Nie będzie tu recenzji, ale raczej opis wrażeń, jakie wiążą się z przeczytanymi książkami. Ku pamięci. Mojej pamięci.
RSS
środa, 13 maja 2009
„Świadectwo prawdy” Jodi Picoult

Na farmie amiszów znaleziono martwego noworodka. Najbardziej podejrzana jest osiemnastoletnia Katie Fisher, która krwawi i nie wygląda najlepiej, ale ta wypiera się, by urodziła jakiekolwiek dziecko, nie mówiąc już o zamordowaniu go. Przecież jest amiszką, nie ma męża, więc nie mogła być w ciąży. Niemniej badania potwierdzają, że dziewczyna niedawno rodziła. Obrony podejmuje się nieco rozczarowana swą pracą adwokatka, która jest daleką krewną dziewczyny. Warto dodać, że amisze prowadzą bardzo prosty tryb życia, nie korzystają z udogodnień cywilizacyjnych i ogólnie rzecz biorąc nie kłamią, nie zabijają i wiodą cnotliwe życie.

 Swiadectwo prawdy

To tak w dużym skrócie. 

Z jednej strony książkę pochłonęłam w szybkim tempie, a z drugiej nie miałam problemu z odłożeniem jej w zapewne najbardziej emocjonującym momencie rozprawy sądowej. Ale chyba dostrzegłam więcej minusów niż plusów. 

Minusy:

- Czy to kryminał? Jeśli tak, to dość słaby, bo po kilkudziesięciu stronach domyślałam się, jak się rzecz potoczyła, a zapewniam, że Sherlockiem Holmesem to ja nie jestem.

- Może to powieść obyczajowa? Wówczas byłoby za dużo wątku sądowo-prawniczego.

- Bohaterki - bo ani sprawca ciąży, ani ojciec, ani brat, ani nikt inny nie zasłużyłby na miano bohatera tej powieści - są moim zdaniem nudne i nieprzekonujące.  

No bo kogo tu mamy? 

Katie - oskarżoną dziewczynę, która nie zdaje sobie sprawy z konsekwencji tego, że może być skazana za morderstwo pierwszego stopnia, czyli trafić dożywotno do więzienia. Ja rozumiem, że tego typu społeczność może nie orientować się w tym, jak działa system sądowniczy itp., ale pani adwokat dość obrazowo wyjaśniła to oskarżonej, pokazała więzienie. A ona co? A ona nic. Nie ułatwia sprawy. Bardzo denerwujące dziewczę. 

Ellie Hathaway - wielce szanowaną, uznaną i inteligentną panią adwokat, która w połowie książki doznaje objawienia: przecież Katie nie może kłamać, bo jest amiszką! Hm... Nie będę tego komentować. Kiedy jednak życie osobiste pani adwokat zaczyna się komplikować (stara miłość) i zaczyna widywać ducha dziewczynki, zupełnie straciłam do niej serce i poczułam się, jakbym znalazła się w środku jakiejś opery mydlanej. 

Zakończenie absolutnie mnie nie zaskoczyło. A ja lubię być zaskakiwana. 

Były też pozytywne strony tej książki. Więcej dowiedziałam się na temat amiszów, o których mało się mówi. Szkoda, że nie zostało powiedziane więcej o systemie ich wierzeń, a skupiono się wyłącznie na życiu zewnętrznym. Ale dobre i to.  

A tak przy okazji przyszła mi do głowy pewna myśl... Całe clou książki opiera się na tym, że amisz nie mógł popełnić zbrodni, ponieważ jest amiszem, a system wartości tej grupy religijnej zabrania wszelkiej agresji, nakazuje wybaczać błędy itp. I tak sobie pomyślałam, jak fajnie by było, gdyby można było to samo powiedzieć np. o katolikach. Ta pani nie mogła dokonać aborcji, ponieważ jest katoliczką, a katolicy przestrzegają przykazania „nie zabijaj”. Albo ten pan nie może być oskarżony o próbę zamachu terrorystycznego w autobusie wypełnionym Żydami, ponieważ jest muzułmaninem, a Koran nakazuje kochać Żydów i chrześcijan. Tak, świat byłby prostszy. 

Wracając do autorki... Spotkałam się z wieloma pozytywnymi komentarzami na jej temat. I oczekiwałam naprawdę wiele. A książka okazała się zwykłym czytadłem. Raczej nie sięgnę po jej kolejną książkę. A jeśli jednak, to tylko po to, by dać jej drugą szansę.

Koniec wyzwania historycznego

Nigdy nie cierpiałam na nadmiar czasu, ale żeby nie mieć czasu nawet na napisanie podsumowania? Ech... 

Starożytność - miał być „Ja, Klaudiusz”, a przeczytałam „Kritona” i „Obronę Sokratesa”. Biedny Klaudiusz. Znów się nie doczekał. Jako ten Jaś. 

Średniowiecze - miał być „Baudolino” i był! Zdecydowanie największy sukces czytelniczy tego wyzwania. 

Wiek XVII - udało mi się przeczytać planowanego „Samotnika z ulicy Rosengracht”. 

Oświecenie - miał być „Mason i Dixon” Pynchona, a się nie udało. 

Wiek XIX - „Szkarłatny płatek i biały”. Tak! 

Wiek XX - „Dżuma w Breslau”. Też się udało.  

Nie do końca jestem zadowolona z siebie, bo nie przeczytałam „Klaudiusza” i Pynchona. Ale ostatecznie udało mi się przeczytać pięć książek z pięciu epok.  

