Nie będzie tu recenzji, ale raczej opis wrażeń, jakie wiążą się z przeczytanymi książkami. Ku pamięci. Mojej pamięci.
RSS
środa, 17 czerwca 2009
„Astronauci” Stanisław Lem

Nie jestem specem od literatury fantastyczno-naukowej, a zwłaszcza tej, która nacisk kładzie na stronę naukową. Niemniej zwróciłam uwagę na tę książkę ze względu na coś, czym byłam zafascynowana lata temu - mówię o katastrofie tunguskiej. Polecam choćby szybki rzut oka na Wikipedię.

 Po katastrofie

Sama katastrofa rozpalała mą wyobraźnię do granic możliwości. Oczywiście, będąc dzieciakiem, nie wierzyłam w zapewnienia astronomów, fizyków czy innych chemików i nie przyjmowałam wyjaśnień, mówiących o upadku asteroidy czy meteorytu. To musiało być UFO! Pogrzebałam trochę w sieci i okazuje się, że nadal nie ma hipotez, które by mnie przekonywały w stu procentach - ale ja jestem laikiem, więc się nie liczę. Przy czym grono uczonych nadal nie jest zgodne co do tego, co stało się 30 czerwca 1908 roku w tajdze tunguskiej.

 Katastrofa tunguska

I właśnie od tego wydarzenia rozpoczyna się powieść Stanisława Lema. I w dodatku, co nie jest chyba zaskoczeniem, autor poszedł w stronę, która mi wówczas odpowiadała - katastrofę spowodował upadek statku badawczego z innej planety. Po niemal stu latach (czyli parę lat temu ;)) naukowcy odnaleźli w tajdze dziwny zwój, który zawierał informacje wcale nie przeznaczone dla oczu Ziemian. I postanowili zorganizować ekspedycję, która miałaby zapobiec zniszczeniu naszej planety. Aha - możliwa była współpraca międzynarodowa i jednogłośne opowiedzenie się za pokojowym rozwiązaniem sprawy dzięki zwycięstwu komunizmu na świecie. ;) 

W kilku punktach: 

- Naprawdę bardzo zabawne jest czytanie czegoś, co zostało napisane niemal 60 lat temu, a mówi o naszej teraźniejszości - wg Lema człowiek dokonał niezłego postępu w nauce, choć z drugiej strony musi posługiwać się taśmą filmową do rejestracji zdarzeń. Ale nie jest to minus tej książki. 

- Wiem, że dziwnie to zabrzmi, ale ta książka jest niezwykle świeża pod względem formalnym. Chyba przeczytałam za dużo książek, poznałam zbyt wiele schematów i... popadłam w czytelniczą rutynę. I tu z pomocą przychodzą „Astronauci”. Kiedy główny bohater popadł w spore kłopoty, byłam pewna, że rozpocznie się opowieść o samotnym zmaganiu się z przeciwnościami - a tu totalne zaskoczenie!  

- Zdziwiło mnie to, że o nauce (nawet tej fantastycznej) Lem pisał tak ciekawie! Opowieść o polimerach, a zwłaszcza wyjaśnienie idei przestrzeni sferycznej - mistrzostwo świata. A dowodem niech będzie to, że ja i fizyka to dwa różne światy. 

- Ogólnie rzecz biorąc pierwsze 120 stron czyta się ciężko - chyba tylko ambicja i ciekawy dla mnie początek pozwolił mi je przebrnąć. Później jest lepiej, choć nie powiem, że lekko.

Wcześniej przeczytałam „Solaris” i „Kongres futurologiczny”. Teraz „Astronautów”. I stwierdzam, że uprzedzenie względem Lema z lat dziecięcych (spowodowane jakąś beznadziejną czytanką w podstawówce, która wydawała mi się całkowicie pozbawiona śladów logiki) nareszcie odeszło w niebyt. Cieszę się. 

