Nie będzie tu recenzji, ale raczej opis wrażeń, jakie wiążą się z przeczytanymi książkami. Ku pamięci. Mojej pamięci.
RSS
sobota, 19 września 2009
„Matka Joanna od Aniołów” Jarosław Iwaszkiewicz

Uwielbiam polskie filmy z lat 60. I 70. Mają niepowtarzalny klimat, są niepokojące i niejednoznaczne. Lubię słuchać o tym, jakie budziły emocje - zwykle święte oburzenie starszego pokolenia. No bo jak to tak mówić o opętaniu w klasztorze? A może to nie są opętania, a choroba psychiczna? A tak w ogóle, to te zakonnice jakieś takie wyuzdane. Pamiętam totalny niesmak mojego dziadka na wieść o telewizyjnych powtórkach „Matki Joanny”. A ja kocham ten film.

Dlatego z chwilą gdy zobaczyłam ten tytuł w księgarni, nie miałam wątpliwości. I jak kupiłam, tak przeczytałam.

Matka Joanna od Aniołów

Rzecz się dzieje pod koniec XVII wieku w klasztorze urszulanek, gdzie mają miejsce dziwne rzeczy. Matka przełożona, a wraz z nią niemal wszystkie zakonnice, zostaje opętana przez złego. Nie pomagają żadne egzorcyzmy, co więcej, wydaje się, że po nich jest jeszcze gorzej. Opętania unika jedynie siostra Małgorzata, która nie zawsze przestrzega reguły zakonnej. Do Ludynia wsyłany zostaje ojciec Suryn, który ma zbadać sprawę i o ile się da, wypędzić szatana. Nie pomaga mu w tym świadomość tego, jak skończył poprzedni egzorcysta, ani pełna chorej ciekawości postawa okolicznych mieszkańców. Szuka siły w sobie, w modlitwach

Dla mnie jest to opowieść o przejawach zła, o próbie zaznaczenia własnej indywidualności i nieco naiwno-romanycznym zbawianiu świata. A może to nie zbawianie świata, ale ucieczka od roli, jaka została narzucona Surynowi? Na szczęście Iwaszkiewicz nie podaje gotowych rozwiązań i decyzje zostawia czytelnikowi.

Czytając „Matkę Joannę” uświadomiłam sobie, jak rzadko sięgam po polską klasykę. Zdecydowanie za rzadko, zwłaszcza gdy weźmie się pod uwagę, jak wielką przyjemność mi to sprawia! I postanowiłam to zmienić. Zobaczymy, co mi z tego wyjdzie. ;)

 

czwartek, 17 września 2009
„Zielony Dom” Mario Vargas Llosa

Od razu powiem – nie przeczytałam do końca tej książki, choć naprawdę bardzo rzadko to się zdarza. A wszystko wskazywało na to, że powinno mi się udać:

- Peru jako miejsce akcji (mam słabość do tego kraju)

- uznany i szanowany autor (ale nie przekreślam go)

- całkiem ciekawy pomysł na książkę

Zielony Dom

Co sprawiło, że poległam? Przede wszystkim nie tego mi trzeba w chwili, gdy mam mnóstwo pracy i jedynie, co jestem w stanie przyjąć, to miłe czytadło. Nie jest to zdecydowanie lektura, po którą można sięgnąć na 15 minut i znów się wziąć do pracy. Potrzeba skupienia, bo akcja… jakby tu napisać… akcja nie jest jednoznaczna. Bardzo wielu bohaterów, wiele wątków, które nie zawsze chcą się połączyć i ten język, do którego trzeba się długo przyzwyczajać…

Ach dziewczynki, Matko, gdyby je widziała, są prześliczne, don Fabio wyobraża sobie, a Matka widziała je, pani Reategui przysłała zdjęcia dziewczynek, starsza jak laleczka, a młodsza, co za oczy. […] Co do tego, don Fabio przesuwa się na krześle, pani Reategui może być spokojna, klaszcze leciutko, z Misji żadna nie wychodzi chora czy brudna, uśmiecha się, prawda, Matko, schyla nieco głowę, aż mi ło spojrzeć, w jakiej czystości tu mieszkają, a Reategui to prawda, Matko, ale jest jeszcze żona doktora Portillo.

Trochę mi szkoda odkładać tę książkę, bo nie mogę powiedzieć, że to bełkot. Po prostu nie ten czas, nie to miejsce. Może w innych okolicznościach przyrody?
środa, 09 września 2009
„Biała lwica” Henning Mankell

Oj, spodobała mi się „Biała lwica”, spodobała. Lubię łączyć przyjemne z pożytecznym i podczas lektury niezobowiązująco zdobywać informacje. Bo znów okazało się, że o Afryce Południowej mam dość mizerną wiedzę. Wstyd, kobieto, wstyd!

 Biała lwica

Historia rozpoczyna się w 1918 roku, kiedy młodzi i gniewni Burowie przysięgają sobie, że prędzej zginą, niż dopuszczą do tego, by czarni mieszkańcy RPA w jakikolwiek sposób mieli nad nimi przewagę. Ich wpływy gospodarcze i polityczne wzrastają. Segregacja rasowa ma się bardzo dobrze. Pięćdziesiąt lat później tajne Bractwo obchodzi rocznicę swego istnienia (też ma się dobrze), ale już  w 1990 r. z więzienia wychodzi symbol walki o równość wszystkich mieszkańców tego kraju - Nelson Mandela.  

A w 1992 roku w Skanii od strzału w czoło ginie kobieta - zadowolona dotąd z życia pośredniczka handlu nieruchomościami, metodystka, matka i żona. Żeby było ciekawiej/trudniej na miejscu zbrodni policjanci odnajdują palec czarnego mężczyzny. 