Spośród lektur uczestników wyzwania powybierałam już kilka pozycji. Dzięki za inspirację!

środa, 29 kwietnia 2009
„Baudolino” Umberto Eco

Kolejny raz dochodzę do wniosku, że książki Eco najwięcej przyjemności mogą sprawić osobom, które mają wiedzę z tematyki poruszanej przez autora. „Imię róży” przeczytałam niemal zaraz po egzaminie z filozofii średniowiecznej - i była to przednia zabawa! Potrafiłam dostrzec niuanse niedostrzegalne dla profana. ;) I naprawdę doceniłam ogrom wiedzy autora. 

Potem sięgnęłam po „Tajemniczy płomień królowej Loany” i poległam. Faszystowskie Włochy to jednak nie moja dziedzina. Zapewne i tam Eco przemycał różne aluzje, bawił się z czytelnikiem, zostawiał ślady przeznaczone jedynie dla wtajemniczonych. Niestety, ja do nich nie należałam. I choć niezmiernie rzadko odkładam książkę nie doczytawszy jej do końca, tym razem byłam zmuszona to uczynić. 

Następne było „Wahadło Foucaulta”. I tu znów odnalazłam się w temacie, bo templariusze, różokrzyżowcy, spiski to coś, co lubię. Na pewno nie mam olbrzymiej wiedzy w tym zakresie, niemniej trochę lektur popełniłam (począwszy od... proszę się nie śmiać... „Pana Samochodzika i templariuszy”, który rozpaliły we mnie tego typu zainteresowania :)). 

I wreszcie dochodzę do „Baudolino”. Bardzo żałowałam, że postać Fryderyka I Barbarossy nie była mi dobrze znana. Żałowałam, że nie pamiętałam dokładnie podłoża i przebiegu krucjat (przynajmniej trzeciej i czwartej), a także konfliktu cesarza z papieżem. Coś tam mi świtało, coś sobie przypominałam, ale nie na tyle, by wiedzieć, w którym miejscu Eco przytacza fakty, a w którym puszcza oko do czytelnika. Oczywiście były takie miejsca, gdzie można było się tego domyśleć, niemniej uważam, że nie byłam przygotowana do lektury tego opasłego tomiszcza i przez to nie jestem w stanie w pełni go docenić.

 Baudolino

Ale nie znaczy to, że książka mi się nie podobała! Przeciwnie. Zyskałam wiedzę - poznałam legendę o księdzu Janie, która musiała być dość popularna w średniowieczu. Poznałam niezmiernie ciekawe mechanizmy produkcji relikwii (na przykładzie Trzech Króli oraz, czego pan Eco nie mówi bezpośrednio, ale czego można się domyślić, całunu turyńskiego :)). Zresztą... spróbuję nieco usystematyzować moje przemyślenia: 

Treść: Młody, inteligentny, bystry (lecz nie przebiegły) chłopak trafia na dwór cesarza Fryderyka Barbarossy, którego traktuje jak przybranego ojca. Ta miłość i przywiązanie są odwzajemnione, bo Fryderyk kocha Baudolino jak swego syna (a nawet bardziej), ufa mu bezgranicznie, a nawet zasięga u niego rad. Właśnie na dworze cesarza chłopak po raz pierwszy słyszy o legendarnym królestwie księdza Jana, które pobudza jego wyobraźnię do tego stopnia, że postanawia je zbadać, wyruszyć na jego poszukiwanie (w takiej właśnie kolejności) i namawia do tego Fryderyka. W międzyczasie poznaje kilku kompanów, którzy będą mu służyć pomysłami i towarzyszyć. A czymże jest owo królestwo? To kraina położona gdzieś w Indiach, w której panuje ksiądz Jan, który jest tak bogobojny i skromny, że należy go tytułować per „ksiądz”, a nie per „król”. 

Forma: Książka zaczyna się mocnym uderzeniem. Najpierw czytelnik musi przedrzeć się przez mieszankę łaciny, staropolszczyzny i języka niemieckiego. I tak przez niemal dziesięć stron. Próbka? 

Ratispona Anno Dommini Domini mense decembri mclv kronica Baudolini cognomentum de Aulario

ia Badolino syn Galiauda z Aulario o głowie gdyby lew alleluia składam Panu dank y oby mi przepóścił

ia to dokonałem babeo facto złodziejstwo nawięcsze w mym żywocie to iest z puzdra biskupa Otona przywziąłem sobie siła kart... 

Było ciężko, a nie można było tego ominąć. Ale w okolicach piątej strony coraz łatwiej było zrozumieć pierwsze próby spisania przez Baudolino swojej historii. 

Fikcja a prawda: To, co najbardziej uderza podczas lektury, to łatwość z jaką to, co pomyślane, staje się realne. Kiedy Baudolino z Abdulem, po spożyciu zielonego miodu, zastanawiają się, czy królestwo księdza Jana w ogóle istnieje, dochodzą do wniosku: „Istnieje [...] ponieważ nie ma żadnych racji, które zaprzeczałyby jego istnieniu”. I już. Żadnych wątpliwości. :) 

A gdy zastanawiali się, jak dotrzeć do owego królestwa, padają takie słowa: „Nie chcemy przecież wskazać ziemi, do której się udamy, lecz zrozumieć, jak ma wyglądać idealne miejsce, w którym każdy chciałby się znaleźć”. Czyli nie zastanawiamy się, jak wygląda to miejsce (po wcześniejszym dotarciu do niego), ale jak powinno wyglądać miejsce idealne i na postawie tak stworzonego opisu należy dopiero rozpocząć poszukiwania. :) 

A teraz niezły kąsek. Otóż w średniowieczu naprawdę wierzono w istnienie tego królestwa. Nawet krążył po świecie list napisany przez owego księdza Jana (tutaj skrót tego tekstu w języku angielskim) - sam list stanowi jeden z głównych wątków książki. 