I jeszcze jedno - dzięki ostatniej lekturze niemal rozumiem Philipa K. Dicka, który twierdził, że Lem to cała grupa pisarzy z bloku sowieckiego, gdyż jeden człowiek nie byłby w stanie posiąść takiej wiedzy i pisać tak różnorodne pozycje. Zaskakujesz mnie pan, panie Lem. :) 

Zdjęcia pożyczone stąd

środa, 10 czerwca 2009
„Malowany ptak” Jerzy Kosiński

Jest to opowieść o czarnowłosym i czarnookim chłopcu, którego troskliwi rodzice oddali na wieś, aby tam spokojnie przeżył zawieruchę wojenną. Chłopiec mieszka u różnych ludzi, różne rzeczy widzi (gwałty, morderstwa, spółkowanie ze zwierzętami itp.). Z każdego miejsca musi uciekać, gdyż wszędzie grozi mu niebezpieczeństwo. Spotyka się z niewyobrażalnym okrucieństwem, doświadcza na sobie straszliwego zła. 

Jest to opowieść o procesie dojrzewania świadomości - tak u pojedynczego człowieka, jak i w społeczeństwie na przestrzeni dziejów. Najpierw pojawia się wiara w zabobony, potem nieco magiczna wiara w Boga, następnie zwrócenie się ku złu, by dojść do ateizmu oraz relatywizacji dobra i zła. 

Jest to opowieść o wędrówce przez kręgi piekielne, gdzie z każdą następną stroną książki i z każdą następną napotkaną przez Chłopca osobą czytelnik widzi coraz większe zwyrodnienie. 

Jest to opowieść o nietolerancji, o odrzuceniu tego, co choć jest takie samo, wygląda na inne. A inne jest złe. 

Jest to opowieść o strachu - strachu Chłopca przed wieśniakami, strachu wieśniaków przed czarami, ich strachu przed Niemcami. O strachu, który potrafi jednoczyć. 

Jest to opowieść o reakcji na zło, a właściwie o braku tej reakcji. Nikt nie staje w obronie Chłopca, nikt nie staje w obronie wieśniaków, nikt nie staje w obronie wywożonych do obozów Żydów czy Cyganów. 

Jest to opowieść o zarażeniu się złem. Ludzie doświadczywszy zła nie potrafią uciec przed jego piętnem. Zmienia się ich system wartości. Czy można ich potępić za to, że zostali zarażeni? 

„Malowany ptak” przypomina mi książki markiza de Sade. U markiza uciekające cnotliwe dziewczątka wpadają w ręce coraz bardziej zwyrodniałych oprawców. Uciekając, zawsze mają nadzieję, że schronienie znajdą w napotkanej chatce, w której mieszka miła staruszka (okazująca się później stręczycielką) lub w pobliskim klasztorze (gdzie braciszkowie prześcigają się w perwersji). Tutaj uciekający Chłopiec nie jest naiwny, nie oczekuje cudu. Nie broni cnoty, lecz życia. I wie, że aby przeżyć, musi przestać się wyróżniać. Również w sferze moralnej. 

Bardzo „bolała” mnie ta książka.

Jerzy Kosiński

Zdjęcie: Krzysztof Gierłatowski


Na końcu książki pojawiają się Uwagi Autora. Oto kilka z nich.
 

O Innym słowami Millera: 

W „Incydencie w Vichy” Arthur Miller [pisze]:

[...] Częścią wiedzy o tym, kim się jest, jest wiedza o tym, kim się nie jest. Żyd to jedynie nazwa, jaką nadajemy obcemu, agonii, której nie czujemy, śmierci, na którą patrzymy jak na chłodną abstrakcję. Każdy ma swojego Żyda; jest nim ten drugi. Żydzi również mają swoich Żydów. Teraz, zwłaszcza teraz, musi pan zrozumieć, że choć jest pan porządnym człowiekiem, też ma pan swojego Żyda - kogoś, czyja śmierć przynosi ulgę, że się nim nie jest. I dlatego właśnie nic nie ma i nic nie będzie, dopóki nie uświadomi pan sobie swojego w tym udziału... swojego własnego człowieczeństwa. 

O bohaterach - tu już mówi sam Kosiński: 

Wystarczy to, że nie zabijają Chłopca, aby uznać wszystkich dorosłych występujących w książce za bohaterów pozytywnych. W czasach, kiedy życie ludzkie często nie posiadało tej wartości co kula, która mogła je przerwać, fakt, że samotny chłopiec, uważany za Żyda lub Cygana, zdołał przetrwać wojną, jest niewątpliwie wyjątkowy. Setki tysięcy dzieci ginęły w gettach, w bombardowanych miastach, w obozach koncentracyjnych. Umierały z głodu, z chorób, w wyniku przemocy. [...] Tymczasem dorośli spotykani przez Chłopca przyczynili się do przetrwania przez niego wojny, i to mimo że cały czas przebywał wśród obcych, którym groziła śmierć za udzielenie mu schronienia lub jakiejkolwiek pomocy. Z kolei Niemcy mieli służbowy obowiązek zabijania wszystkich podejrzanych osób. Oni również narażali życie, jeśli zaniedbywali obowiązki.

