Nie będzie tu recenzji, ale raczej opis wrażeń, jakie wiążą się z przeczytanymi książkami. Ku pamięci. Mojej pamięci.
RSS
piątek, 04 września 2009
„Wampir z Ropraz” Jacques Chessex

Czy to możliwe, bym nie znała żadnego autora ze Szwajcarii? Hm... nikt mi nie przychodzi do głowy, czyli zaliczam tę lekturę do wyzwania „Literatura na peryferiach”.

 Wampir z Ropraz

Jest to pozycja skromnych, bardzo skromnych rozmiarów, ale jej forma i treść potrafią zapaść w pamięci na długo. Przede wszystkich historia oparta jest na faktach, co nie ułatwia lektury. Nie mamy tu do czynienia z mitycznym wampirem* wysysającym krew młodych dziewic, lecz kogoś, kto dzień po pogrzebie młodej kobiety rozkopuje jej grób, gwałci zwłoki i pożywia się jej szczątkami. Rewelacyjnie pokazana jest postawa mieszkańców okolicznych miasteczek, którzy nie bardzo wiedzą, jak zareagować na taką profanację. 

Wszędzie bowiem wyciągamy Chrystusa, jaki zachował się jeszcze z czasów katolickich. We wszystkich wioskach i osadach do ram okiennych, zasuwek w oknach, nadproży, balkonów, furtek, a nawet do ukrytych drzwi i w piwnicach, przymocowane są girlandy z czosnku i świętych obrazków, od których potwór z Ropraz musi się przekręcić. Krzyże znów wznoszą się nad tym protestanckim krajem, gdzie nie widziano ich od czterystu lat. Na wzgórzach, przy drogach ponownie stają te od czasu reformacji pogardzane obiekty. Czy wampir lęka się znaku Chrystusa? „No, to zmusi go do namysłu! I pies jest spuszczony”. 

Język Chessexa jest z jednej strony mroczny, a z drugiej reporterski. Dzięki temu czytelnik widzi wydarzenia w taki sposób, jakby opowiadał je obiektywny komentator, któremu nie zależy na podgrzewaniu atmosfery i wzbudzaniu sensacji. A to właśnie sprawia, że atmosfera staje się naprawdę nie do wytrzymania. 

Nie mogę powiedzieć, że polecam tę książkę, bo nie jest ona dla każdego. Chyba lepiej wziąć ją do ręki w jakiejś księgarni, przeczytać kilka stron i samemu zdecydować, czy chce się wejść w świat, z którego nie wyjdzie się w stanie niewinnym. (I tu wychodzą minusy posiadania dziecka, które jest molem książkowym - złapała książkę, zanim ja po nią sięgnęłam, usiadła cicho w kącie, a po dwóch godzinach powiedziała: „Mamo, chyba nie dasz rady”. Bogowie! A ona ma 13 lat!!! Jestem zła na siebie, że mnie ubiegła). 

---

* Nazwanie tytułowego bohatera wampirem przypomina mi moje pierwsze w życiu zetknięcie się z tym terminem. Będąc dziecięciem słyszałam o bodaj „wampirze ze Śląska” (czy skądeś tam) i chodziło o gwałciciela i mordercę. Dopiero później zaczęłam kojarzyć tę nazwę z gościem z długimi zębami, który śpi w trumnie. Takie trochę odwrócenie chronologii.
wtorek, 25 sierpnia 2009
„Smażone zielone pomidory” Fannie Flagg

Książka ta leżała na mojej półce przez kilka lat i jakoś mnie nie pociągała. Trzeba było kolorowego wyzwania, bym po nią sięgnęła. Wzięłam do ręki i trudno było ją odłożyć.

 Smażone zielone pomidory

Pani Cleowa (czyli żona mężczyzny o imieniu Cleo) Threadgood, starsza pani przebywająca dla towarzystwa w domu spokojnej starości (nie mylić z polskimi domami starców), to niezwykła babeczka, która niejedno widziała, niejedno przeżyła i niejedno pamięta. Właśnie siedzi w pokoju ogólnym i wydaje się, że każdemu opowiada swoje nudne historie z nudnego życia. Takie zapewne wrażenie ma Evelyn Couch, która przyszła w odwiedziny do swojej teściowej i trafiła na panią Cleową. Przyszła raz, posłuchała chwilę i poszła. Przyszła drugi raz, posłuchała i nawet się zainteresowała. Przyszła trzeci raz i wsiąknęła w opowieść pani Threadgood. Bo Ninny (jak ją zwano) nie dość, że była świadkiem wielu ciekawych wydarzeń - choć to są takie zwyczajne wydarzenia typu: ktoś otworzył kawiarnię, ktoś miał wypadek, ktoś się zakochał - to umie je rewelacyjnie opowiedzieć. 

A Evelyn? To zahukana kobieta w średnim wieku, która nie jest szczęśliwa, jest rozczarowana swoim życiem, rozczarowana sobą, nie radzi sobie z menopauzą i nagle radością jej życia stają się rozmowy ze staruszką. Czerpie z nich siłę do oddychania i walki o swoje... hm... nawet nie marzenia, ale prawo do bycia sobą. 

