz jeden z moich braci, z krwi - teraz już pewnie stężałej na mrozie - i kości, uduszony i dyndający na sznurze”.

Pojedynek 

I cóż w takiej sytuacji może zrobić domorosły detektyw? Może zawiadomić policję - ale tu jest to niemożliwe. Może też przystąpić do oględzin zwłok. To jest już bardziej możliwy scenariusz, przy czym dość trudny do zrealizowania, jeśli nie ma się rąk i palców - a łapy i pazury. Zwłaszcza, gdy nie jest się już najmłodszym kotem, a z murka przygląda się nam piękna kociczka, do której startowało się latem. W dodatku teraz jest w towarzystwie pięknego, młodego kota, który nie dość że piękny i młody, to jeszcze niezwykle spostrzegawczy i inteligentny. Życie lubi być czasami bardzo wredne. 

Na obwolucie przeczytałam, że pan Akif Pirincci pisze swoje kryminały wyłącznie z kociej perspektywy. Czytając książkę nie ma się wątpliwości, że autor zna i lubi koty. I zastanawiam się, czy ta zabawna książka może spodobać się komuś, kto nie ma kota. To chyba tak, jakby czytać „Pamiętnik Brigdet Jones” nie znając „Dumy i uprzedzenia” - niby zabawne, ale to już nie to samo. 

Forma świetna, ale sam problem zagadki kryminalnej był nieco nazbyt fantastyczny jak dla mnie. Chyba wolałabym bardziej „realistyczne” sprawy bez modyfikowanych genów.
sobota, 28 lutego 2009
Etgar Keret „Kolonie Knellera”

No i jestem wściekła. I to nie na Kereta, ale na wydawnictwo (ewentualnie na własną naiwność). Bo na pięć opowiadań, dwa były wydane we wcześniejszych zbiorach - nie jestem w stanie sprawdzić w których, bo książki przeczytane idą do tylnego rzędu na półkach i zwykle potem nie mogę ich znaleźć. :( Przy czym te dwa stare opowiadania obejmują łącznie 70% książki. Taaaa... Ale przecież wydawnictwo ładnie uprzedziło: „Wydawnictwo W.A.B. publikuje kolejne tomiki, zachowując ich oryginalną, autorską kompozycję”. Czyli są kryci. Przy czym pewnie te pierwsze drukowali wedle własnego pomysłu. Dobra. Dla tych trzech opowiadań też bym kupiła książkę. Poza tym nie będę obrzucać błotem tych, którzy jednak dają mi szansę na przeczytanie Kereta.

 Kolonie Knellera

Etgar Keret jest tym pisarzem, który ukoił mnie po śmieci Rolanda Topora - mistrzu sarkastycznych, makabrycznych i surrealistycznych opowiadań. Po odejściu Topora obawiałam się, że być może nie spotykam się już z tak absurdalnym poczuciem humoru. I wtedy odkryłam Kereta. (Heh, właśnie sobie uświadomiłam, że obaj panowie wyrośli w rodzinach żydowskich pochodzących z Polski).  

Wracając do samych opowiadań... Mamy tu takie tytuły:

- „Historia o kierowcy autobusu, który chciał być Panem Bogiem”

- „Szprycerek z piekła”

- „Macica”

- „Nimrod daje popalić”

- „Kolonie Knellera” 

I powiem, że z ogromną przyjemnością przeczytałam to, co już wcześniej znałam. Bo jakże nie dać się uwieść światu, gdzie trafiają samobójcy, którzy raczej nie znajdują tu większego sensu istnienia niż na ziemi, gdzie plącze się Kurt Cobain i marudzi, jak jest mu źle, czym wszystkim działa na nerwy, a Król Mesjasz obiecuje, że tym razem uda mu się zabić i powrócić do życia? 