[...] Książka ma jednak także negatywnego bohatera.

Jest nim Chłopiec.

Ze wszystkich postaci on jeden nienawidzi świadomie, ciągle i płomiennie; pragnie odpłacać nienawiścią za wszystko, co przydarzyło mu się na tym świecie. 

I z pozoru nie na temat - o interpretacji 

Po zaprezentowaniu książki odbiorcom autor staje się jednym z wielu czytelników własnego utworu, a jego ocena jest po prostu kolejną subiektywną oceną, ani bardziej wnikliwą, ani bardziej płytką niż ocena innych czytelników. „Jeśli chodzi o dosłowną interpretację - oświadczył Paul Valery - [...] nie ma prawdziwego znaczenia tekstu. Autor nie jest żadnym autorytetem. Bez względu na to, co chciał napisać, napisał, co napisał. Wydrukowany tekst stanowi narzędzie, którym każdy może się posługiwać zgodnie ze swoją wolą i umiejętnościami: nigdzie nie jest powiedziane, że jego twórca potrafi robić z niego lepszy użytek od innych”. 

Zdecydowanie się zgadzam z powyższym poglądem na interpretację dzieła. Czytelnik/widz staje się współtwórcą, a nie jedynie odbiorcą. I dlatego pozwolę sobie nie zgodzić się z interpretacją Autora na temat pozytywnych i negatywnych bohaterów jego książki. Pozwolę sobie na jeszcze jeden krok w interpretacji i powiem, że moim zdaniem była to jego obrona przed zarzutem antypolskości tej powieści.

poniedziałek, 08 czerwca 2009
„Ostatni patrol” Siergiej Łukjanienko

Tym razem Łukjanienko zabiera czytelników do Szkocji i Uzbekistanu. Zachód Europy i głęboka Azja - inny sposób myślenia, inne podejście do swych ról, a nawet do wrogów. Czy Jasny Heser może mieć innego prawdziwego wroga oprócz Ciemnego Zawulona? Wroga pośród Wielkich Jasnych? Może, może... Bo życie Innych aż tak bardzo nie różni się od życia ludzi - no, może Inni mają nieco więcej możliwości i wspomagaczy. Ale emocje pozostają podobne. A wrogość i niechęć nie są zarezerwowane jedynie dla Ciemnych. Czy jest coś, co potrafi skłonić do połączenia sił Jasnych, Ciemnych i Inkwizycji?  

Bardzo ożywczo podziałało na książkę częściowe przeniesienie jej akcji do Azji. Bardzo mi to odpowiadało.

 Ostatni patrol

 

I fragmencik dla wielbicieli ekranizacji pierwszej części: 

- Posłuchaj, co mi się dziś śniło - powiedział Siemion, wjeżdżając na parking. - Jadę po Moskwie jakąś zdezelowaną ciężarówką, obok mnie ktoś z naszych, i nagle widzę, że na drodze stoi Zawulon, ubrany jak bezdomny żul. Dodaję gazu i próbuję go przejechać, a on - ciach! Stawia barierę, nas podrzuca w powietrze, robimy salto, przeskakujemy Zawulona i jedziemy dalej. 

I to już koniec serii o Antonie Gorodeckim. Będę tęsknić. ;)

Jedna uwaga edytorska. Czy wydawnictwo zakłada, że jeśli czytelnik kupił pierwszą, drugą i trzecią część, to na pewno kupi czwartą i w związku z tym nie ma powodu, by przyłożyć się do korekty? Zbyt dużo było błędów, by nie przeszkadzały. Szkoda, naprawdę szkoda, bo to świetna seria, świetne okładki i fajnie przetłumaczona. 