Sama powieść to króciutkie rozdziały zabierające nas w przeszłość i z powrotem do czasów współczesnych (rok 1986) przeplatane wycinkami z gazet, ogłoszeń itp. Początkowo ten zabieg trochę mnie drażnił. Potem bardzo odpowiadało mi takie skakanie po datach. 

Zastanawiałam się nad światem pani Cleowej - tym światem z czasów jej młodości. Jesteśmy w Stanach Zjednoczonych, w Alabamie w latach 20. 30. XX wieku. Alabama, czyli głębokie południe razem z niewolnictwem, miejsce, gdzie normalne są słowa typu: „Pani czarny musi zostać przed szpitalem”, gdzie słowo człowieka o ciemnej skórze nie ma żadnego znaczenia. I w tym właśnie niezrozumiałym dla mnie świecie istnieją osoby nieprzystające do swoich czasów - przyjaźnią się z czarnoskórymi, nie widzą nic dziwnego w miłości jednej kobiety do drugiej, po prostu widzą człowieka w człowieku. Ale nie jest to opowieść moralizatorska. Owi ludzie żyją tak, jak potrafią i tak, jak myślą, że jest uczciwie. Nie uważają się za jakichś bohaterów. A może nasze widzenie Południa jest wykrzywione przez zbyt „czarno-białe” lektury i filmy? Może nie było tak źle? Nie wiem... 

Nie jest to książka „niezwykle zabawna, pełna humoru”, jak wyczytałam na okładce. Jakoś nie uśmiałam się do łez. Nie odbieram jej też jako literatury kobiecej. Cóż, taki zabieg marketingowy wydawnictwa może przynieść odwrotny rezultat, bo dobrowolnie nie sięgnęłabym po tę książkę właśnie ze względu na to dziwne przypisanie jej do literatury kobiecej (kurcze, a czy „Czarodziejska góra” to literatura męska?!). Ech, poniosło mnie. ;) 

Co do koloru... Tak, w tytule pojawia się kolor zielony (aha - przepisy i tytułowe pomidory nie robią na mnie wrażenia, bo gotować nie znoszę!), ale chętnie przypisałabym tę historię do kategorii „czarne”. Bo chyba więcej było mowy o czarnym niż o zielonym. 

--- 

Widziałam, że książka budzi skrajne uczucia. Niektórzy czytelnicy zarzucają jej zbytnią sielskość. Hm... może jestem dziwna, ale w moim odczuciu była to dość smutna książka. A zbyt cukierkowate postaci? Sama nie wiem - może to po prostu zwyczajni, porządni i nudnawi ludzie, których pełno wokół nas, a których nie ma na pierwszych stronach gazet.  

Na pewno nie rzuciła mnie na kolana, ale bardzo miło spędziłam z nią czas.

poniedziałek, 24 sierpnia 2009
„Rozmowy nad Nilem” Nadżib Mahfuz

Anis Zaki jest właścicielem barki przycumowanej na Nilu, na której co wieczór spotyka się grupa ekscentrycznych przyjaciół, aby wspólnie upalić się haszyszem. Trudno powiedzieć, że widzimy przekrój społeczeństwa egipskiego, bo są to raczej przedstawiciele tamtejszej wyższej warstwy i bohemy - aktor, adwokat, ktoś z ministerstwa, krytyk, pisarz itp. Jedyny przedstawiciel „ludu”, to bogobojny służący, który pomimo tego, że jest oddanym muzułmaninem, organizuje panienki swojemu pracodawcy i załatwia narkotyki. Czy jest jedynym sprawiedliwym, głosem sumienia? Jeśli tak, to jego głos jest bardzo cichy.

 Rozmowy nad Nilem

Główny bohater to człowiek po przejściach, który zatraca kontakt z rzeczywistością i choć jest najbardziej wyizolowany na swej barce, czytelnik ma wrażenie, że jest to ktoś, kto ma najwięcej do powiedzenia. Naprawdę zazdrościłam mu możliwości choćby sztucznego, ale jednak oderwania się od życia. 

Jeśli wiele klęsk następuje po sobie, to niwelują się nawzajem i wówczas ogarnia cię uczucie szczęścia, które ma niezwykły smak. Możesz śmiać się z całego serca, nie wiedząc, co to strach. 

Tytuł IDEALNIE oddaje treść tej książki. Bo co w niej znajdujemy? Tak, rozmowy nad Nilem. Nic mniej i niewiele więcej. Ale jakie to rozmowy! Ich tematem nie jest to co przyziemne czy polityka (no, może jedynie w kontekście zakazu palenia haszyszu i zagrożenia wizytą policji), lecz kondycja ludzkiego życia, jego bezsens, to co ważne, próba ucieczki od świata obowiązków i noszenia masek. 

