Nie będzie tu recenzji, ale raczej opis wrażeń, jakie wiążą się z przeczytanymi książkami. Ku pamięci. Mojej pamięci.
RSS
czwartek, 15 października 2009
„Perkalowy dybuk” Konrad T. Lewandowski

Swego czasu, przy okazji jednego z kryminałów Krajewskiego z cyklu Breslau, napisałam, że z ogromną chęcią przeczytałabym podobną książkę o Łodzi. I krążąc po księgarni trafiłam na „Perkalowego dybuka”. Już sam tytuł brzmiał zachęcająco - bo dybuk to wyraźne odwołanie do kultury żydowskiej, która stanowi część historii mojego miasta. A gdy przeczytałam podtytuł: „Demoniczna sprawa nadkomisarza Drwęckiego w przedwojennej Łodzi” i zobaczyłam zdjęcie dawnej fabryki Poznańskiego, nie miałam wątpliwości. Kupiłam.

Perkalowy dybuk

O co chodzi:

Najpierw rzecz się dzieje w Warszawie - dochodzi do jatki na Krochmalnej. Warszawski policjant bez porozumienia ze zwierzchnikami (i też bez zabezpieczenia tyłów) postanawia rozprawić się z suterenami i całym szemranym towarzystwem. A w związku z tym, że nadkomisarz Drwęcki nic nie wie o akcji i musi tuszować sprawę przed dziennikarzami, postanawia ukarać Księżyka za niesubordynację... zesłaniem do Łodzi.

W międzyczasie zabito młodą dziewczynę lekkich obyczajów. Zdarza się. Problem w tym, że jej zwłoki znaleziono tuż za murem klasztoru. Męskiego, oczywiście. Drugi problem jest taki, że podejrzany o morderstwo braciszek postanowił własnoręcznie pożegnać się z tym łez padołem. A jako że mamy czasy moralnej odnowy i rządów sanacji, panuje atmosfera na wskroś katolicka, co nie pozwala jednemu z policjantów na dokładne przyjrzenie się sprawie. No bo jakżeż to? Podnosić rękę na Kościół? (Czuć ciut duszną atmosferę podobną do tej z felietonów Boya-Żeleńskiego - oczywiście w wersji light).

Później akcja przenosi się do Łodzi - miasta fabrykanckiego, nieskanalizowanego, szarego, brudnego, skorumpowanego. Miasta, w którym mieszają się cztery narodowości - w książce właściwie widać tylko Polaków i Żydów. Miasta, którym rządzi Ślepy Maks - Maks Bornstein (dla ciekawych kilka słów na jego temat znajduje się tutaj, początek na wysokości mniej więcej 1/3 strony)

I tu akcja się zagęszcza, bo oprócz rzeczywistych rzezimieszków, prawdziwych kieszonkowców i rozpieczonych dzieciaków fabrykantów, mamy też demoniczną Lilith, coś na kształt perkalowego dybuka i bezdusznego golema - cały żydowski folklor.

Zacznę od zalet, bo po wymienieniu wad ciśnienie może mi się podnieść i nie będę w stanie spojrzeć na książkę choć trochę obiektywnie. ;)

Na plus:

- jak na moje oko Lewandowski dość wiernie odmalował klimat polityczno-obyczajowy w okresie międzywojennym z tym wyśmianym przez Boya polskim katolicyzmem (nie było tego zbyt dużo - ale wystarczająco, by uatrakcyjnić lekką przecież książkę)

- nienachalnie wmieszał w intrygę znane nazwiska (choćby Tuwim, czy wspominany z uwielbieniem przez Frau Pasztelan prezes Hitler)

- wykazał się znajomością przedwojennej Warszawy i Łodzi (miło było kojarzyć, gdzie mniej więcej rozgrywała się akcja)

- naprawdę dobrze pokazał kulturę żydowską owych czasów, łącznie z niechęcią Polaków do tej nacji

I minusy:

- mamy kulturalną Warszawę z achami i ochami, ą, ę oraz wstrętną i beznadziejną Łódź

- w Warszawie mordercy są bardziej honorowi niż ich koledzy po fachu z Łodzi

- w Warszawie karierowiczostwo i korupcja znajdują jakieś tam usprawiedliwienie, w Łodzi... pewnie nie zaskoczę... w Łodzi są najohydniejszą zbrodnią

- w Warszawie znajdziemy sporo pozytywnych postaci, w Łodzi mamy tylko jednego bohatera pozytywnego - policjanta  Froima Breslauera, ale i żeby to nie było zbyt wiele, Froim jest spod Poznania, taaaa...