Aaa... czy ktoś zna się na muzyce rosyjskiej? Czy cytowane przez Łukjanienkę teksty piosenek wiodą swój żywot od wielu lat, czy może powstały pod wpływem jego wcześniejszych Patroli?

piątek, 05 czerwca 2009
Biblioteka - podejście nr 1

Kiedy byłam mała, a potem jako studentka, miałam takie marzenie: wejść do księgarni i kupić to, na co mam ochotę, nie patrzeć na cenę, tylko brać. Od chwili gdy stałam się niezależna finansowo, właśnie tak się zachowuję. Pewnie działa to na zasadzie rekompensaty - niespełnione w dzieciństwie pragnienia przekształcają się w kompulsywny konsumpcjonizm. ;) Ale żeby nie było tak różowo... To, że stać mnie na książki, nie znaczy, że stać mnie na ogromny dom, w którym te książki mogą mieszkać. Poza tym zauważyłam, że w szale zakupów nabywam pozycje, które i owszem czytam, ale do których na pewno nie wrócę.  

I w ten sposób dojrzałam do tego, by zapisać się do biblioteki... 

Czaiłam się dość długo, ale wreszcie dotarłam. Poszłam tam z córką. Weszłyśmy do budynku, w którym od lat mieści się Bibliotek Dzielnicowa i w której ostatni raz byłam jakieś 15 lat temu. Weszłam i przyrzekam - po sekundzie odwróciłam się, żeby uciec. Ale moje zachwycone dziecko już wchodziło między regały. Nie miałam wyjścia. Wzięłam głęboki oddech i podeszłam do pani bibliotekarki, mówiąc, że chcę się zapisać. Gdybym była sama, nie sądzę, bym odważyła się na ten krok. 

Czy biblioteka się zmieniła? I tak, i nie. Zmieniła się w tym sensie, że zlikwidowano pomieszczenie dziecięco-młodzieżowe! Może są jakieś wydzielone półki, ale odrębnego miejsca dla dzieciaków brak. :/ Nie zmienił się księgozbiór. :/ Nowości nie widziałam. Pocieszam się tylko tym, że jestem nowa i nie znam tych wszystkich mechanizmów: „Jeszcze tylko pani Halinka i pan Mietek przeczytają pozycję X i rezerwuję ją dla pani”. Naprawdę mam nadzieję, że tak jest, że są jakieś nowości, a nie tylko klasyka (choć też z dziurami - Austenowej widziałam tylko „Rozważną i romantyczną” i „Emmę”). Najnowszą książką, jaką widziałam, była „Pianistka” Jelinkowej. 

Ogólnie rzecz ujmując byłam zdruzgotana - nie przesadzam. Nie pamiętam, by kiedykolwiek tak przygnębiająco podziałał na mnie widok książek. Prawie nic się nie zmieniło od 15-20 lat. O! Przybył komputer. A jedyny pozytywny akcent to przesympatyczna pani bibliotekarka!  

Kto odpowiada za doposażanie bibliotek miejskich? 

Wzięłam:

1. „Rzeźnię nr 5” - czytałam, ale chyba mam ochotę na powtórkę.

2. „Malowanego ptaka”.

3. „Astronautów” Lema - to już dla córci. 

Gdy wyszłyśmy, obśmiałyśmy się jak norki (takie norki, co potrafią się śmiać przez łzy), bo idąc do biblioteki zastanawiałyśmy się, czy będzie nowy Pratchett. Ha, ha!  

Dobra, zobaczymy, co będzie dalej.

czwartek, 04 czerwca 2009
„Patrol zmroku” Siergiej Łukjanienko

A co jeśli za miesiąc będę przebywać już w krainie wiecznych łowów? Jeśli odejdę z tego świata nie zaznawszy wszystkiego (a przynajmniej części) tego, czego pragnęłam? Co będzie jeśli zatruję się grzybami lub utopię w wannie i nie zdołam poznać dalszego ciągu „Patroli?” Tak, tak, do takich egzystencjalnych pytań zmusza mnie Łukjanienko. ;) Zamiast sobie dozować przyjemności tym razem bez ociągania rzuciłam się na „Patrol zmroku”.

 Partol zmroku

I znów się nie zawiodłam. W notce na temat „Patrolu dziennego” pisałam, że drażni mnie Swietłana swoją niuniowatością. I okazuje się, że jak człowiek czegoś bardzo chce, to ma. A ja dostałam Swietłanę, która wycofała się z pracy w Patrolu, zajęła się wychowywaniem córki i... nabrała babeczka charakteru! Jest naprawdę silną i pewną siebie kobietą. Straciła mimozowatość i zyskała (w moich oczach) Siłę. I choć oficjalnie nie pracuje dla Jasnych, to stanowi ogromną podporę. Polubiłam niewiastę. 