O uniwersalizmie tej powieści niech świadczy to, że gdyby zmienić kilka szczegółów i tytuł na „Rozmowy nad Sekwaną” czy inną Tamizą, nikt by nie poczuł żadnego zgrzytu. Jest to o tyle cenne, że wielu Europejczyków ma wbudowaną wyższość nad światem muzułmańskim, uważa, że Arabowie myślą zupełnie inaczej i nie ma wspólnej płaszczyzny. A tu niespodzianka. To prawda, że są różnice religijno-kulturowe. To prawda, że tam jest więcej wielbłądów niż tu. Ale to wciąż tacy sami ludzie, którzy tak jak i my mogą mieć dość polityków, ich nadmiernej ingerencji, którzy kochają się i nienawidzą. Bogowie - wiem, że brzmi to naiwnie i pseudogórnolotnie. Ale jest to taki aspekt sztuki, który do mnie najbardziej przemawia - w obliczu doświadczeń (i nie mówię tu tylko o nieszczęściach, lecz ogólnie) wszyscy jesteśmy tacy sami.  

Jakoś nie potrafię napisać o tej książce nic mądrego. Szkoda.

Dopisane: Książka naprawdę mi się podobała. A nie mogę napisać nic mądrego nie dlatego, że książka słaba, tylko mnie talentu nie wystarcza. ;)

sobota, 22 sierpnia 2009
„Następca” Ismail Kadare

Albania to dziwny kraj, o którym niewiele się wie, choć przecież leży w Europie. Wstępem niech będzie bardzo szybki rzut oka na historię powojenną, bo choć to książka niezwykle uniwersalna bardzo wyraźnie tkwi w konkretnym kontekście historycznym tego kraju. 

Po drugiej wojnie światowej Albania znalazła się w bloku komunistycznym. Nie była jednak niewolniczo oddana ZSRR, choć nie można powiedzieć, by chciała się wyrzec komunizmu. Przeciwnie. Albania (w jakiś niepojęty przeze mnie sposób) potrafiła skrytykować działania ZSRR (jako zbyt imperialistyczne), wystąpić z Układu Warszawskiego, zacieśnić związki z komunistycznymi Chinami i nie została jednocześnie zakryta czapkami przez Sowietów. Później zerwała też stosunki z Chinami. I stała się chyba najbardziej odizolowanym krajem Europy, o którym się nie mówiło - bo nikt nie wiedział, co mówić. W interesującym nas momencie władzę sprawował Enver Hodża, a premierem rządu był Mehmet Shehu (który, wedle wersji oficjalnej, popełnił samobójstwo).

 Nastepca

I właśnie o owym samobójstwie/zabójstwie pisze Kadare. I tu oddaję głos autorowi: 

Następcę znaleziono martwego w jego własnej sypialni o świcie 14 grudnia. W południe albańska telewizja nadała krótki komunikat: "W nocy z 13 na 14 grudnia Następca na skutek załamania nerwowego popełnił samobójstwo przy użyciu broni palnej". 

Światowe agencje informacyjne rozpowszechniły oficjalną albańską wersję. Dopiero późnym popołudniem, kiedy jugosłowiańskie radio zasugerowało, że samobójstwo mogło być morderstwem, agencje zmieniły trochę tekst, podając obie możliwe wersje. [...] 

Choć ta śmierć wstrząsnęła krajem, to po pierwszym szoku dla ludzi, którzy siedzieli z oczami wlepionymi w ekrany telewizorów, stało się jasne, że zrezygnowano zarówno ze zmian w programie telewizyjnym i radiowym, jak i z ogłoszenia żałoby narodowej. Wprawdzie był to kraj, który „utracił krzyż”, ale samobójstwo, podobnie jak w religii chrześcijańskiej, mimo wszystko zgodnie potępiano. Prócz tego, i to było najważniejsze, przez całą jesień, a zwłaszcza na początku zimy, spodziewano się upadku Następcy. 

I już od początku czytelnik, po pierwsze, wie, że o Albanii nic nie wie, a po drugie, że ta nieznana historia (tak w szerszej, jak i węższej perspektywie) może być niezwykle interesująca. Bo co my tu mamy? Opowieść o dziwnym i nigdy do końca nie wyjaśnionym przypadku śmierci Następcy, który choć żyje w cieniu Wodza, jest jego prawą ręką i niejedno ma na sumieniu. Widzimy mechanizmy władzy i to WŁADZY dyktatorskiej i nieograniczonej. Mamy obraz strachu przed... hm... nie tylko przed władzą jako taką, ale i przed własnym wyobrażeniem o możliwościach władzy. Niewypowiedziane oskarżenia, zbrodnie popełniane we własnym umyśle, podejrzenia i służalczość. Zanik takich ludzkich uczuć, jak miłość do własnych dzieci, współczucie dla drugiego człowieka. Podporządkowanie wszystkiego jakiejś ideologii, która, jak każdy światopogląd, może zaprowadzić człowieka wszędzie - niekoniecznie tam, gdzie chce iść. 

Czytałam i wręcz się dusiłam. Podobne wrażenie zrobił na mnie „Proces” Kafki, kiedy byłam do bólu bezsilna. Józef K. był oskarżony, choć nie wiedział z jakiego powodu. U Kadare’a można było nie być oskarżonym, a samemu się potępić i może nawet skazać na śmierć. 