Historiografia: Zawsze zastanawiałam się, jaką wartość historyczną mają różnorodne kroniki, listy, zapisy sprzed wieków. Czy naprawdę opowiadają o faktach tak, jak miały one miejsce? Spójrzmy na historię najnowszą - IPN zajmuje się ustalaniem prawdy o czymś, co miało miejsce stosunkowo niedawno, i jakoś nieszczególnie im idzie. Nie są w stanie powiedzieć: „Tak było. Nie mamy wątpliwości. Dajemy stuprocentową gwarancję prawdziwości”.  

A teraz rzut okiem na odległe dzieje. Mamy szczątkowe informacje opisujące jakieś wydarzenie. Skąd pewność, że nie jest to „udoskonalona” wersja historii? Skąd wiemy, że jakiś Baudolino nie dorwał się do kroniki i nie wyskrobał tego, co stawiało w złym świetle jego pana? I pytanie fundamentalne (którego nie ma u Eco, ale które mnie dręczy): skąd pewność, że ewangeliści nie zapisali tylko tego, co piękne i gładkie i nie wyrzucili tego, co niewygodne (całkowicie pomijam już fakt wybierania i odrzucania innych ewangelii przez patriarchów kościelnych). I czy wiara w biblijne ewangelie nie staje się nagle równoznaczna z wiarą w królestwo księdza Jana? (Nie rozwijam tematu, choć może kiedyś do tego wrócę). 

Obcy: Podczas podróży ku ziemiom księdza Jana Baudolino i kompani spotykają istoty, które różnią się od ludzi. A to nie mają głowy, a to mają jedną nogę, którą osłaniają się przed słońcem, a to znów mają ogromne uszy. Ale nie to ich różni między sobą. Ba! Nie widzą tych fizycznych różnic: 

Jednonogi

- Nie przyjaźnicie się, bo jesteście inni? - spytał Poeta.

- Co ma na myśli mówiąc „inni”?

- No, w tym samym sensie, w jaki ty jesteś inny niż my i...

- Dlaczego jest inny niż wy?

- Boże przenajświętszy! - wykrzyknął Poeta. - Przede wszystkim masz tylko jedną nogę! My i blemiowie mamy dwie!

- Także wy i blemiowie ma jedną, jeśli uniesie drugą.

- Ale ty nie masz drugiej, by ją opuścić!

- Po co ma opuszczać nogę, skoro jej nie ma? 

Tak, różnice fizyczne były niezauważalne. A istoty te nie przepadały za sobą, bo miały różne poglądy na naturę Jezusa - czy był Bogiem, czy człowieczeństwo objawiło się tylko na krzyżu, czy może ktoś całkiem inny na nim zmarł. Tak. Takie różnice mogą skłonić do niechęci i agresji...

Podsumowując, lektura nie była łatwa (zwłaszcza w części opisującej bunty miast włoskich), ale dała mi ogromną satysfakcję. Żałuję jedynie, że nie zapoznałam się wcześniej z faktami historycznymi - ewentualnie z tym, co podaje się za historię. ;) 

---- 

Czy ktoś z Was czytał „Baudolino” po włosku? Ogromnie mnie ciekawi, czy poniższy tekst znajduje się w oryginale, czy może tłumacz, Adam Szymanowski, pokusił się o wprowadzenie kryptocytatu z „Nowych Aten” Benedykta Chmielowskiego: 

- Jakie jest konie? - spytał zaciekawiony jednonogi.

­- Jakie jest, każdy widzi - odparł Poeta. - Jako te.

 Długousi

wtorek, 21 kwietnia 2009
„Abecadło Topora” Agnieszka Taborska (wybór, przekład i wstęp)

Gdy zobaczyłam w nowościach tę pozycję, nie miałam wątpliwości, czy ją wrzucić do koszyka. Kiedy paczka była w drodze, zastanawiałam się, po co właściwie wydałam jakieś 50 zł. na wybór opowiadań i ilustracji Rolanda Topora, skoro mam chyba wszystko, jak sądziłam, co zostało w Polsce wydane. Ale na szczęście było za późno, by się wycofać. Bo nagle otrzymałam produkt, który zmienił moje postrzeganie tego autora. 

Wcześniej Topor był dla mnie przede wszystkim pisarzem i to pisarzem obdarzonym bardzo specyficznym poczuciem humoru, okraszonym potężną dawką ironii, autoironii, makabreski, paradoksu, absurdu, dystansu do otoczenia. Jego opowiadania przesycone są sporym surrealizmem, od którego później się odżegnywał - co mi nie przeszkadzało, bo surrealizm w literaturze to dla mnie mimo wszystko Vian i Topor. A że sam Topor by się ze mną nie zgodził? Cóż.

 Abecadło Topora

„Abecadło Topora” pokazało mi innego człowieka, innego artystę. Doceniłam wreszcie jego rysunki, na których „bawi” się cielesną dekonstrukcją. I choć jego postaci mogą robić wrażenie karykatur, nie są nimi. Raczej zmuszają odbiorcę do zastanowienia się nad tym, co takiego jest w człowieku, że inny człowiek tak go postrzega. I wbrew pozorom Topor chyba odczuwał sympatię dla człowieka.  