Anton - no nareszcie mam swojego bohatera w pełnym wymiarze powieści! Bardzo odpowiada mi ta postać - wcale nie kryształowa, potrafiąca myśleć, nie bojąca się stawiać trudnych pytań i posiadająca wątpliwości. Człowiek. Na przekór wszystkiemu, człowiek. 

Kostia - i co ja poradzę na to, że lubię „czarne” charaktery? Poza tym, czy on naprawdę jest postacią negatywną? Choć przy Kostii Zawulon stracił na wyrazistości. Ale liczę na niego w ostatniej części serii. ;) 

U Łukjanienki lubię nieprzewidywalność. Gdy już myślę, że poznałam jego sztuczki, gdy już czuję, że weszłam na tyle w jego świat, że jestem w stanie przewidzieć kolejne posunięcia czy schematy, doznaję miłego zaskoczenia: nie udało mi się rozgryźć zagadki przed czasem.

wtorek, 02 czerwca 2009
„Perswazje” Jane Austen

I znów książka o tym, co wypada, a co nie. Pan A nie został przedstawiony, a panna B popatrzyła zbyt długo na pana C, co nie uszło uwadze pani D i jej córce E. Ekwipaż kapitana F nie jest tak wystawny jak ekwipaż lady G, a państwo H miesiące zimowe spędzają u wód. Ale co tam! Lubię panią Austen.

 Perswazje

Tym razem spotykamy niemłodą już osóbkę (mającą 28 lat!), która pod wpływem perswazji przyjaciółki swej nieżyjącej matki kilka lat wcześniej (będąc jeszcze świeżej urody) odrzuciła miłość swego życia, kapitana Wentwortha. Owa przyjaciółka, dbająca o odpowiednie zabezpieczenie finansowe i pożądane tytuły dziewczyny, nakłoniła całkiem myślącą i dość niezależną Anne Elliot do zerwania zaręczyn z niezbyt rokującym marynarzem. Lecz choć minęło osiem lat serce Anne szybciej zabiło na wieść o tym, że dzierżawcami majątku jej rodziny będzie siostra owego kapitana oraz jej mąż. Państwo Croft zjeżdżają do posiadłości, a w okolicy zaczyna się kręcić przystojny i już wystarczająco bogaty młodzian. 

Nie bardzo podobał mi się dość nachalny sposób nawiązywania do tytułu - a to ktoś uległ perswazjom, a ktoś komuś coś wyperswadował, ewentualnie ktoś komuś nie uległ. Było to ciut łopatologiczne. Tak jak w „Dumie i uprzedzeniu” - on niesłuchanie dumny, słynął z dumy i dumnie przeszedł przez salę, a ona uprzedzająco uprzedzona. 

Natomiast bardzo podobały mi się pomysły na postacie. Może trochę przerysowane (jeśli Mary ma być najbardziej egoistyczną siostrą, to będzie nią aż do przesady), ale bardzo barwne - nie sposób pomylić jednej osoby z drugą.  

„Perswazje” to dopiero druga książka pani Austen, którą przeczytałam, ale pokuszę się o stwierdzenie, że te jej główne bohaterki to straszne materialistki. Tutaj Anne cieszy się, że kapitan dorobił się majątku, bo dopiero teraz będzie mogła go poślubić, tam Elizabeth zaczyna cieplej myśleć o panu Darcy dopiero w chwili ujrzenia jego ogromnej posiadłości. A potem się dziwić, że babeczki postrzegane są jako te, którym zależy tylko na kasie! ;) 

Zastanawiam się nad odbiorem twórczości tej autorki pośród czytelników płci męskiej. W ogóle są tacy? Na ile prawdziwi wydają im się bohaterowie. Bo nawet ja, będąc kobietą, jakoś nie mogę uwierzyć w ośmioletnie oddanie kapitana, w to, że nieustannie myślał o Anne i jej pragnął. A może taka cyniczka ze mnie? ;)

niedziela, 31 maja 2009
„Mieszczanin szlachcicem” Molier

Być może moje ambiwalentne uczucia względem tej sztuki wypływają z tego, iż czytałam to jako „wydanie z opracowaniem” - takim opracowaniem lektury szkolnej z dopiskami w stylu „Pan Jourdain - prymitywizm”, „Pan Jourdain - prostactwo”, „Pan Jourdain - próżność naiwność”. Ale do rzeczy...