Kolejna korzyść to zgłębienie pokrętnego sposobu myślenia kierowcy autobusu. Nie każdego, oczywiście, ale tego konkretnego, który przecież może być jakimś tam reprezentantem wszystkich kierowców, którzy nie czekają na biegnącego pasażera i nawet czekając na zielone światło nie otwierają drzwi. Tak, teraz już wiem, kim oni są i jaką mają władzę. :) Nie, nie, nie chodzi o bezinteresowną złośliwość.  

Było to bardzo, bardzo pozytywne, choć króciutkie spotkanie z panem Etgarem. Odczuwam niedosyt.

piątek, 20 lutego 2009
Gerd Schneider „Lalka Kafki”

Chyba czas na wyznanie. Tak, kocham Franza Kafkę miłością ogromną. Był moim pierwszym odkryciem z literatury „poważnej” i to właśnie od „Przemiany” rozpoczęło się moje w pełni świadome i dojrzałe czytanie. Jego „Przemiana” przyczyniła się do mojej metamorfozy. Dzięki niej odkryłam, że nie tylko ja czuję się jakimś freakiem, któremu często trudno nawiązać kontakt z otoczeniem. A po lekturze i próbie podzielenia się odkryciem z koleżankami okazało się, że jestem jeszcze bardziej wyobcowana niż myślałam. Cóż, uroki życia nastolatki. Hm... chyba nawet z tego za bardzo nie wyrosłam... 

Moja fascynacja jest tak nieracjonalna, że będąc ostatnio w Pradze kupiłam sobie „Promena” i „Die Verwandlung”, choć i niemiecki, i czeski są dla mnie zdecydowanie obcymi językami. Ale cóż, miłość nie należy do sfery racjonalnej.  

Nie dziwi więc chyba fakt, że gdy zobaczyłam w zapowiedziach świetną okładkę „Lalki Kafki” i jego nazwisko w tytule, decyzja o kupnie była już podjęta.

 Lalka Kafki

Pewnego ciepłego jesiennego dnia chory już Franz przechadza się po steglitzkim parku, w którym spotyka zrozpaczoną dziewczynkę. Lena zgubiła ukochaną lalkę, która, jak się później okazało, została zniszczona przez psa. Cóż może zrobić pisarz, któremu żal dziecka? Pisze do dziewczynki listy od jej lalki, dając jej ukojenie, wgląd w inny świat oraz rozbudzając ciekawość. I jest to potwierdzony przez biografów fakt (jakże nie kochać Franza?), który stał się przyczynkiem do powstania tej książki. 

W tle mamy kryzys i inflację lat 20. ubiegłego wieku, zapowiedź niepokojów i budzący się strach przed obcymi. Na pierwszym planie pozbawioną rodziców dziewczynkę i pozbawionego widoków na przyszłość pisarza. 

Piękna, niespieszna książka ze wzruszającym, choć nie sentymentalnym zakończeniem. 

I jeszcze link do świetnej strony, coby mi się nie zgubił w przyszłości.

Kurt Vonnegut „Niech pana Bóg błogosławi, doktorze Kevorkian”

Taaaa... Od kilku dni przymierzam się do napisania kilku słów na temat tej cieniutkiej książeczki i coś nie bardzo mi idzie. Bo jakoś tak mi nieswojo pluć na człowieka, którego cenię i który zwykle potrafi mnie i bawić, i wzruszyć.

 Niech pana Bóg błogosławi

Jest to zbiór 21 króciutkich wystąpień pana Vonneguta w nowojorskiej stacji radiowej, gdzie pojawiał się jako reporter życia po śmierci. Sam pomysł na taki temat pojawił się po tym, jak w czasie operacji doświadczył czegoś, co nazwał prawie-śmiercią. Dlatego później postanowił „spotkać się” z różnymi osobami o różnej proweniencji - i tak mamy „wywiad” z Szekspirem, Hitlerem, panią Shelley, ale i Kilgorem Troutem czy z nikomu nieznanym Salvatorem Biaginim. 

Wnioski z tych spotkań są różne. Niektóre są bardziej błyskotliwe, inne mniej - i to raczej z naciskiem na to „mniej”.  