A co do tekstów... Przed „Abecadłem” w Toporze widziałam prześmiewcę i błazna. Teraz jest to postać trójwymiarowa - nieco melancholijna, taka, która śmiechem, głośnym śmiechem, oswaja absurd. Ten błazeński z pozoru śmiech ma pokryć poczucie bezsensu, strach, śmierć. To zupełnie inny człowiek. A może to ja dojrzałam? Na pewno w niedługim czasie sięgnę ponownie po jego książki. 

Podczas lektury zaznaczałam sobie co ciekawsze fragmenty, lecz jest ich zbyt wiele, by je tu zamieścić. Może choć kilka: 

Natura nie jest przyjazna.

Nie żywi najmniejszej sympatii ani dla mnie, ani dla którejkolwiek z gwiazd. Nie wzrusza jej los świata. Obojętne jej są czas i przestrzeń. [...]

Tak jak innych, tak i mnie spisze na straty, wymiesza z innymi, zmarnuje. Powtórnie spożytkuje. Weźcie i wy udział, raz i drugi, w obiegu pokarmowym: to kariera z przyszłością!

Niechby natura była okrutna, bałwochwalcza, bezbożna, politeistyczna, monoteistyczna, racjonalistyczna, głucha, ślepa, wszystko jedno jaka.

Bylebym tylko nie słyszał już o miłości!

Niech mi będą oszczędzone kretyńskie panegiryki na temat zdumiewającej harmonii, geniuszu organizacyjnego, romantyzmu, cudownej produktywności natury!

(Bal na ugorze - fragment)

1. Ludzkość dalej żyje po śmierci człowieka (bez względu na to, jaka ludzkość i bez względu na to, o jakiego człowieka chodzi).

2. Nie chcąc umierać, człowiek zagraża ludzkości, gotów poświęcić ją w imię własnego trwania. [...]

8. Od urodzenia społeczeństwo przyzwyczaja swoich członków do myśli o śmierci.

9. Stosuje najróżniejsze techniki.

10. Ich podstawą jest uczynienie człowieka nieszczęśliwym. („Tamten świat jest lepszy”). Nieszczęśliwym, lecz nie zrozpaczonym.

(Krótkie memento paniczne - fragment)

 

Sto argumentów na rzecz niezwłocznego samobójstwa:

1. To najlepszy sposób, by upewnić się, że żyję!

2. Zafałszuję ostatni spis powszechny. [...]

7. Jak Werter! Już nikt nie zwątpi w moją kulturę.[...]

24. Nareszcie w roli głównej! [...]

40. Zabiję Żyda, jak wszyscy.

41. Stanę się częścią milczącej większości. Tej prawdziwej. [...]

49. Oszczędzę komuś przykrych konsekwencji zabójstwa. [...]

54. Dowiodę im, i to WSZYSTKIM, że potrafiłem ułożyć sobie życie.

(fragment)

I jeszcze jedno opowiadanie spoza „Abecadła” (całość): 

WYPADEK

Chrystus zdecydowanym krokiem wstąpił na wody jeziora Genezaret. Apostołowie, wciąż jeszcze z niedowierzaniem, obserwowali stopy Pana. Jezus szedł po wodzie! Nie zanurzał się ani na milimetr! Z oczyma wzniesionymi ku niebu, zdawał się nie pamiętać, gdzie się znajduje.

Krzyk wyrwał się z piersi apostołów. Za późno. Jezus nie zauważył skórki od banana. W czasie krótszym, niż można to sobie wyobrazić, poślizgnął się i roztrzaskał czaszkę o grzbiet fali.

 

I choć pani Taborska odwaliła kawał dobrej roboty przybliżając i przypominając Topora, to jednak zastanawiam się, dlaczego nie skorzystała z przekładów już istniejących. Pisze: „ Chęć uchwycenia ‘istoty’ Topora narzuciła mi wybór własnych wizji wielu tekstów. Przełożyłam więc na nowo niektóre z klasycznych już dziś rozwiązań”. Ale czy naprawdę istnieje istotna różnica pomiędzy „ciupcianiem królowej” a jej „bzykaniem”? Może zbytnio przywiązałam się do tego, co jest mi znane, by taki zabieg mi nie przeszkadzał. Niemniej jest to jedyny minus tego wydawnictwa. Plusy to: wybór tekstów, wybór ilustracji, wybór zdjęć - świetnie wydana monografia. Brawa dla świętej/nieświętej pamięci Topora i jego orędowniczki pani Taborskiej! Brawa! 

PS. Właśnie odkryłam, że wcięło mi mój ulubiony zbiór opowiadań „Cztery róże dla Lucienne”. Mam nadzieję, że nie pożyczyłam komuś, kto zapomniał mi oddać. :/

 

 

sobota, 18 kwietnia 2009
„Samotnik z ulicy Rosengracht. Opowieść o życiu Rembrandta van Rijn” Sarah Emily Miano

Swego czasu pisałam, że uwielbiam wszystkie książki, które mówią o życiu malarzy, o sztuce. I co? I teraz muszę odszczekać te słowa. „Samotnik z ulicy Rosengracht” nie porwał mnie, nie rzucił dodatkowego światła na Rembrandta, nie sprawił, że zafascynowałam się tą postacią. Przyznam, że książkę czytałam już kilka miesięcy temu i dopiero teraz zmusiłam się, żeby coś napisać.