- a Tuwim? Czy Tuwim nie jest pozytywną postacią Łodzi. Otóż, moi mili państwo, nie jest. Bo siedzi w Warszawie i przynależy do stolicy. Wprawdzie to z jego ust padają jedyne miłe słowa pod adresem Łodzi, ale szybciutko znajduje się na to usprawiedliwienie: to nostalgia za dzieciństwem.

Pewnie gdybym nie miała z Łodzią nic wspólnego, „Perkalowy dybuk” bardzo by mi się spodobał. Ale jako że jestem z Łodzi i kocham moje miasto, które, odkąd pamiętam, jest wyśmiewane i wyszydzane, nie jestem w stanie do końca zachwycić się tą książką. I tak jak pan Lewandowski wraz ze swoimi bohaterami ma prawo powiedzieć po wyjeździe z Łodzi: „Dobrze jest znów wrócić na świat boży [...]. To miasto Łódź to jednak nie dla nas, warszawiaków”, tak i ja mam prawo podejść emocjonalnie do tego kryminału i powiedzieć: „Dobrze, że juz nie nurzam się w wiadrach pomyj wylanych na moje miasto. To jednak nie jest książka dla prawdziwych łodzian”. ;)

I żeby nie było... wcale nie uważam Łodzi za perłę środkowej Europy. Ale też nie sądzę, by była jej kloaką.

Chcąc nie chcąc, porównania z Krajewskim i Breslau same się nasuwają. I niemiecki Wrocław, i czterokulturowa Łódź nie są tymi miastami, które znamy dzisiaj. I tam, i tu autorzy pokazują mało chlubny obraz tych miast. Czytając cykl o komisarzu Mocku widać, że Krajewski kocha to miasto pomimo jego wad. A tutaj? Tutaj autor też kocha SWOJE miasto. Szkoda, że nie jest nim Łódź.

 

Czyli co? Nadal czekam na fajną książkę o przedwojennej Łodzi w stylu Breslau. A taką miałam nadzieję, że zadziałała zasada „chcesz i masz”. ;)

 

wtorek, 13 października 2009
„Opowiadania z Matisse’em w tle” - A. S. Byatt

Może Matisse nie należy do moich ulubionych malarzy, ale z ciekawością sięgnęłam po maleńki zbiorek trzech opowiadań inspirowanych twórczością tego właśnie pana. Wyszłam z założenia, że jeśli nawet nie przypadną mi one do gustu, to strata czasu będzie raczej niewielka. Oczekiwałam niemal analizy dzieł Matisse'a i nie dostałam tego. I cieszę się. Bo wbrew pozorom Matisse nie był głównym bohaterem tych opowiadań, lecz zaledwie przyczynkiem do opowiedzenia trzech historii o kilku kobietach. Został tu, moim zdaniem, potraktowany dość instrumentalnie.

Opowiadania z Matissem w tle

A te kobiety (przynajmniej niektóre) są mi w pewien sposób bliskie. Choć może  „bliskie” to nie jest dobre słowo - może lepiej by było, gdybym powiedziała, że je rozumiem. Bo kogo my tu mamy? Starzejącą się kobietę, która przychodzi do zakładu fryzjerskiego, w którym wisi „Różowy akt”, gdzie zmuszana jest do głupawych rozmów z fryzjerem. W lustrze kontempluje swój własny wizerunek, który coraz mniej się jej podoba. Widzi obcą, coraz starszą twarz. I słucha paplaniny Luciana, który ma dylemat, czy powinien wiązać swą przyszłość z młodą dziewczyną, czy może jednak „przełknąć” grube kostki własnej żony i pozostać z nią.

