Nie będzie tu recenzji, ale raczej opis wrażeń, jakie wiążą się z przeczytanymi książkami. Ku pamięci. Mojej pamięci.
RSS
piątek, 31 października 2008
Orhan Pamuk „Nazywam się Czerwień”

Książka Pamuka nauczyła mnie pokory. To dość dziwne oświadczenie w odniesieniu do książki, która traktuje o malarstwie, miniaturzystach, miłości i zbrodni dokonanych w imię sztuki. Choć interesuje mnie sztuka, nasz europocentryzm, nasza kultura Zachodu skłania nas do dostrzegania przede wszystkim dzieł europejskich. Sztukę innych kultur zwykle widzi się gdzieś na marginesie jako ciekawostkę, która przez swą nieporadność podkreśla jedynie wspaniałość sztuki Zachodu. Nie mówię tu o opiniach historyków sztuki, ale zwykłych jej odbiorców. No dobra... mówię o sobie. 

Nazywam się Czerwień

Chyba każdy w książkach do historii widział przykłady takich miniatur - gdy porównało się je ze współczesnymi im dziełami włoskimi, można było odczuwać zażenowanie ich jakością. Dlaczego? Bo były „płaskie”, nie uwzględniały perspektywy, przypominały malarstwo średniowieczne (jako to mniej rozwinięte), nie bawiły się światłocieniem, nie czerpały z bogatej kolorystyki. I za te wszystkie „błędy” były postrzegane jako mniej wyrafinowane i prymitywne. (Piszę to i sama się tego wstydzę). 

A co do pokory... Czytając „Nazywam się Czerwień” wreszcie zrozumiałam (i doceniłam), dlaczego te miniatury były takie, jakie były. Za taką manierą rysowania kryje się wielka ideologia i filozofia. Przede wszystkim jest to zakaz przedstawiania świata ożywionego w sposób rzeczywisty (Allah, w dniu sądu, nakaże artystom ożywić dzieła ich rąk, gdyż jest zazdrosnym demiurgiem). Islamscy artyści odwzorowywali ideę np. konia, a nie przedstawili konkretnego Siwka. Jeden koń na miniaturze mógł się różnić od drugiego, ale nadal był tylko zmaterializowaną ideą, a nie wizerunkiem określonego zwierzęcia. To samo dotyczyło ludzi.  

Ten dziwny układ postaci, gdzie nie uwzględnia się perspektywy, gdzie jedna postać niejako „siedzi” na drugiej, brał się stąd, że artysta musiał przedstawiać daną scenę tak, jakby była widziana ze szczytu minaretu. Tak, jak ją widzi Allah. Do tego dochodzi konieczność powiększania osoby ważnej i pomniejszanie tego, co nieznaczne. 

Można tak długo...

 

Battle

Ilustracja z Wikimedii.


Gdy rozpoczynałam lekturę, pomyślałam: „No ładnie, pan Pamuk skopiował pomysł Umberto Eco i nie da rady. Wcisnął zbrodnię w ramy szesnastowiecznego Stambułu, dorzucił trochę sztuki i polegnie”. Ale nie poległ. W „Imieniu róży” głównym problemem, patrząc z perspektywy filozoficznej, było to, czy śmiech jest grzechem. W obronie grzeszności śmiechu dokonywano zbrodni. Tutaj mamy inne pytanie - czy indywidualny styl artysty jest grzechem, do jakiego stopnia można odwzorowywać rzeczywistość, by nie popaść w grzech.
 

Sama forma tej powieści jest mi bardzo miła. Każdy rozdział ma swojego narratora, który jest bardzo wyraźno określony w tytule: „Jestem trupem”, „Nazywam się Czarny”, „Jestem psem”, „Nazwą mnie mordercą”. Nie przeszkadzały mi długie opisy miniatur (które, jak przeczytałam, deprymują wielu czytelników). Pozwalały na wejście w dość obcy mi świat dawnego Stambułu. 