 Samotnik z ulicy Rosengracht

Treść: Pieter Blaeu, syn znanego kartografa, postanawia, że porzuci niosącą niezłe zyski karierę związaną z mapami i zrobi coś zupełni innego - będzie śledził uznanego niegdyś malarza, który teraz popadł w nędzę i niełaskę. Będzie śledził go osobiście, będzie zdobywał informacje na jego temat i napisze wielkie dzieło poświęcone jemu i jego tajemnicy. Musi w tym celu wejść posiadanie księgi w czarnej oprawie - prawdopodobnie pamiętnika samego Rembrandta. 

Co mi się nie podobało:

- chory pomysł Pietera, by ukraść mistrzowi, którego wielbił, coś co do niego należy, po to, by oddać mu cześć w swej pracy (czyż Lennona nie zabił jego fan?);

- wielość narracyjna, która mi tu nie pasowała - a to widzimy świat oczami Rembrandt, za chwilę przemyślne knowania Pietera i pewnie jeszcze kogoś (czego już nie pamiętam);

- formalne popisy autorki - czasem mamy prozę, czasem dramat, czasem poezję.  

Nie wiem, czy ten ostatni zabieg miał być wyrazem umiejętności pani Miano, czy może (i chyba tak bym wolała) swoistym odzwierciedleniem barokowego horror vacui - gdzie wszystkiego ma być dużo, w nadmiarze i ma się przelewać. Miałoby to jakieś formalne uzasadnienie - w końcu pisze o malarzu baroku. Niemniej dla mnie było tego za dużo. Przelało się.

czwartek, 16 kwietnia 2009
„Nagle w głębi lasu” Amos Oz

Pewnego razu mieszkańcy leżącej w pobliżu lasu wioski obudzili się i zauważyli, że nie ma ani jednego zwierzęcia. Żadnego ptaka śpiewającego zwykle nad ranem, żadnego szczura, który wyjadał resztki, żadnej ryby, którą można byłoby złowić i przygotować na obiad, żadnej muchy, która tłukłaby się o szybę. Nie było nawet wiernego psa Almona Rybaka, ani kotki, która dopiero co się okociła. Zniknęły konie, krowy, kozy.

 Nagle w głębi lasu

Minęły lata, przyszło nowe pokolenie. Czasami nauczycielka mówiła dzieciom o tym, że kiedyś były zwierzęta, czasem rodzic opowiadając bajki wspomniał, że koty mówią „miau”, a krowy „muu”, lecz szybko poprawiał się mówiąc, że to było dawno, a tak w ogóle to tylko takie bajania i lepiej nie pytać. I dzieci na ogół nie pytały. Miały tylko przykazane, by po zmroku nie chodzić do lasu, bo tam panuje zły duch Nehi, który może sprawić, że dziecko zapadnie na rżycę - będzie się ślinić, biegać po wiosce i rżeć.  

Lecz, jak zwykle w bajkach bywa, mamy dwoje dzielnych bohaterów: Maję i Matiego. Zaczynają podpytywać tych, którzy są bardziej skorzy do mówienia, rozmawiają ze sobą na temat tego, co się musiało wydarzyć, że zwierzęta zniknęły, a ludzie nie chcą o tym rozmawiać - czyżby się czegoś wstydzili? - i nabierają coraz większej odwagi. 

Dla mnie jest to opowieść o odwadze potrzebnej do zmierzenia się z przeszłości, opowieść o sile kobiet (Maja jako nieco bardziej współczesna Ewa, która chce poznać różnicę między dobrem a złem i dokonać osądu nad sędzią), a przede wszystkim o odrzuceniu - i znów o sile, by przezwyciężyć odrzucenie i nie bać się być sobą. 

Nie powiem, że Amos Oz to mój ulubiony autor, ani nawet taki, po którego sięgam. Raczej wzięłam tę książkę na przekór własnym uprzedzeniom i rozczarowaniu jego twórczością. I naprawdę nie żałuję. Ładnie wydana książka, piękna historia i świetnie poprowadzona akcja. Czegóż chcieć więcej?

niedziela, 12 kwietnia 2009
„Arsene Lupin, dżentelmen włamywacz” Maurice Leblanc

Cóż, ach, cóż czytamy na okładce: 

„Maurice Leblanc w 1905 roku opublikował pierwszą historię opowiadającą o przygodach Arsene’a Lupima. Trafił w dziesiątkę. Arsene bardzo szybko stał się jednym z najpopularniejszych fikcyjnych bohaterów literackich. 

Ten dżentelmen włamywacz o zdolnościach detektywistycznych mistrzowsko kradnie i mistrzowsko uwodzi. Nie ma kobiety, która potrafiłaby mu się oprzeć. Nie ma szyfru do sejfu, którego by nie złamał. 

Okrada złych, nieuczciwych, bogatych, a broni słabych i pokrzywdzonych - karząca dłoń sprawiedliwości w jedwabnych rękawiczkach. 

Oto on - doskonałe połączenie przeciwieństw: patriota, gdy jego kraj znajdzie się w potrzebie. Na co dzień anarchista, który kpi z policji i żyje jak arystokrata. Umysł bystry i niezależny”.

 Arsene Luoin

Arsene Lupin to jednak jakaś tam klasyka gatunku, dlatego pomyślałam, że warto się zapoznać z tym eleganckim panem sprzed wieku. Ależ wzbudzał on we mnie emocje! Ależ one były negatywne!  