 Mieszczanin szlachcicem

Przede wszystkim jak przez mgłę pamiętam rewelacyjnego Bogumiła Kobielę w roli Pana Jourdaina i niezapomnianą rozmowę Nauczyciela filozofii i Pana Jourdaina, który chce napisać liścik do damy: 

Nauczyciel filozofii

Chce pan napisać wierszem? 

Pan Jourdain

Nie, nie; nie chcę wierszy. 

Nauczyciel filozofii

Wolisz zatem prozą? 

Pan Jourdain

Nie, nie; ani wierszem, ani prozą. 

Nauczyciel filozofii

Musi być albo jedno, albo drugie. 

Pan Jourdain

Czemu?

Nauczyciel filozofii

Z tej przyczyny, iż dla wyrażenia myśli posiadamy jedynie wiersz lub prozę. 

Pan Jourdain

Tylko wiersz lub prozę? 

Nauczyciel filozofii

Tak, panie. Wszystko co nie jest prozą, jest wierszem, a wszystko co nie jest wierszem, jest prozą. 

Pan Jourdain

A tak jak się mówi, to co jest takiego? 

Nauczyciel filozofii

To proza. 

Pan Jourdain

Jak to? Więc kiedy mówię: „Michasiu, podaj mi pantofle i przynieś krymkę”, to jest proza? 

Nauczyciel filozofii

Tak, panie. 

Pan Jourdain

Daję słowo, zatem ja już przeszło czterdzieści lat mówię prozą, nie mając o tym żadnego pojęcia! Jestem panu najszczerzej obowiązany, żeś mnie pouczył. 

Tak, Kobiela ubawił mnie do łez. A nawet teraz czytając „Mieszczanina” całkiem nieźle się bawiłam. Niemniej cała wymowa tej sztuki nie podoba mi się. Jak wspomniałam, może było to spowodowane tymi dopiskami, które natarczywie podkreślały, jak komiczną i negatywną postacią jest Pan Jourdain. 

Molier pisał „Mieszczanina” (i nie tylko) na zamówienie króla Ludwika XIV (plusy czytania książki z opracowaniem ;)). W swoich utworach często ośmieszał przeciwników króla, zyskując w zamian przywileje i pieniądze. A czego władcy nie lubią? Nie lubią zagrożenia w postaci np. zmian społecznych - jeśli mają władzę, to wolą zachować status quo, prawda? A cóż my mamy w „Mieszczaninie”? Człowieka, który chce awansu społecznego - nie chce już być mieszczaninem, ale szlachcicem. Ma wystarczająco dużo pieniędzy, by zapłacić ludziom za to, by nauczyli go ogłady. I w tym tkwi cała jego wina. I za to należy go ośmieszyć. 

Przyjrzyjmy się Panu Jourdain. Jest nieporadny, nie wie, co jest modne, nie wie, jak należy się kłaniać, nie potrafi tańczyć, nie zna się na muzyce i fechtunku. Ale co robi? CHCE się tego wszystkiego NAUCZYĆ. Nie chce zapłacić za tytuł (nie ma o tym mowy w utworze), ale - pokusiłabym się o stwierdzenie - jest ambitny i chce się zmienić. Oczywiście, że jest śmieszny w swoich usiłowaniach i nie jest krystaliczną postacią (na pochwałę nie zasługuje wypieranie się zawodu swego ojca ani też próba niedopuszczenia do ślubu swej córki z jej ukochanym, który szlachcicem nie jest). Ale jest to człowiek, który marzy o tym, by być lepszy - chce się ładnie wysławiać, chce znać się na muzyce. 

W moich oczach zdecydowanie negatywnymi osobami są Nauczyciel muzyki i Nauczyciel tańca - wyśmiewają biedaka, żerują na jego niewiedzy, ale jego kasy jakoś się nie brzydzą. Podobnie jak szlachcic, który wydaje pieniądze Jourdaina i jednocześnie świetnie się bawi, widząc jak ten bardzo chce być takim, jak on. Ech... 