No właśnie... Stambuł... Miasto skrywające różne namiętności - namiętność do kobiet, do pięknych chłopców, do kawy, do uznania, do sztuki. Miasto, w którym można spotkać głupich hodżów i mądre handlarki, wygadanych transwestytów i same-nie-wiedzące-czego-chcą kobiety (tak, tak, najbardziej nie odpowiadała mi swą mentalnością piękna Sekure). Miasto, w którym po rysunku konia, można rozpoznać mordercę.  

Kiedy kończyłam książkę i czytałam ostatnie akapity, nasunęły mi się na myśl ostatnie słowa z „Ferdydurke” Gombrowicza. Przy czym kończąc „Ferdydurke”, czułam, że autor ma wyraźny ubaw z mojej czytelniczej „naiwności”. Tutaj jest miłe puszczenie oka do czytelnika - bez zadęcia, bez chęci wyrządzenia krzywdy. Świetna kropka kończąca tę dość długą powieść.


I na koniec ilustracja przedstawiająca historię Chosrowa i Szirin, przewijającą się przez całą książkę:

Chosrow

Obrazek stąd.


Brakowało mi ilustracji.

poniedziałek, 13 października 2008
Keith Donohue „Skradzione dziecko”

Lubię, kiedy książka tak na mnie wpłynie, że żyję jej treścią, zastanawiam się nad losem jej bohaterów, wręcz żyję ich życiem. Lubię, kiedy jej sformułowania przenikają do mojego języka - choćby miałoby to być tylko jedno słowo. Lubię, kiedy nawet jedno zdanie zmusza mnie do zastanowienia się nad sobą. Lubię dać się porwać i czytać, czytać nawet do czwartej nad ranem, wiedząc, że o ósmej muszę być na chodzie. Lubię poczuć się jak dziecko, które w swej naiwności wierzy, że skoro coś jest napisane, to musi być prawdziwe. I dlatego pokochałam „Skradzione dziecko”. 

Skradzione dziecko

Pewnego dnia ośmioletni Henry Day obraził się na mamę i żeby ją ukarać, uciekł do lasu. Nie podejrzewał, że nigdy już do niej nie wróci. Do niej, do taty i sióstr bliźniaczek. W lesie nie odnalazła go grupa ratunkowa, ale porwały chochliki - małe istoty, żyjące od stuleci obok ludzi. Rodzice natomiast „odnaleźli” podmianka, chłopca-chochlika, który przez wiele miesięcy śledził Henry’ego, poznawał jego zwyczaje, sposób mówienia, ruchy, mimikę, aby kulminacyjnego dnia upodobnić się do niego fizycznie i zająć jego miejsce. Podmianek trafia do ludzkiej rodziny i żyje ukradzionym życiem. Cały czas musi pamiętać, że trzeba wydłużać sobie kości, by rosnąć jak inne dzieci. Nie może się zdradzić tym, że nie zna wszystkich szczegółów ze „swego” dzieciństwa. Musi ułożyć życie na nowo jako stuletni ośmiolatek, wpasowując się w ramy narzucone mu niejako przez dziecko, którego miejsce zajął. 

Prawdziwy Henry, już jako Aniday, musi żyć wśród chochlików, stając się jednym z nich. Z czasem zapomina swoje imię, traci tożsamość, nie pamięta rodziców. Staje się dzikuskiem, leśnym duszkiem, żyjącym jak zwierzątko. Rytm życia wyznaczają pory roku. Nie rośnie, ale dorasta. Wymazuje z pamięci zdarzenia, które potem tak bardzo pragnie odzyskać. Najczęściej doświadczane emocje, a czasem jedyne, to strach i ciekawość.  

Historie obu chłopców opowiadane są równolegle. Czasami mają punkty styczne. Na te same zdarzenia patrzą zupełnie innymi oczami, nie rozumiejąc ich w pełni. 

A czym uwiodła mnie ta książka? Zmusiła do zadania sobie pewnych pytań: 

- Czy zawsze trzeba wyrzec się siebie i pójść na kompromis?