Myślę, że jest to pozycja jedynie dla absolutnych wielbicieli Vonneguta, którzy spijają każde słowo, jakie wyszło spod jego pióra. Umiarkowanym fanom polecam wziąć książkę z półki w księgarni i ją na miejscu przeczytać, by ewentualnie wyrobić sobie własne zdanie. A na pewno nie wydawać 27,70 złotych polskich za 78 stron z interlinią 2,0. 

A może najpierw powinnam była przeczytać chronologicznie pierwszą pozycję o podobnym tytule „Niech pana Bóg błogosławi, panie Rosewater”? Pewnie kiedyś się skuszę. 

Przy czym najciekawszy był Wstęp, w którym pisze o swoim humanizmie.

Kreativ Blogger

Kalio obdarzyła mnie „Kreativ Bloggerem”, za co bardzo dziękuję. :)

 kreativ blogger

Zastanawiałam się, czy dam radę obdarzyć nim konkretne siedem osób i powiem, że nie bardzo mi to idzie, gdyż każdemu blogaskowi z moich zakładek coś zawdzięczam i nie chciałabym nikogo pominąć.  

Więc bierzcie „Kreativa” i się częstujcie! :) 

I przy okazji... myślę, że to wyśmienita okazja, by Wam wszystkim podziękować za inspiracje i świetne recenzje. Złapałam się nawet na tym, że ciężko mi kupić książkę, której nie widziałam na Waszych blogach. Ech.

środa, 04 lutego 2009
Marek Krajewski „Dżuma w Breslau”

Oj, jak ja lubię pana Krajewskiego! To moje trzecie spotkanie z tym autorem i znów udane. I chyba nawet „Dżuma w Breslau” podobała mi się najbardziej. Uwielbiam może nie tyle samego Eberharda Mocka (bo raczej nie chciałabym, by był moim kolegą), ile sam pomysł na bohatera - faceta, który niby stoi na straży porządku, ale to on sam definiuje, czym ten porządek ma być. Bo takie na przykład dziwki czy burdele mieszczą się w uporządkowanym świecie Mocka bez żadnych problemów. Alfonsi już nie.

 Dżuma w Breslau

Tym razem mamy dwie zamordowane prostytutki, którym ułamano przednie zęby. Mock, jako że zna dziwki nie tylko, że tak powiem, „organoleptycznie”, ale i na gruncie zawodowym (jest nadwachmistrzem w policji obyczajowej), ma pomóc w ich identyfikacji. Sprawy nie ułatwia fakt, że jest na kacu, a poprzedniego dnia po ostrym piciu urwał mu się film i znalazł się nagi daleko poza miastem z palcami umazanymi różową farbą. W dodatku panuje nieznośny upał, a w mieszkaniu, w którym znajdują się zamordowane, potwornie cuchnie moczem. Kac plus upał, plus smród to nie jest mieszanka, o jakiej się marzy. 

Nie chcąc pisać zbyt wiele, by nie zdradzić rozwiązania zagadki, w którą osobiście uwikłany jest główny bohater, powiem tylko, że mamy tu tajemniczą grupę mizoginów, pohańbionego więźnia, trochę chędożenia, sporo alkoholu i, tradycyjnie już, dużo łaciny. No i oczywiście przedwojenny, niepolski Wrocław. 

Taka mała refleksja mi się nasunęła... Pamiętam, że gdy kilkanaście lat temu zdawałam maturę, starsze pokolenia mówiły, że ta przedwojenna matura to była prawdziwa matura. I literaturę trzeba było doskonale znać, i historię, i oczywiście łacinę. Teraz ja patrzę na obecne pokolenie zdających i mówię: Co? Prezentacja z polskiego?!? ;) Ale moje oburzenie jednak nie zmienia faktu, że ta moja matura to też były popłuczyny po tej dawnej. I choć w czasach licealnych zapewne wyśmiałabym pomysł uczenia się łaciny, to teraz jednak czuję takie właśnie braki w wykształceniu. Wiem, że pan Krajewski studiował filologię klasyczną, niemniej wstyd mi, że ogromnej większości terminów łacińskich nie znałam. Buuu... To tak w nawiązaniu do wyzwania historycznego - czasami takie spotkania są bolesne dla dobrego mniemania o sobie. :)

wtorek, 03 lutego 2009
Platon „Obrona Sokratesa” i „Kriton”

Tym razem teksty poważne. A zanim nawiążę do obu dzieł, muszę nieco opisać bohatera i czasy, w których żył. 