Akcja rozgrywa się dwutorowo: w RPA i Szwecji. W Afryce czytelnik widzi obcy świat, w którym Burowie gardzą Murzynami i liberalnymi Anglikami, czarnoskórzy gardzą białymi i ich się boją, zaś nikogo nie boją się ci, którzy mają pieniądze i władzę - jak wszędzie. W Szwecji mamy uporządkowany z pozoru świat, w którym jednak świetnie odnajdują się byli funkcjonariusze KGB wykorzystujący swoistą naiwność systemu szwedzkiego (przyznawanie obywatelstwa, brak dociekliwości urzędników) oraz przestrzeń.  

Plusy dla Mankella: 

- pokazanie odcieni szarości w biało-czarnym konflikcie w RPA. Obawiałam się, że Mankell będzie oskarżał tylko jedną stronę - tę, która ma władzę i może realnie coś zmienić. Bo tak byłoby najłatwiej: z ofiar systemu zrobić niewiniątka. Ale nie.  

- choć to tylko(?) kryminał, świetnie pokazuje sferę polityczną. Ciekawie się to czyta z perspektywy 16 lat, które minęły od czasu powstania tej książki, kiedy to zaszły spore zmiany w RPA (hm... warto zainteresować się, czy owe zmiany naprawdę przekładają się na życie zwyczajnego człowieka - sprawdzić!). 

- w poprzednich dwóch czytanych przeze mnie książkach („Zapora” i „Człowiek, który się uśmiechał”) nieco irytowało mnie u Wallandera to jego poleganie na intuicji. W „Białej lwicy” wszystkie momenty, gdy coś mu się „wydawało”, miało swoje logiczne uzasadnienie. Ciekawe, czy przy poprzednich książkach to ja byłam nieuważna, czy może bohater się zmienia (tak, wiem, że nie czytam chronologicznie)? 

- już wiem, co lubię w komisarzu! A właściwie w tym, jak Manekell go opisuje. Zwykle główny bohater kryminałów nie ma życia osobistego - a jeśli już, to jakieś szczątkowe, jakaś kobieta, żeby miał do kogo wrócić, jakiś kot, by ukazać jego samotność. Wallander nie tylko ma swoją pracę - ma też bliskich, którzy również domagają się jego uwagi: jest niby nieabsorbująca córka, ale bohater ma wyrzuty sumienia, że nie poświęca jej czasu, jest irytujący i trudny ojciec, którego czy się chce, czy nie, należy czasami odwiedzić. Te drobiazgi pozwalają uwierzyć, że Kurt Wallander może istnieć.  

To był inny Mankell.

piątek, 04 września 2009
„Wampir z Ropraz” Jacques Chessex

Czy to możliwe, bym nie znała żadnego autora ze Szwajcarii? Hm... nikt mi nie przychodzi do głowy, czyli zaliczam tę lekturę do wyzwania „Literatura na peryferiach”.

 Wampir z Ropraz

Jest to pozycja skromnych, bardzo skromnych rozmiarów, ale jej forma i treść potrafią zapaść w pamięci na długo. Przede wszystkich historia oparta jest na faktach, co nie ułatwia lektury. Nie mamy tu do czynienia z mitycznym wampirem* wysysającym krew młodych dziewic, lecz kogoś, kto dzień po pogrzebie młodej kobiety rozkopuje jej grób, gwałci zwłoki i pożywia się jej szczątkami. Rewelacyjnie pokazana jest postawa mieszkańców okolicznych miasteczek, którzy nie bardzo wiedzą, jak zareagować na taką profanację. 

Wszędzie bowiem wyciągamy Chrystusa, jaki zachował się jeszcze z czasów katolickich. We wszystkich wioskach i osadach do ram okiennych, zasuwek w oknach, nadproży, balkonów, furtek, a nawet do ukrytych drzwi i w piwnicach, przymocowane są girlandy z czosnku i świętych obrazków, od których potwór z Ropraz musi się przekręcić. Krzyże znów wznoszą się nad tym protestanckim krajem, gdzie nie widziano ich od czterystu lat. Na wzgórzach, przy drogach ponownie stają te od czasu reformacji pogardzane obiekty. Czy wampir lęka się znaku Chrystusa? „No, to zmusi go do namysłu! I pies jest spuszczony”. 

Język Chessexa jest z jednej strony mroczny, a z drugiej reporterski. Dzięki temu czytelnik widzi wydarzenia w taki sposób, jakby opowiadał je obiektywny komentator, któremu nie zależy na podgrzewaniu atmosfery i wzbudzaniu sensacji. A to właśnie sprawia, że atmosfera staje się naprawdę nie do wytrzymania. 

Nie mogę powiedzieć, że polecam tę książkę, bo nie jest ona dla każdego. Chyba lepiej wziąć ją do ręki w jakiejś księgarni, przeczytać kilka stron i samemu zdecydować, czy chce się wejść w świat, z którego nie wyjdzie się w stanie niewinnym. (I tu wychodzą minusy posiadania dziecka, które jest molem książkowym - złapała książkę, zanim ja po nią sięgnęłam, usiadła cicho w kącie, a po dwóch godzinach powiedziała: „Mamo, chyba nie dasz rady”. Bogowie! A ona ma 13 lat!!! Jestem zła na siebie, że mnie ubiegła). 

---

* Nazwanie tytułowego bohatera wampirem przypomina mi moje pierwsze w życiu zetknięcie się z tym terminem. Będąc dziecięciem słyszałam o bodaj „wampirze ze Śląska” (czy skądeś tam) i chodziło o gwałciciela i mordercę. Dopiero później zaczęłam kojarzyć tę nazwę z gościem z długimi zębami, który śpi w trumnie. Takie trochę odwrócenie chronologii.