To może po kolei... 

1. Dżentelmen? Hm... jeśli dobre maniery względem kobiety (bo nie kobiet) są miarą bycia dżentelmenem, to rzeczywiście może nim być. Lecz jeśli pod tym terminem ma kryć się ponadprzeciętne zachowanie, świadczące o wysokiej kulturze i manierach - oj, to już nie bardzo. 

Pokusiłam się i zajrzałam do Kopalińskiego: „dżentelmen człowiek nienaganny zarówno pod względem etycznym, jak i form towarzyskich, taktowny, honorowy, godny zaufania, uprzejmy; Etym. - ang. gentleman ‘szlachcic; człowiek żyjący z własnych funduszów’”. Taaa... 

2. Mistrzowsko kradnie i mistrzowsko uwodzi? Trudno oceniać ileś tam przygód tego pana po pierwszym tomie, ale jak na razie, nikogo nie uwiódł. Poza tym... czyż nie jest to moralnie złe? Czy Ty, drogi czytelniku, chciałbyś być „mistrzowsko” ale jednak okradziony? Lub uwiedziony? Bo ja nie bardzo. Bo chyba nie czułabym się lepiej, gdybym wiedziała, że mój dom został okradziony przez mistrza w swym fachu, a nie przez zwyczajnego żula. 

3. Nie ma szyfru, którego by nie złamał - i to ma mnie pocieszać? Hurra, istnieje „dżentelmen”, dla którego przeszkodą nie będą żadne gerdy świata i cały monitoring! Hura! 

4. Okrada złych? A któż dokonuje moralnej oceny potencjalnej ofiary? Och, złodziej! To rzeczywiście autorytet. 

5. Okrada nieuczciwych? Przy czym ta nieuczciwość wychodzi na jaw dopiero po okradzeniu ofiar. Bo biedny Arsene tak się namęczył, zainwestował tyle czasu, a niedobrzy państwo Imbert śmieli posiadać fałszywe papiery wartościowe. A fe! Niech się pan i pani wstydzi!

6. Okrada bogatych? A co, miałby okradać biednych? Trochę to by mu się nie kalkulowało. A poza tym, co to za drobnomieszczańskie podejście? Czy bogactwo to coś złego? Czy bogatych należy niszczyć?  

7. Broni słabych i pokrzywdzonych? Sorry, ale nie znalazłam żadnego słabego i pokrzywdzonego, który uzyskałby pomoc od Lupina. Jedyne korzyści czerpie sam złodziej i to w tym celu, aby wieść życie na poziomie tych wstrętnych bogaczy, których okrada. 

8. Patriota. No tak... to może rzeczywiście jedyna pozytywna cecha tego pana. Ale za to ja jestem zbyt wielką anarchistką, by ją docenić. 

Ogólnie - moralnie zła książka, wzbudzająca we mnie bardzo negatywne uczucia, a nie jestem tego rodzaju czytelniczką, co to krzyczy apage satana!, gdy pojawi się jakikolwiek przejaw zła. Zło można przedstawić w sposób fascynujący. Bohater nawet skrajnie negatywny może budzić jakieś pozytywne uczucia (Alex w „Mechanicznej pomarańczy” Burgessa), ale nie zamierzam chylić czoła przed zwykłym złodziejem - bez względu na to, czy będzie miał jedwabne rękawiczki, czy też ściągał kasę z kont siedząc przed kompem w samych gaciach.

wtorek, 31 marca 2009
„Lektor” Bernhard Schlink

Nie wiem, jak to się stało, że obejrzałam „Lektora” zupełnie nic o nim nie wiedząc. Bo nawet ominęła mnie cała ta kampania medialna. Może wynika to z tego, że nie „chodzę” do pracy jak normalni ludzie i „życzliwi” nie opowiadają mi zakończeń książek czy filmów? Never mind. Ważne, że nie miałam pojęcia, o czym jest ten film. (Jeśli jest jeszcze ktoś, kto nie ma pojęcia o „Lektorze”, niech nie czyta żadnych recenzji - łącznie z tą notką).

 Lektor

I tak go sobie oglądam, oglądam... leci jakaś historyjka o miłości-niemiłości piętnastolatka do dojrzałej, nieco oschłej kobiety... nic się nie dzieje... pupa Kate Winslet... mija pół godziny i nic. Próbuję wejść w klimat tych dotyków, kąpieli, czytania książek przez Michaela, jego rozdarcia między swoją kobietą a normalnym-nienormalnym życiem nastolatka... mija pięćdziesiąt kilka minut.... I nagle BUM! Siedzę wbita w fotel i nie mogę oderwać wzroku od ekranu. Totalna hipnoza. Pojawia się coś, co nadaje absolutnie inny wymiar poprzednim sekwencjom! 

I w tym miejscu przerywam, by oddać się dygresji. 

Jestem wściekła na dystrybutora filmu, ale i na wydawcę książki. Wszelkie zapowiedzi kinowe czy notki (np. z okładki książki - sic!) ZABIJAJĄ całą historię. Naprawdę bardzo się cieszę, że nic nie wiedziałam o filmie/książce. I jednocześnie zastanawiam się, jaki jest sens pisania w szóstym zdaniu notki na okładce o czymś, co pojawia się niemal w połowie tekstu! Nie znoszę, gdy ktoś psuje całą radość czytania czy oglądania jednym zdaniem. Grrr... 