Czy postawa Jourdaina jest naganna? Nie! Bez takich postaci nie mógłby dokonać się żaden postęp. Małpa awangardzistka bałaby się zejść z drzewa w obawie przed innymi małpami, naukowiec z epoki kamienia łupanego nie chciałby kombinować z żelazem, a sufrażystki siedziałyby na tyłku w domu, bo przecież w swych pragnieniach były taaaaakie śmieszne! Itd. itp. A przekładając to na czasy bardziej współczesne... Jakiż śmieszny musiał wydawać się mój dziadek, który po wojnie jako dorosły mężczyzna kończył podstawówkę, bo przed wojną mieszkał na wsi, gdzie mógł ukończyć co najwyżej czwartą klasę. A czy my nie jesteśmy śmieszni i nieporadni w jakichś aspektach? Ja na pewno.

Aha - jeśli na tę notkę trafił ktoś, kto ma przed sobą ezgaminy gimnazjalne czy maturalne, niech uważa, bo to co pisałam, to absolutna herezja! Pan Jourdain ma być prostacki, prymitywny i głupi.

środa, 27 maja 2009
„Królewskie skandale” Michael Farquhar

Podtytuł tej książki precyzuje, co w niej znajdziemy: „Szokująco prawdziwe opowieści o najnikczemniejszych, najdziwaczniejszych i najbardziej rozwiązłych królach, królowych, carach i cesarzach”. Skojarzyło mi się to trochę z tytułami w różnych szmatławcach: „Szokujące wyznania kobiety, która widziała Edytę G. w mięsnym!”. Sama konstrukcja tej książki przypominała mi formą tego typu rewelacje - lekko napisane, skandalizujące, przedstawiające tylko to, co ciekawe, a nie szeroki kontekst. Ale nie jest to zarzut! Przeciwnie - trzeba mieć dar, by o poważnych rzeczach pisać z taką swadą. Bo znajdziemy tu nie tylko wzmianki o preferencjach seksualnych głów państw, ale i opowieści o morderstwach, torturach, bezczeszczeniu zwłok itp. A wszystko to z udziałem osób znanych nam z kart historii.

 Królewskie skandale

I kilka refleksji... 

1. Może za mało znam historię Polski i o czymś nie wiem, ale nasi królowie i możnowładcy to potulne baranki w porównaniu z kolegami po fachu z Wysp. Zawód „król” swego czasu był chyba najbardziej niebezpiecznym zawodem świata, który wymagał zimnej krwi i gotowości jej przelania (nie, nie na polu walki, ale w walce o władzę). Chociaż nie - najbardziej wymagający zawód to „pretendent do tronu”.  

2. Do tej pory w mojej świadomości Henryk VIII jawił się jako najbardziej niechlubna postać w historii Anglii. Lecz po pierwsze, nie był on najgorszy (oj, zdecydowanie nie!), a po drugie, ta wymiana żon służyła szlachetnym celom! Biedaczek chciał zakończyć krwawe walki o tron. 

3. Gdyby zapytać przeciętnego zjadacza chleba, czy cesarz Klaudiusz był w miarę dobrym władcą, jestem pewna, że większość powiedziałaby, że tak. Łącznie ze mną. A to zapewne z powodu książki (muszę ją w końcu przeczytać!) i serialu BBC „Ja, Klaudiusz”. Ot, siła pióra. A co się okazuje? Że może i rzeczywiście Klaudiusz nie był największym potworem świata starożytnego, ale znów nie tak bardzo odstawał od Neronów i innych Kaligulów. Trochę tak, ale wzorem dobroci to on nie był. 

4. Rasputin... Nie było w książce niczego, czego bym nie wiedziała, ale ZAWSZE ogromne wrażenie robi na mnie ta postać. A zwłaszcza zamach na jego życie. Zwykle daleka jestem od szafowania terminami pochodnymi od diabła, ale ten facet musiał mieć jakiś związek z siłami nieczystymi. 

5. I najciekawsze na koniec. Nie urodziłam się wczoraj, co nieco wiem na temat historii kościoła katolickiego, ale rozdział poświecony papieżom przeszedł wszelkie me oczekiwania. Może dlatego, że ich działania bardziej niż w przypadku władców świeckich dotykały zwykłych ludzi i wolności  ich sumienia? „Jedna trzecia papieży, którzy wstąpili na stolicę Piotrową pomiędzy 872 a 1012 rokiem, zmarła śmiercią gwałtowną, czasami z ręki innych papieży. Jeszcze innych z powodu nieprawości usunięto z urzędu i musieli uciekać z Rzymu” - to tylko suche informacje. Szczegóły są bardziej pikantne. 