Ciekawa jest narracja „Następcy” - słychać wiele głosów różnych bohaterów i czytelnik ma możliwość poznania tzw. „prawdy” z różnych punktów widzenia. Czy możliwe jest poznanie Prawdy? Chyba nigdy nie jest to możliwe.  

Zawsze interesuje mnie to, jak autor wpływa na uczucia czytelników. I tu się nie zawiodłam. Kilka razy sympatyzowałam z kimś, kto później wcale nie okazywał się postacią kryształową. Lubię to. 

Cytat na koniec: "Ten ból wiązał się ze sztuką. Zdradziłem ją. Własnymi rękami zdusziłem własny talent. Wszyscy robiliśmy to samo i prawie wszyscy znajdowaliśmy usprawiedliwienie na nasze wiarołomstwo: czasy, w których żyliśmy".

Podsumowując: rewelacyjna książka z kraju wciąż nieznanego. Zdecydowanie polecam!

„Kot święty i przeklęty” Bogna Balicka

Oj, chyba czas wrócić do żywych. Mam spore zaległości w pisaniu, a nie chcę mieć ich jeszcze większych. Zaczynamy od „Kota świętego i przeklętego”...

Kot swiety i przeklety 

W podtytule czytamy „Biblia dla kociarzy”, a na okładce „Biblia dla kociarzy i nie tylko”. Nie wiem, czy jestem kociarą. Chyba tak. Mam ukochanego Karmelka i szczerze mówiąc nie wiem, jak mogłam żyć bez kota. Czyli się kwalifikuję, prawda? 

Cóż my tu mamy. Może pójdę na łatwiznę i przytoczę tytuły rozdziałów:

1. Księga zagadek

2. Księga magii i czarciego śladu

3. Księga legendarnej wolności

4. Księga twardziela

5. Księga urody bliskiej ideału

6. Księga fum i lubieżności

7. Księga doszczętnie zakocona 

Początek był bardzo obiecujący. „Jeden z późnośredniowiecznych biskupów (później został papieżem) napisał, że kot w przeciwieństwie do psa ma wolną wolę i - jak człowiek - jeśli grzeszy to świadomie. Co z tego wynikło? Stosy i obsesyjne zachwyty. Posądzenie o diabelskie proweniencje i... triumfalny pochód przez wieki”. 

Albo taki cytat: „Kot traktuje człowieka jako rodzaj dużego, trochę gorszego kota. Dlatego też przynosi swój łup do stóp przejętego obrzydzeniem pana, ponieważ, świadom jego nieudolności, chce go nauczyć polowania, tak jak uczy swoje młode”. 

I jeszcze dość ciekawe spostrzeżenie: „Naukowcy z wiedeńskiego Instytutu Badań nad Motywacją stwierdzili, że kobiety i koty to dusze pokrewne [tak na marginesie - sporo w tej książce odniesień do tych podobieństw]. Oto owa pokrewność:

- duże, kocie oczy i mały nosek odpowiadają ideałowi piękna kobiecego

- kobiety cenią sobie niezależność, jaką charakteryzują się koty

- wspólne dla kobiet i kotów jest również zamiłowanie do czystości i pielęgnacji urody”. 

Może zanim zacznę się pastwić, jeszcze uroczy fragment wiersza Grechuty „Rybak”: 

Oswoił konia, co daje siłę

krowy dla mleka, wieprze dla ognia

psy dla węszenia, koty bo miłe. 

A dlaczego mówię, że będę się pastwić? Mam powody: 

- jak to się mówi: „tak ładnie żarło, a zdechło”. Im dalej czytałam, tym większy miałam niesmak i tym większe było moje rozczarowanie, 

- miałam wrażenie, że obcuję z jakimiś wypocinami nawiedzonej pensjonarki, co to rozczula się nad kiciusiami-mruczusiami, koci-łapci, miziu-miziu, 

- to wrażenie pogłębiało się, gdy pani zaczęła cytować fragmenty literatury pięknej, w której mowa o kotach. Niby w porządku, ale po co do książki o kotach wstawiać zdanie, w którym z kota jest tylko porównanie? „Augusta, zwyczajem wielu pań dzisiejszych, nawet takich, co za najlepsze uchodzą, lubiła się drażnić ze śliczną swoją pokojową jak z młodym kocięciem, któremu raz po raz kłębek splątanych nici pod nogi rzucamy, ażeby nas bawiło to swoim splątaniem chwilowym, to swoimi zręcznymi podskokami”. Taaa... To rzeczywiście cytat o kocie...