- Czy w ogóle możliwe jest wykorzystanie szans, jakie niesie życie? I nie żałować?

- Czy możliwe jest porozumienie się z drugą istotę, nie przypisując jej własnych myśli i wyzbywając się uprzedzeń względem niej?

I wreszcie pytanie z okładki:

- Co dziecko, którym byłeś, pomyślałoby o dorosłym, którym się stałeś? 

Książka, która uwiodła mnie, a teraz uwodzi moją córcię. Polecam.

piątek, 10 października 2008
Christopher Moore „Najgłupszy anioł”

Taaak... Przełom września i października to nie jest dla mnie najszczęśliwszy okres czytelniczy. Czytam wprawdzie dużo, aczkolwiek nie to, co najbardziej bym chciała. A jeśli już mam czas na jakąś beletrystykę, to musi to być odmóżdżacz. Inaczej nie przyjmę. 

I tym razem trafił mi się prawdziwy odmóżdżacz, w którym nawet występują wielbiciele mózgów. Mówię o „Najgłupszym aniele”. 

 Najgłupszy anioł

Tytułowy anioł, który, powiedzmy, nie popisał się zanadto ponad dwa tysiące lat temu, postanawia nieco naprawić swą dawną omyłkę i chce spełnić życzenie dziecka. Jakiegoś dziecka. A że zbliżają się święta Bożego Narodzenia, jasne jest, że życzenia dzieci koncentrują się na prezentach, choinkach, Mikołaju itp. Lecz cóż za pech! Owo „jakieś dziecko” przeżyło traumę, widząc, jak Mikołaj został zamordowany. Więc czego może chcieć taki malec?  

I w ten sposób zostajemy wplątani w przygotowania świąteczne małego miasteczka Pine Cove, poznajemy galerię zwyczajnych Amerykanów (którzy przecież są tu tak bardzo niezwyczajni), jesteśmy świadkami morderstwa na rzeczonym Mikołaju, widzimy rozwijający się romans, a nawet uczestniczymy w prawdziwym horrorze nie najwyższych lotów. Ale sięgając po taką książkę chyba nikt nie spodziewał się dogłębnych doznań intelektualnych. 

Podsumowując: 

1. W założeniu miała to być bardzo zabawna książka - cóż, czasami była zabawna, czasami trochę mniej. A sam humor raczej należał to tych rubasznych, przaśnych i przyciężkich. Chociaż kilka razy się pośmiałam [cenna uwaga dla odchudzających się: jeśli chcesz się zważyć, zdejmij wierzchnie ciuchy; jeśli waga cię nie satysfakcjonuje, zdejmij majtki i stanik; jeśli nadal nie jesteś zadowolona, zrób siku i dopiero wtedy się zważ. ;)]. Humor taki a la Jim Carrey. 

2. Z trzech przeczytanych przeze mnie książek tego autora („Baranek” o synu Bożym i „Brudna robota” o śmierci) „Najgłupszy anioł” był zdecydowanie najfajniejszy i najzabawniejszy. „Baranek” był miejscami nieco nużący, a śmierć? Śmierć mi nie zapadła w pamięć, co nie świadczy o niej najlepiej. 

3. I na koniec wielkie brawa dla pana Moore’a za nakreślenie postaci. Może komuś nie podobać się styl pisania, miejscami prostacki humor, ale postaci w tej książce są pokazane rewelacyjnie! Absolutnie nie tchną nudą, są realistyczne i każda ma wyrazistą osobowość: od schizofrenicznej Wojowniczej Laski z Pustkowi (byłej aktorki filmów klasy B, która po odstawieniu leków, popada w lekką paranoję i biega z mieczem po miasteczku, czasem zapominając o odzieży), poprzez posterunkowego Theo Crowe’a (który ma słabość do trawki i swojej żony, owej Laski) aż po Roberto (owocożernego nietoperza, który nie rozstaje się z okularami przeciwsłonecznymi)... 

Tak, dla Laski warto było przeczytać książkę.