No dobra. Widziałam film. I zastanawiałam się, jak niezwykła musi być książka, skoro udało się nakręcić tak dobre kino. I nie zawiodłam się. Jest to taki typ literatury, który chyba najbardziej mi opowiada. Niesie ze sobą mnóstwo przemyśleń, które skłaniają czytelnika do zastanowienia się, do zadania sobie czasem niewygodnych pytań. Sama stawia te pytania i nie udziela odpowiedzi. Bo udzielenie ich równałoby się z trywializacją problemu. 

Nie chcę poruszać tematu obozów koncentracyjnych, całej wojennej machiny biurokratycznej czy zagadnień sumienia niemieckiego pokolenia powojennego. Chociaż... może tylko jedna kwestia: dlaczego człowiekowi tak łatwo oceniać działania innego człowieka z perspektywy własnych czasów i obecnej sytuacji politycznej? To można odnieść do kontekstu polskiej historii powojennej - jak łatwo współczesnym politykom ocenić i oskarżyć coś, co zupełnie inaczej wyglądało w kontekście tamtych czasów? Nie, nie twierdzę, że należy wykazać się chrześcijańskim miłosierdziem i zapomnieć o wszystkich krzywdach (za zbrodnią musi iść kara). Chodzi mi o jedno wstrząsające zdanie, jakie padło z ust Hanny:  

 - A pan, co by pan zrobił? 

Zadała mu to pytanie całkiem serio. Nie wiedziała, co wtedy powinna była, co mogła zrobić, i dlatego od przewodniczącego, który zdawał się wszystko wiedzieć, chciała usłyszeć, co on by zrobił na jej miejscu. 

To, co zmusiło mnie do zastanowienia się nad sobą, to sytuacja, kiedy Michael nie chce odwiedzać Hanny i uwiera mu jej wyjście z więzienia. Chciałby, by istniejące między nimi stosunki układały się na jego zasadach. By poświęcać jej czas wtedy, gdy jemu to odpowiada. Podobną myśl przekazał Camus, bodaj w „Upadku” - jak dobrze jest mieć martwych przyjaciół, którzy nie wymagają od nas czasu. Bo martwy przyjaciel nie ma żądań - można zadumać się nad nim pomiędzy jednym spotkaniem a lampką wina. U Schlinka Hanna jest taką „martwą przyjaciółką”, której można dać coś z siebie, ale która nie może żądać przywilejów żywych ludzi. Straszne. I strasznie prawdziwe.

sobota, 28 marca 2009
„Nocny Patrol” Siergiej Łukjanienko

Na Siergieja Łukjanienkę trafiłam przez przypadek. Oglądałam zapowiedzi filmowe i zobaczyłam fragment „Straży nocnej” - rosyjskiego filmu z efektami, jakich nie powstydziłby się Hollywood. I mimo że zrobił na mnie ogromne wrażenie, na film nie poszłam (pewnie przegapiłam). Ale gdzieś tam tłukło mi się nazwisko tego pana, co skutkowało zakupem „Brudnopisu”. Na a potem to już odbywało się polowanie na czteroczęściowy cykl o Patrolach - zdobywany nie po kolei - oraz na obie sfilmowane części.

 Siergiej Łukjanienko

Walka Dobra ze Złem zawsze przynosiła ogromne straty. Straty w ludziach. A ci nie zawsze nawet byli świadomi, że uczestniczą, czy - może precyzyjniej się wyrażając - są ofiarami w tak ważnej bitwie. W końcu obie strony doszły do wniosku, że lepiej będzie zachować równowagę sił i podpisały rozejm. Ale stara zasada mówi, że zaufanie zaufaniem, a kontrolować zawsze warto. Dlatego utworzono Partol Nocny (do którego należą Inni opowiadający się za Dobrem) oraz Patrol Dzienny (którego członkowie kontrolują Dobrych, aby ci nie przesadzili w swej dobroci).  

Inny to ktoś, kto widzi świat istniejący równolegle do naszego, zwyczajnego świata. Ktoś taki posiada różnorakie zdolności, które:

- albo determinują go, aby opowiedział się po stronie Dobra lub Zła, bo taki na przykład wampir musi być „zły” i wyboru raczej nie ma,

- albo nie determinują i wówczas człowiek sam może zdecydować, czy bardziej pociąga go dobro, czy jednak zło. 

A ten wybór okazuje się wcale nie jest taki oczywisty. Bo czasem dążąc do większego dobra należy poświęcić czyjeś życie, nie powiedzieć prawdy, oszukiwać itp. Ale czy to wciąż jest dobro? Czy nie oczekuje się, że dobro jest dobrem zawsze i bez wątpienia? A zło? Czasem, by doprowadzić do sporej katastrofy, należy wykazać się... tfu, tfu... miłosierdziem. I właśnie ta niejednoznaczność stanowi o rewelacyjności tej książki.  

I jeszcze bohater... Anton Gorodecki - facet o średnich umiejętnościach magicznych, należący do Patrolu Nocnego, który wykonując rozkazy zwierzchników ma własne zdanie i własne pomysły. Ale nie jest to typ samotnego misia, który buntuje się przeciwko zmanipulowanej władzy - to nie ta bajka. Nie jest też typem superbohatera i nie lata w majtkach założonych na rajstopki. Za to lubi sobie wypić.  