Strasznie to wszystko było naiwne i ślicznościowo-cukierkowe. Gdyby nie końcowy rozdział o pewnej babeczce, która miała ponad setkę kotów, odłożyłabym tę książkę ze sporym niesmakiem. A dlaczego w ogólne się do niej zmusiłam? Koleżanka mi ją pożyczyła i pewnie będzie chciała poznać moje zdanie. Biedna ja! ;) 

Aha - może to i „Biblia dla kociarzy”, ale zdecydowanie tylko dla nich i to nie dla wszystkich.

piątek, 07 sierpnia 2009
„Mężczyzna, który się uśmiechał” Henning Mankell

Kurt Wallander popada w depresję po tym, jak zastrzelił człowieka. Postanawia nawet rzucić pracę w policji. I w czasie gdy bohater oddaje się rozpaczy i piciu, pojawia się jego znajomy prawnik, który prosi o pomoc w rozwikłaniu tajemniczej śmierci jego ojca (również  prawnika) - śmierci uznanej za zwyczajny wypadek samochodowy. Ale nawet taka prośba nie jest w stanie wytrącić z otępienia Kurta. Dopiero śmierć owego znajomego budzi jego intuicję, chęć do wzięcia się w garść i powrotu do policji.

Mężczyzna, który się uśmiechał 

To moje drugie spotkanie z tym autorem i o ile pierwsze było niezapomniane (świeży kryminał, świetny bohater, rewelacyjna konstrukcja), o tyle drugie już takie nie było. Może zbyt wiele oczekiwałam? Może nowatorskie pomysły nie sprawdzają się przy drugiej odsłonie? Choć tutaj nie znalazłam nawet tego, co mnie urzekło przy „Zaporze” - nie mówiąc o elementach zaskoczenia. Hm... teraz sobie pomyślałam (broniąc sama przed sobą pana Mankella), że sprawy, które prowadzi Kurt Wallander też nie zawsze muszą być porywające - pewnie trafiają się też nudne i przewidywalne. 

Nie przekreślam tego autora. Za bardzo podobała mi się „Zapora”. 

Aaa... tradycyjnie brawa dla wydawnictwa za okładkę!

„Rzeźnia numer pięć” Kurt Vonnegut

Czasami bywa tak, że czytana książka idealnie odpowiada stanowi ducha czytelnika. Wzięłam „Rzeźnię” do ręki, aby przypomnieć sobie dawną lekturę, a odłożyłam ją z przekonaniem, że na świecie nie dzieje się nic nowego, że w swym szczęściu/nieszczęściu nie jestem żadnym wyjątkiem, bo życie lubi być wredne dla każdego. Cytując Vonneguta... „zdarza się”. 

KurtVonnegut

Cóż znajdujemy na stronie tytułowej? 

Napisał KURT VONNEGUT JR.

Amerykanin pochodzenia niemieckiego /w czwartym pokoleniu/, który obecnie żyje w dobrych warunkach na Półwyspie Cod /i pali zbyt dużo papierosów/, a kiedyś jako zwiadowca amerykańskiej piechoty, Hors de Combat, został wzięty do niewoli i był świadkiem bombardowania Drezna, zwanego dawniej „Florencją nad Łabą”, i przeżył, aby opowiedzieć to, co widział. Powieść przypomina nieco telegraficzno-schizofreniczne utwory Tralfamadorii, planety, z której przylatują latające talerze. Pokój z wami. 

RZEŹNIA NUMER PIĘĆ

czyli krucjata dziecięca

czyli obowiązkowy taniec ze śmiercią 

Nie będę opisywać losów Billy’ego Pilgrima. I nie będę też ich komentować. Za wszelki komentarz wystarczą słowa: „Zdarza się”. 

O życiu 

Jej [matki] obecność źle wpływała na Billy’ego wyłącznie dlatego, że była jego matką. Było mu wstyd, czuł się słaby i niewdzięczny, ponieważ matka zadała sobie tyle trudu, żeby dać mu życie i utrzymać go przy życiu, a jemu wcale się to życie nie podobało.  

O szczęściu 

Jest to coś, czego Ziemianie mogliby się nauczyć, gdyby się rzeczywiście postarali: sztuki kontemplowania dobrych chwil i ignorowania złych. 

O wojnie, propagandzie i drobnym fałszowaniu historii 

Propagatorzy rozbrojenia nuklearnego zdają się wierzyć, że z chwilą gdy osiągną swój cel, wojny staną się znośne i w miarę przyzwoite. Dobrze będzie, jeśli przeczytają tę książkę [książkę cytowaną w powieści] i zastanowią się nad losem Drezna, w którym na skutek ataku powietrznego przy użyciu broni konwencjonalnej zginęło 135 000 osób. W nocy 9 marca 1945 nalot amerykańskich ciężkich bombowców na Tokio, przy użyciu bomb burzących i zapalających, spowodował śmierć 83 793 osób. Bomba atomowa zrzucona na Hiroszimę zabiła 71 379 osób. 

Jezus a inaczej skonstruowana Ewangelia 

Przybysz [z książki sf] prowadził poważne badania chcąc w miarę możliwości wyjaśnić, dlaczego chrześcijanie wykazują się taką skłonnością do okrucieństwa. Doszedł do wniosku, że przynajmniej częściowo wynika to z niedbałej konstrukcji fabularnej Nowego Testamentu. Przybysz zakłdał, że zamiarem Ewangelii było między innymi nauczenie ludzi miłosierdzia, nwet dla najnędzniejszych z nędznych.  