Ateny. V w. p.n.e. Czasy demokracji ateńskiej - demokracji, czyli dosłownie rządów ludu. Ustrój ten chyba niewiele wspólnego ma z naszym postrzeganiem demokracji - zwłaszcza tej współczesnej, która jest demokracją pośrednią (wybieramy tych, którzy rządzą). W ateńskiej demokracji bezpośredniej wszyscy obywatele (oczywiście za wyjątkiem kobiet, dzieci, niewolników) mieli szanse wziąć udział w rządach. I tak, na przykład, przez losowanie wybierano pięciuset członków Wielkiej Rady (jednocześnie rządziło jedynie pięćdziesięciu; pięćdziesiątki wymieniały się po 35-36 dniach). Owi prytani siedzieli cały dzień w jednym miejscu i pojedynczo załatwiali bieżące drobne sprawy (spory itp.), natomiast większe pozostawiano Zgromadzeniu Ludowemu (czyli wszyscy prytani debatowali razem). Podczas takiego Zgromadzenia losowo wybierano przewodniczącego (na jeden dzień). Takie tam zabezpieczenia, coby jednostka nie dorwała się na stałe do władzy... 

Bohater. Sokrates był człowiekiem, z którym chyba trudno było obcować. Wędrował po mieście, zaczepiał szanowanych obywateli, zadawał im pytania, doprowadzał do tego, że wyprowadzali wnioski, których nie chcieli wyprowadzić (chyba w „Gorgiaszu” po mistrzowsku wydusił z człowieka, że lepiej doznawać zła niż je popełniać, czego ów biedak na początku nie chciał przyznać)*. Był męczący. Jednocześnie wcale nie twierdził, że jest w posiadaniu wszelkiej prawdy. Lubił porównywać się do akuszerki, która sama nie będąc brzemienna pomaga rodzącym wydać na świat dziecko. Dlatego „napadnięty” delikwent nawet nie mógł mu zarzucić, że się wymądrza, bo on tylko prowokował „bóle”. Młodzież go uwielbiała, bo sprzeciwiał się utartym schematom, był jak bąk na ciele miasta. A to nie mogło podobać się ogółowi. 

Nonkonformista. Pewnego razu tak się zdarzyło, że Sokrates został prytanem, a na domiar los padł na niego, gdy decydowano o tym, kto będzie przewodniczącym Zgromadzenia Ludowego podczas rozprawy przeciwko dowódcom floty ateńskiej. Przywódcy owej floty odnieśli zwycięstwo w bitwie, lecz niestety warunki pogodowe nie pozwoliły im wyłowić z morza trupów swoich żołnierzy, co skazało zabitych nieszczęśników na to, że ich dusze nie zaznały spokoju, a na miasto spadła hańba. Sokrates nie mógł pozwolić na skazanie dowódców za grzech zaniechania, czym znowu się naraził Ateńczykom. Oskarżeni zostali skazani następnego dnia, gdy przewodniczącym został ktoś inny. 

Oskarżenie. Sokrates był szeroko znanym obywatelem i niezbyt lubianym. W końcu pojawił się oburzony ojciec, którego syn włóczył się za Sokratesem i nie chciał pracować u ojca w garbarni. Sformułowano zarzuty: „Zbrodnię popełnia Sokrates, bogów, których państwo uznaje, nie uznając, inne zaś nowe duchy wprowadzając; zbrodnię też popełnia, psując młodzież. Kara śmierci”. 