I zadanie na przyszłość: sprawdzić: „synod trupi”, papieża Stefana VI, Innocentego III („zabić wszystkich, Pan zatroszczy się o swoich”), Grzegorza IX, Innocentego IV i „Księgę umarłych” (poradnik dla inkwizytorów), Pawła IV (prekursora nazistów).

wtorek, 26 maja 2009
„Dzienny patrol” Siergiej Łukjanienko, Władimir Wasiliew

Kiedy mam paczkę Haribo na swój wyłączny użytek, najpierw zżeram połowę, a potem powoli się nimi delektuję, zostawiając co nieco na później. I podobnie mam z panem Łukjanienko - nie chcę pochłonąć wszystkiego od razu, jakbym obawiała się, że później mogę mieć problemy ze znalezieniem równie dobrej rozrywki. I tak sobie wydzielam co jakiś czas po jednej książce tego autora.

 Dzienny patrol

Znawcom nie trzeba mówić, że „Dzienny partol” stanowi kontynuację „Nocnego patrolu”. Tym razem widzimy walkę Dobra ze Złem z innej perspektywy: tych „złych”. Już w pierwszej części pojawiają się wątpliwości co do tego, czy Dobro jest krystalicznie czyste. Teraz czytelnik lepiej poznaje motywy, jakimi kieruje się Zawulon i jego świta, co nie znaczy, że momentalnie staje po stronie Zła. Całe szczęście, że Łukjanienko nie „przechodzi” na drugą stronę barykady, lecz opisuje zmagania dwóch stron z mniej więcej jednakowym obiektywizmem, zaledwie nieco przesuwając punkt ciężkości swojej sympatii ku Patrolowi Nocnemu. 

Mimo że tak nakazywała forma tej części, to jednak bardzo mi brakowało mojego ulubionego bohatera, Antona, który choć odgrywał ważną rolę, nie znajdował się w centrum powieści. Tak bardzo mi go brakowało, że ponownie obejrzałam sobie „Straż nocną”. A za chwilę sięgnę po „Straż dzienną”. :) 

Aha, zdałam sobie sprawę, że oprócz Antona bardzo lubię Zawulona. Swietłana jest dla mnie tak bezbarwną niunią, że absolutnie nie traktuję jej jako Wielkiej Czarodziejki. Heser zbytnio ją promuje. ;)

środa, 20 maja 2009
„Lekcje pana Kuki” Radek Knapp

Nie wiem skąd mi się to wzięło, ale od kilku lat gdzieś tam tłukł mi się ten tytuł po głowie. I wreszcie wpadła mi w ręce ta dość niepozorna książeczka.

 Lekcje pana Kuki

Jest to opowieść o dwudziestoletnim Waldemarze, który postanawia jechać na Zachód, by zobaczyć kawałek świata i przy okazji coś może zarobić. Aby zdobyć kilka cennych porad, udaje się do swego sąsiada, pana Kuki - który niejedno widział, niejedno przeżył i za flaszkę wódki jest w stanie podzielić się tą wiedzą. Pełen ideałów Waldemar wsiada do rozwalającego się autobusu i jedzie do Wiednia. Już w podróży absolutnie nie przystaje do towarzystwa: wszyscy coś przewożą, ukrywają, przemycają. Tylko on jeden jako ta niewinna lelija z szeroko otwartymi oczami chłonie inny świat. A ten świat okazuje się wcale nie aż tak inny, zwłaszcza, że pełno w nim całkiem zwyczajnych rodaków. 

Plusy:

- fajny, plastyczny język,

- świetne pokazanie zderzenia idealistycznego obrazu tzw. Zachodu z tym, co Waldemar tam zobaczył i przeżył,

- bardzo przyjemny bohater, który ani nie zgorzkniał (a mógł), ani nie zachłysnął się Zachodem i nie popadł w euforię (a też mógł); wydoroślał, ale nie stracił młodzieńczego zachwytu i pewnej czystości. 

Uwierzyłam w tę historię. 

Jeśli ktoś kilka, kilkanaście lat temu podczas wojaży spotkał się ze spojrzeniami pełnymi politowania, że nie wziął na sprzedaż polskiej wódki/kryształów/czy czego tam jeszcze, zdecydowanie powinien sięgnąć po tę książkę. Zabawna, ale nie lekka. Ironiczna, ale nie zgorzkniała. Podobała mi się.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9