Tymczasem wymowa Ewangelii była taka: 

Zanim kogoś zabijecie, upewnijcie się, czy nie ma on zbyt mocnych pleców. Zdarza się. 

Brakiem wszystkich opowieści o Chrystusie, twierdził ów przybysz z kosmosu, jest to, że Chrystus, który nie prezentował się zbyt okazale, był w rzeczywistości Synem Najpotężniejszej Istoty Wszechświata. Czytelnicy wiedzieli o tym od początku, toteż kiedy dochodzili do sceny ukrzyżowania, myśleli sobie [...]:  

o rany, też wybrali sobie faceta do linczowania! 

Za tą myślą jak cień szła inna: są faceci, których można linczować. Jacy? Tacy, którzy nie mają pleców. Zdarza się.

Tak... ludzie rodzą się i umierają, kochają się i nienawidzą, łączą się i... rozstają.
 

Zdarza się. 

To może lepiej będzie, jeśli postaram się skupić na dobrych chwilach i ignorować złe. Tak będzie zdrowiej.

 

sobota, 18 lipca 2009
Łańcuszek

Troszkę mnie nie było i to nie z powodów wojaży, niestety. Więc mam trochę zaległości do nadrobienia. Bardzo stęskniłam się za współblogowiczami i ich lekturami. Bardzo. :) 

I na początek z przyjemnością odpowiadam na pytania Lilithin i Aklat. Dzięki, dziewczyny! 

Od Lilithin: 

Czy zdarzyło Ci się zniszczyć książkę (własną lub pożyczoną)? W jakich okolicznościach i jeśli była pożyczona, to jak się wytłumaczyłaś? 

Pamiętam traumatyczne przeżycie związane ze zniszczeniem pożyczonej książki. I to nie ja ją zniszczyłam. Pożyczyłam w podstawówce książkę od koleżanki, przeczytałam, a potem (bez pytania) pożyczyłam ją na jeden dzień innej koleżance. A ta w jakiś sposób ją wykąpała. Bogowie, jak bardzo wstydziłam się ją oddać! Oczywiście winę wzięłam na siebie i tłumaczyłam się, że wpadła mi do wody, gdy czytałam w wannie. 

Nie lubię, gdy książki się „łamią”. Jeśli widzę, że są beznadziejnie klejone, to pożyczone książki tylko „uchylam”, żeby nie zniszczyć - co mnie stresuje. ;) 

Czy zdarza Ci się czytać w języku obcym? Jeśli tak, to w jakim i co decyduje o tym, że sięgasz po taką książkę? 

Zdarza mi się czytać po angielsku (mówię o przyjemności, a nie o pracy - bo tu siłą rzeczy muszę czytać po angielsku). Ale sięgam tylko po te pozycje, których nie ma po polsku. Raczej nie ekscytuje mnie czytanie oryginału z myślą, że w tłumaczeniu coś umknęło (choć po części to prawda) i ja to na pewno wychwycę. 

Ale czasem kupuję sobie naprawdę wyjątkowe książki w oryginale, choć nie znam na tyle języka, żeby je czytać. Wiem, że to bez sensu, ale co tam! ;) I w ten sposób stałam się posiadaczką „Mistrza i Małgorzaty” - rosyjski znam dość słabo, więc przebrnęłam zaledwie przez kilkanaście stron. Lecz mam ambitne plany na przyszłość. ;) Mam też „Przemianę” Kafki po niemiecku - a niemieckiego nie znam wcale. :) Myślałam nawet o jakiejś książce Kereta, ale doszłam do wniosku, że to już by było przegięcie - bo z hebrajskiego znam może kilka słów i wiem tylko, że należy czytać od prawej do lewej, a to chyba za mało. ;) 

Czy kiedykolwiek obejrzałaś film, który zachęcił Cię do przeczytania książki? Albo: czy w ogóle oglądasz filmy na podstawie książek, których jeszcze nie czytałaś? 

O tak! Przeczytałam wiele książek dzięki filmom - zazwyczaj nie wiedziałam, że były kręcone na podstawie książek, co okazywało się dopiero przy napisach końcowych. Uwielbiam wpadać w takie „ciągi” filmowo-czytelnicze. Podam przykład: kiedyś obejrzałam „Dziewiąte wrota” Polańskiego, zachwyciłam się i sięgnęłam po pierwowzór „Klub Dumas” Artura Pereza-Revertego. W „Klubie Dumas” były odwołania do Dumasa i jego „Trzech muszkieterów”, więc w następnej kolejności sięgnęłam po „Muszkieterów”. Albo: „Dziewczyna z perłą” film -> „Dziewczyna z perłą” książka -> kilka albumów z twórczością Vermeera. Kocham to! 

Jeśli wiem, że jakaś książka została sfilmowana, to najpierw czytam książkę. 

Od Aklat: 

Czy zdarzyło Ci się zarzekać, że jakiejś książki (autora lub gatunku) nigdy nie przeczytać, a potem przeczytać i się zachwycić? 