A oto Konstantin Chabienski vel Anton Gorodecki :)

 Konstantin Chabienski

PO-LE-CAM!

czwartek, 26 marca 2009
„Dobranoc dla dorosłych” Joanna Wilińska, Feliks Derecki, Andrzej Nowicki

Kiedy byłam mała, naprawdę mała, w telewizorze nie działo się zbyt wiele [bogowie! jaka ja jestem stara! ;)]. Ale było coś, co uwielbiałam, choć niemal nic z tego nie pamiętam. Była to „Dobranoc dla dorosłych”, którą prowadził Jan Kobuszewski. Pamiętam ogromny fotel, w którym zasiadał, by przywitać widzów i rozpocząć opowieść. Później następował mini spektakl teatralny, w którym przedstawiano historię, która miała miejsce „dawno, dawno temu” albo „nie tak dawno temu”. Na koniec Kobuszewski podawał morał - zazwyczaj inny niż tego oczekiwano. Ale jak mówię, nie pamiętam żadnej przedstawionej historii. Tylko ten fotel. I uszy prowadzącego. :) 

Niemniej wydano książkę z tymi bajkami, która pojawiła się w domu i w której się zaczytywałam bez końca - choć nie wszystko rozumiałam. Ale co tam! Później książkę pożyczyłam i zaginęła. Aż nagle, na dworcu w Krakowie, wpadła mi w oko i musiałam ją kupić. Tak, tak, przepłaciłam. Jak poszukałam w Internecie, to okazało się, że przepłaciłam ponad dwukrotnie. Ale cóż, powrót do dzieciństwa ceny nie ma. :)

 Dobranoc dla dorosłych

No to jak? Jakaś próbka? 

Na arenie 

Był to straszliwy cios dla pracowników cyrku „membrano’, gdy w przeddzień galowego przedstawienia zdechł lew King, największa atrakcja programu. Treser Solferino wyrywał sobie włosy z głowy. 

- Ja chyba nie przeżyję śmierci Kinga - łkał. - Tyle lat pracy! Każdą wolną chwilę mu poświęcałem. To był prawdziwy gwiazdor wśród lwów, nigdy jeszcze nie spotkałem tak zdolnego zwierzęcia. Mój biedny, kochany King! 

- Przestań się wreszcie mazać, Solferino - skarcił go dyrektor cyrku. - I tak głowa mi pęka, całą noc oka nie zmrużyłem. Co za potworny pech, że ten zwierzak musiał paść akurat w przeddzień galowego przedstawienia. Afisze z jego pyskiem rozwieszone, wszystkie bilety sprzedane, sam burmistrz zapowiedział swoje przybycie. Jeśli nie będzie Kinga, widzowie gotowi zażądać zwrotu pieniędzy. [...] Może by wypożyczyć innego lwa? Tylko skąd? 

- Kinga nikt nie zastąpi! - oburzył się Solferino. - On był mądrzejszy od człowieka. 

Nagle za plecami tresera rozległ się tryk lwa. Zaskoczony Solferino odwrócił się i odruchowo strzelił z bata. 

- A, to ty, Friko - rozgniewał się. - Dałbyś mi chociaż dzisiaj spokój. 

Rzecz w tym, że między klownem Friko a treserem dochodziło często do konfliktów. Obaj wykorzystywali każdą okazję, aby sobie dokuczyć. [...] 

- Panowie, panowie! - próbował uspokoić ich dyrektor. 

- To po co małpuje Kinga ten... 

- Małpuje Kinga? - dyrektorowi zabłysły oczy. - To jest pomysł! Słuchaj, Friko, a gdybyśmy tak ubrali cię w skórę lwa, przyciemnili światła... Może publiczność by się nie połapała? 

- Co, ten osioł ma zastąpić Kinga?! - wykrzyknął Solferino. 

- Co, ten baran ma mnie tresować?! - zrewanżował mu się Friko. [...] 

Pomysł dyrektora może się wydać trochę ryzykowny, ale czego się nie robi, żeby uratować budżet. [...] 

Nadszedł wreszcie uroczysty dzień. [...] 

- Piękne panie i szanowni panowie! Mesdames at messieurs! Proszę teraz o absolutne skupienie, albowiem za chwilę nastąpi kulminacyjny punkt programu. Treser Solferino włoży głowę w paszczę lwa Kinga, co mimo najdoskonalszej nawet tresury zawiera zawsze spory procent ryzyka. Uwaga, zaczynamy! 

Zagrały werble, zimny dreszcz przebiegł po widowni. Solferino zaczął powoli zbliżać się do zwierzęcia. Lew zaryczał, potrząsnął królewską grzywą i rozwarł szeroko paszczę. Treser zawahał się i cofnął. 

- Aaaa! - rozległ się na widowni jęk zawodu. 

Znowu odezwały się werble. Solferino ponowił próbę. Stanął naprzeciw rozwartej paszczy, pochylił głowę, zdawało się, że już... już włoży ją między połyskujące groźnie kły, gdy nagle na jego twarzy pojawił się grymas przestrachu. Odwrócił się na pięcie i uciekł za kulisy. 

Publiczność zaczęła śmiać się i tupać, a nawet wygrażać pięściami. 

Zgnębiony dyrektor cyrku załamywał ręce: 

- Mamma mia! - wołał, gdyż był z pochodzenia Włochem. - Taka kompromitacja! Stchórzył, zwyczajnie stchórzył! I to człowiek, który setki razy wkładał głowę w paszczę prawdziwego lwa. 

Jak w powyższego i z wielu innych przypadków wynika, stosunki międzyludzkie w niektórych zakładach pracy są ciągle nie najlepsze.

 :) 

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9