Rozowy akt

Mamy też zabieganą matkę, żonę, gospodynię - z pozoru kobietę sukcesu - która jest niespełniona w swej pracy. Pisze głupawe artykuliki do równie głupawego kolorowego tygodnika dla kobiet i przypomina sobie, że miała marzenia. Porzuciła je dlatego, gdyż chciała zapewnić twórczą atmosferę swojemu mężowi, który pragnie zgłębić istotę koloru u Matisse'a. Ogromną pomocą w jej codziennej walce i zachowaniu coraz bardziej zagrożonej równowagi jest prosta pani Brown, która ubiera się w dziwnie i kolorowo - i nie przeszkadza jej zestawienie różu i pomarańczowego.

Są jeszcze dwie kobiety - wykładowczyni studiów gender i studentka pisząca pracę u znawcy Matisse’a. Studentka, która nie godzi się na wizję kobiety w ujęciu tego artysty. Nie podoba jej się to, że jego kobiety są tylko ciałem bez twarzy. Bo sama jest kobietą bez ciała - pięknego ciała.

Podobały mi się te krótkie chwile spędzone z panią Byatt. Podobała mi się możliwość zajrzenia za kulisy codziennego życia kilku obcych kobiet. Podobał mi się jej plastyczny język i próba nazwania tego, co czasem wymyka się słowom. Podobały mi się kolory.

Doktor Himmelblau [...] nosi kostiumy w miękkich, głębokich, nie całkiem pospolitych kolorach śliwki, sadzy, czarnego tulipana, ciemnego mchu, i bawełniane koszule o czystych krojach [...] w równie czystych kolorach najbledszej cytryny, gęstej śmietany, barwinka, spłowiałego płomienia.

Widzę doktor Himmelblau, widzę jej strój, jej szafę odmalowaną jednym zdaniem.

poniedziałek, 12 października 2009
„Malowany welon” W. Somerset Maugham

Czasami zdarza się, że sięgam po daną książkę z zupełnie nieracjonalnych powodów. I tak „Malowany welon” wzięłam do ręki tylko dlatego, że kiedyś zobaczyłam, że jeden z fajniejszych aktorów (Edward Norton) wziął udział w jej ekranizacji. Filmu ostatecznie nie obejrzałam, ale gdzieś tam w głowie tłukła mi się myśl, że na pewno będzie to świetna, a przynajmniej dobra książka.

 Malowany welon

Na początku mamy trzy osoby dramatu: dość płytką Kitty, jej solidnego i w jej oczach nudnawego męża Waltera oraz jej kochanka Charlesa (którego imię raz pisane jest jako Charles, a w następnej linijce jako Karol, by za chwilę znów przeistoczyć się w Charlesa - denerwujące). Akcja rozgrywa się w latach 20. XX wieku w Chinach, dokąd udał się wraz z żoną bakteriolog, który przy okazji chce zbawić świat. Powieść zaczyna się od trzęsienia ziemi, czyli od domniemanego przyłapania niewiernej żony na zdradzie. Kitty martwi się, że w niesławie będzie musiała opuścić męża, by połączyć się z ukochanym, a Charles z kolei zastanawia się, jak załagodzić sprawę. Czyli od razu wiadomo, że kochankowi raczej nie po drodze z kochanką. A zdradzany mąż ma iście diabelski plan... hm... nie, na „diaboliczność” go nie stać - jest zbyt porządny, choć bardzo stanowczy. Po prostu stawia warunki swej żonie, wiedząc z góry, jak cała sprawa się zakończy. 

Niby fajnie, niby egzotycznie, niby interesująco się zaczyna, ale po drodze zastanawiałam się, czy Maugham doprowadzi do „nawrócenia” się Kitty i szczęśliwego zakończenia, czy może jednak wymyśli jakiegoś mało prawdopodobnego fikołka. I wymyślił fikołka, całkiem nawet realnego, no ale to, co odwaliła Kitty pod koniec książki, wywołało we mnie spory niesmak. Wplątywanie Boga w romansidło to chyba nie jest najlepszy pomysł. 

Ogólnie mówiąc żałuję, że w tym czasie nie sięgnęłam po coś ciekawszego.