Tak myślę i myślę, i chyba nie było takich autorów czy książek. Zarzekałam się, że nie przeczytam Grocholi, a przeczytałam, lecz wcale się nie zachwyciłam. Raczej jestem otwarta czytelniczo, więc dużo uprzedzeń nie miałam. 

Ale zaintrygowało mnie to pytanie. 

Czy masz ukochane książki, do których chętnie wracasz? 

Mam, oczywiście, że mam ukochane książki. Stosunkowo często czytam „Proces” i „Zamek” Kafki, „Mistrza i Małgorzatę” i kilkakrotnie podchodziłam do „Czarodziejskiej góry”, którą bardzo lubię. A co ciekawe - nigdy jej nie skończyłam, bo jakoś mi szkoda kończyć. Wiem, że to dziwne. :)  

Dużym sentymentem darzę Joe Alexa. W dzieciństwie przeczytałam wszystko, co mogłam, i niedawno z chęcią przypomniałam sobie całość jego twórczości. Hm... często wracam do opowiadań Topora. 

A najczęściej chyba czytałam „Osobliwe przypadki Cymeona Maksymalnego (patrz niżej). :) 

Jaka książka z dzieciństwa najbardziej utkwiła Ci w pamięci i dlaczego? 

Jest kilka takich książek: „Pan Samochodzik i templariusze”, „Pan Samochodzik i niesamowity dwór” i inne „Samochodziki” - one ukształtowały moje zainteresowania. A nade wszystko „Osobliwe przypadki Cymeona Maksymalnego” Niziurskiego - i to z dwóch powodów:

1. powód sentymentalny - to ostatnia książka, jaką dostałam od mojego taty. Niedługo potem umarł. Kiedy ją dostałam, miałam 10 lat i chyba jeszcze nie do końca wszystko z niej rozumiałam, ale później...

2. i tu przechodzimy do powodu drugiego: jest to świetna książka, do której wracam zawsze, gdy życie mnie przytłacza i za każdym razem śmieszy mnie tak samo.  

---

Nie miałam jeszcze okazji poodwiedzać wszystkich blogów z zakładek, więc nie wiem, kto już brał udział w zabawie. A tam, gdzie zajrzałam, już były odpowiedzi. Ech, tak to jest, jak ktoś się spóźnia. Ale gdyby znalazł się chętny - zapraszam!

środa, 24 czerwca 2009
Dusza punkowca zaklęta w ciało skrzypka, czyli Nigel Kennedy

Przez totalny przypadek dowiedziałam się, że w moim rodzinnym mieście wystąpi Nigel Kennedy (nie chcę nawet myśleć o tym, co bym zrobiła, gdybym dowiedziała się o tym po fakcie!). Kocham tego faceta. To on zmienił moje widzenie (słyszenie?) Vivaldiego swoją szaloną interpretacją „Czterech pór roku”. Zanim go usłyszałam (i ujrzałam!), „Cztery pory” wydawały mi się nudnym smęceniem, które kojarzyło mi się z równie nudną audycją z dzieciństwa w radiowej Jedynce. Lata temu, kiedy zobaczyłam gościa w glanach i z postawionymi włosami (które z czasem zamieniły się w irokeza), który NAPRAWDĘ na swych skrzypcach oddaje klimat czterech pór roku, po prostu się zakochałam. I nie spuszczałam Nigela z oczu - mam na myśli jego wydawnictwa. ;) Bardzo, bardzo lubię jego autorską płytę „Kafka” czy swoiste greatest hits muzyki klasycznej. Albo jazzową „Blue note sessions”. A chyba do tej pory najmniej podobała mi się płyta nagrana z krakowskim zespołem klezmerskim Kroke. Może za dużo w mym domu muzyki żydowskiej? A właśnie z Kroke przyjechał do Łodzi. (Od niedzieli słucham tylko tej płytki :)).

 Nigel Kennedy - czerwiec2009

Koncert odbył się na rynku Manufaktury (dla niezorientowanych: Manufaktura to kompleks pofabryczny przemieniony w centrum handlowe [a jakże!], ale i centrum kulturalno-rozrywkowe z muzeami, kinem, kręgielnią itp. - słowem: Piotrkowska umiera, narodziła się Manufaktura). Trochę obawiałam się tego, że albo będzie mało ludzi, albo będą tam przez przypadek - i będzie totalna klapa. Ale chyba muszę mieć więcej wiary w łodzian. Przybyli i się bawili (może nie jakoś szaleńczo, ale było ok.). 

A sam występ? Bogowie, jeszcze bardziej polubiłam tego gościa. Widać było, jak wielką radochę sprawia mu granie. Podczas improwizacji i „przerzucania” się dźwiękami z muzykami Kroke (szacunek, panowie, szacunek) nie krępował się i po prostu rechotał. W jednym z utworów swoje skrzypce elektryczne zamienił w gitarę - wspa-nia-ły dźwięk! Myślę, że widownię ujął nie tylko muzyką, ale i wieloma próbami mówienia po polsku („Łódź ma energy”, „Dobre Polish piwo”) oraz poczuciem humoru. Po tym jak oświadczył, że Kraków, Gdańsk i Łódź to jego ulubione miasta, zagadnął jakąś niewiastę z widowni:

- Are you from Łódź?