„Obrona Sokratesa” to wystąpienie samego zainteresowanego przed sądem przysięgłych, podczas którego próbuje wykazać bezzasadność takiego oskarżenia. Spisał ją Platon. Sam Sokrates nie zostawił po sobie żadnych pism - wszelkie jego nauki przekazane były przez jego uczniów.  

Czytając „Obronę” naprawdę rozumiałam, dlaczego sędziowie skazali go na śmierć (nota bene, Sokrates mógł wybrać wygnanie, ale chcąc uwiarygodnić siebie i swoje życie, zdecydował się na cykutę). Dumny, przekonany o własnej wyższości, ale i nieugięty, twardo obstający przy tym, co uważał za ważne. Pełen pogardy dla głupoty i głupców, ale i osamotniony w dobrym dziele. Ktoś taki musiał zginąć, bo ugiąć się nie mógł. Z kolei Ateny nie mogły już znieść jego obecności. 

Czy tak inteligentny człowiek nie mógł się bronić skuteczniej? Czasami te jego argumenty podszyte były emocjami, a nie intelektem. Może chciał wpłynąć na uczucia sędziów? Może nie chciał odwoływać się do inteligencji, gdyż jej brakowało u słuchaczy? Momentami byłam zdziwiona jego bezradnością i nieco sofistyczną argumentacją (a przecież od sofistów się odżegnywał). Z drugiej strony nie mógł iść na kompromis poprzez pokajanie się i obietnicę zaniechania nauk. Nie mógł zgodzić się na banicję, gdyż z obcego miasta też by go wygnano za tego typu zachowanie, którego porzucić nie chciał. 

 Śmierć Sokratesa

Jacques-Louis David „Śmierć Sokratesa” (1787 r.) 

Natomiast „Kriton” to jakby drugi odcinek tego samego serialu. Zmienia się miejsce akcji - Sokrates znajduje się w więzieniu i oczekuje na wykonanie na nim wyroku. Przychodzi jeden z jego uczniów i próbuje go przekonać, że pieniądze i wpływy mogą doprowadzić do uwolnienia go lub choćby ucieczki. I tu mamy już typowy platoński dialog. Sokrates wychodząc od wspólnych tez doprowadza Kritona do tego, iż ten musi zgodzić się ze swoim mistrzem, że śmierć nie tyle jest najlepszym wyjściem, ale jedynym. Majstersztyk wnioskowania i w moim przekonaniu pewnej manipulacji. ;) 

I jeszcze jedno słowo na temat tłumaczenia. (Oj, posypią się na mnie gromy tradycjonalistów!) Ja wiem, że pan Witwicki wielkim tłumaczem starożytnych tekstów był. Doceniam. Ale zastanawiam się, czy ktoś jest w stanie wpaść na tak nowatorski pomysł, by przetłumaczyć to jeszcze raz - tym razem bardziej przyjaznym językiem. W końcu dzieła filozoficzne to nie pisma święte i można zrobić coś dla spopularyzowania tej matki nauk. A tekst w tak archaicznym tłumaczeniu może jedynie zniechęcić „świeżego” czytelnika. 

Jeśli ktoś zastanawia się nad poczytaniem Platona, nie polecam na początek „Obrony”, gdyż dzieło to może dać fałszywy obraz tego myśliciela.  

I nie powiem, że Sokrates i Platon to moi ulubieni filozofowie. Ale powrót po latach do lektury ich nauk podziałał na mnie ożywczo. 

* Tak, wiem, „Gorgiasza” napisał Platon i nauki tam zawarte traktowane są jako nauki Platona. Ale mistrzem i głównym bohaterem jest Sokrates, który miał olbrzymi, wręcz decydujący wpływ na Platona. Dlatego wypowiedzi Sokratesa w dziełach jego uczniów traktuję jako może nie dosłowne jego słowa, ale na pewno wypowiedzi będące w duchu tego myśliciela.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9