- From Frankfurt.

- That’s my favourite city.

- Yea!

- Which Frankfurt? :) 

Po dwóch bisach (a jeden bis to nie był trzy- ale kilkunastominutowy kawałek) oświadczył „If you stay, I’ll stay” - to chyba najpiękniejsza deklaracja gwiazdy, jaką fani mogą usłyszeć. Oczywiście koncert musiał się kiedyś skończyć, ale potem rozdawał autografy do ostatniego chętnego. Najostatniejszego. W deszczu. Wiem, bo razem z córką byłyśmy niemal ostatnie. Bardzo, bardzo kontaktowy facet. Nie tylko podpisywał się na najmarniejszych skrawkach papieru, ale i pozował z ludźmi do zdjęć, z każdym zamienił kilka słów i z każdym robił „żółwika”. Zamierzałam nie myć ramienia i ręki. ;)

 Nigel Kennedy_czerwiec2009

Słucham różnorodnej muzyki. Baaardzo różnorodnej. Ale chyba tylko Nigela mogłabym nazwać Artystą i Mistrzem. I to takim, który miałby pełne prawo sadzić się i natychmiast odlatywać helikopterem z koncertu. Za jego normalność polubiłam go jeszcze bardziej. 

I uwaga na przyszłość: kobieto, jeśli będziesz szła na koncert, weź choć jedną z płyt, by nie prosić ludzi (na szczęście wyrozumiałych) o kartki. Dzięki opatrzności wystarczyło mi rozumu i wzięłam aparat. Zdjęcia z koncertu wyszły średnie, ale obie jesteśmy z tych niskopiennych, więc nie mogłyśmy się przebić przez tłum.

poniedziałek, 22 czerwca 2009
„Titus Andronicus” William Shakespeare

Od kiedy zobaczyłam ekranizację tego dramatu z Anthonym Hopkinsem, zmieniłam zdanie na temat Szekspira. Do owej chwili miałam go za dość nudnawego dramatopisarza, który wprawdzie popełnił coś, co nazywa się Wielką Literaturą, ale z którym nie było mi po drodze. Coś tam mi się podobało, ale bez większych uniesień. Po obejrzeniu filmu stwierdziłam, że Tarantino z tymi swoimi scenariuszami mógłby Szekspirowi co najwyżej pióra ostrzyć.

 Szekspir

O czym mówi „Titus Andronicus”? To opowieść o starym, zasłużonym i szanowanym rzymskim żołnierzu, który wraca po walkach z Gotami razem z czterema synami. Miał ich łącznie dwudziestu pięciu - reszta zginęła w czasie wojen. Przybywa do Rzymu wraz z jeńcami: królową Tamorą, jej czarnoskórym kochankiem i jej synami. Titus, zgodnie z wolą bogów, musi zabić jednego z synów królowej, aby pomścić krew swoich synów. Wydaje rozkaz i tym samym podpisuje wyrok na siebie i swoich bliskich. Bo królowa Tamora wpada w oko cesarzowi rzymskiemu stając się cesarzową. A cesarzowe mają nieograniczone możliwości, zwłaszcza, gdy za kochanka mają bezwzględnego zbira. 

Dalej mamy rzeź, gwałt i okaleczenia. Intryga goni intrygę, knowania idą w ślad za knowaniami. Krew się leje strumieniami. Zabójcy upajają się zemstą, a czasem czynią zło dla samego czynienia zła. Oto słowa sługi i kochanka Tamory, Aarona: 

Tysiące jeszcze gorszych niż te czyny
Mógłbym popełnić, gdybym miał sposobność.
Jeśli uczynek dobry popełniłem
W całym mym życiu, żałuję go szczerze. 

Policzyłam: z jedenastu głównych bohaterów pozostaje na koniec dwóch. 

A wracając do obejrzanej ekranizacji... kupiłam sobie ten film, bo bardzo mi się podobał. Mam go od kilku lat, a nie mam odwagi obejrzeć go ponownie. Historia Lavinii, córki Titusa, to coś, czego nie można oglądać na trzeźwo. 

Harold Bloom, krytyk i wielbiciel Szekspira, pokusił się o taką interpretację tego dzieła: to nie dramat a czarna komedia. Nie można „Titusa” odbierać poważnie, bo jest to utwór zbyt straszny. To komedia, za którą powinien był wziąć się Mel Brooks z jego przaśnym poczuciem humoru. I, kurcze, coś w tym jest. Bo jak na poważnie można traktować kogoś, kogo zachowanie można streścić słowami: „Och, tak wielki ból odczuwam, gdy patrzę na twoje cierpienie, że muszę cię zabić, bo nie mogę znieść tak strasznego widoku” - ciach! 

A poważnie - warto, warto sięgnąć po ten utwór. Mam ochotę na więcej Szekspira!

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9