Nie będzie tu recenzji, ale raczej opis wrażeń, jakie wiążą się z przeczytanymi książkami. Ku pamięci. Mojej pamięci.
RSS
czwartek, 25 września 2008
Henning Mankell „Zapora”

I wreszcie się stało! Kupiłam i przeczytałam pana Mankella. Przymierzałam się do niego od jakiegoś roku, kiedy jeszcze nic nie wiedząc o tym autorze kusiły mnie okładki dwóch jego książek „Mężczyzna, który się uśmiechał” i „Morderca bez twarzy”. Nie wiem dlaczego, ale obawiałam się totalnego rozczarowania w stylu spiskowego „Trzynastego apostoła” (autora nie pomnę, książka gdzieś leży przywalona innymi). Skąd mi się wzięło to skojarzenie? Nie mam pojęcia. Skuszona zachwytami Zosika i recenzjami na innych blogach wreszcie kupiłam „Zaporę”.

Zapora

 

Trudno mi mówić o kryminałach, ponieważ zawsze obawiam się, że zdradzę odpowiedź na nieodzowne pytanie „kto zabił?” lub podam jakieś szczegóły, które zepsują innym zabawę. Dlatego może ograniczę się jedynie do tego, co wiadomo już na początku.  

Dwie nastolatki (podczas czytania cały czas widziałam dziewczynki z okładki) mordują taksówkarza, ponieważ „potrzebowały pieniędzy”, ale nie bardzo wiedzą, na co je potrzebowały. Dziewczyny są oschłe, nie zdradzają emocji, nie żałują - mówią, że jedna uderzyła młotkiem, druga pchnęła nożem. Nic niezwykłego... 

Przy bankomacie pada martwy dość pedantyczny (i ekscentryczny) Tynnes Falk. Policja uznaje, że to zgon naturalny, ale jego lekarz i była żona zapewniają, że za życia Falk był w świetnej formie fizycznej. Cóż, każdy się może mylić, ale zwłoki pana Falka...  

Kurt Wallander (policjant i postać centralna) na pogrzebie seryjnego mordercy (17-letniego chłopaka, który trzy lata wcześniej zabił kilku mężczyzn, w tym ojca) szarpie się z dziennikarzem, szukającym sensacji. Sam Wallander to ciekawa postać. Samotny, nieco zgorzkniały, ale oddany swej pracy. Jednocześnie szuka miłości i próbuje rozwikłać zagadkę, która ma wymiar międzynarodowego spisku. I jeszcze te nieszczęsne komputery, które dla Wallandera stanowią tajemnicę same w sobie. Jego najsilniejszą bronią jest intuicja. Coś mu się wydaje, gdzieś widzi związek, ale nie wie gdzie... - i to jest jedyna rzecz w tej książce, która do mnie nie do końca przemawia.  

Bo poza tym to bardzo dobrze napisana i ciekawie skonstruowana książka. Moim zdaniem łamie w kilku punktach konwencję kryminału. Mam nadzieję, że nie zdradzę za wiele, jeśli powiem, że:

- strzelba, która pojawia się w I akcie, wcale nie musi wystrzelić w III (takie proste, a takie zaskakujące!)

- nie na wszystkie pytania musi pojawić się odpowiedź - bo nie każda rysa na paznokciu ofiary musi mieć związek z przestępstwem; może ofierze pilniczek się omsknął przed śmiercią (znów banalnie proste, a zadziwia)

- nie wszystko musi mieć logiczne uzasadnienie; czasem działa przypadek. 

Po przeczytaniu „Zapory” byłam nieco rozczarowana tym, co później uznałam za ogromną zaletę - że nie wszystko zostało wyjaśnione tak, jak bym sobie tego życzyła. Nie wiem, czy kolejne książki Mankella zrobią na mnie takie wrażenie, bo już go nieco poznałam. Jednak mam nadzieję, że ma w zanadrzu jeszcze coś, co mnie zaskoczy. 

Bardzo, bardzo dobra lektura. Wymarzona na jesienną pogodę i wieczorową porę. 

Zosiku, dziękuję. Jednak to miłość. :)

piątek, 19 września 2008
Alaa Al Aswany „Kair, historia pewnej kamienicy”

Mieszkańcy kairskiej kamienicy Jakobiana to przedstawiciele różnych światopoglądów, różnego statusu materialnego, różnych zapatrywań religijnych. Chciałoby się rzec, że im bliżej nieba, tym bliżej piekła - bo im wyższe piętro się zajmuje, tym bardziej to świadczy o ubóstwie. Ale nieszczęścia spadają równo na wszystkich. I na bogaczy, i na osoby religijne, i na biednych. A z drugiej strony, szczęścia nie zaznają wszyscy.

Kair, historia pewnej kamienicy

Spotykamy tu postaci, z których każda zasługiwałaby na odrębną opowieść: mamy Tahę, zdolnego i religijnego młodzieńca, którego jedyną wadą jest pochodzenie. Jako syn stróża nie ma szans na to, by dostać się do Akademii Policyjnej, o czym marzył. Rozczarowany zaczyna przychodzić na spotkania Braci Muzułmańskich, a nie jest to ugrupowanie zajmujące się wydawaniem książeczek dla dzieci. Jego była dziewczyna Busejna nienawidzi Egiptu za korupcje, brak wolności i brak możliwości. Chcąc normalnie żyć (bez jakichś zbytków) musi pozwalać na obłapianki szefa. Cóż, takie jest życie ładnej dziewczyny... Redaktor dziennika Hatim Raszid za pomocą pieniędzy próbuje zatrzymać przy sobie kolejnych kochanków, bogobojny Azzam kupuje nie tylko miejsce w parlamencie, ale i drugą żonę, a siostra Zakiego wypędza brata z jego mieszkania, bo ten prowadzi rozwiązłe życie. 

Atmosfera panująca w Kairze (i całym Egipcie) jest duszna. Można robić wiele złego, pod warunkiem, że ma się pieniądze, wpływy i robi się to w miarę po cichu. Z pozoru większość żyje zgodnie z zasadami islamu - gdy jednak zajrzy się nieco głębiej, okazuje się, jaka to hipokryzja. I ten brak wolności, który tak trudno zrozumieć jest nam, którzy jednak doświadczamy dobrodziejstw (no dobra... i przekleństw) demokracji. To włażenie butami w życie prywatne. Ów brak poszanowania prywatności to coś, co przyprawia mnie o dreszcze. W obronie szeroko pojętego dobra i wiary można wyrządzić naprawdę wiele krzywd. Tu nie można powiedzieć „te zasady mnie nie dotyczą”. Każdy musi się im podporządkować. 

Bardzo dobra książka. Daje pełniejszy obraz świata arabskiego - osobom w nim zakochanym pokazuje tę mroczną, niefolderową stronę, hipokryzję i korupcję na ogromną skalę; osobom potępiającym wszystko co arabskie i muzułmańskie daje sygnał, że nie da się oceniać świata w kategoriach czarno-białych. Myślę, że pozycja ta będzie szczególnie bliska tym, którzy będąc w jakimś kraju arabskim wyszli poza kurort i spotkali się z prawdziwym życiem i prawdziwymi mieszkańcami. I na własnej skórze odczuli przymus podporządkowania się normom islamskim. 

Nie dziwię się, że w Egipcie ta książka spotkała się z zarzutem o - że tak to nazwę z polska - „kalanie własnego gniazda”. Bo przecież lepiej wszystko zamieść pod dywan, po co obcy mają mieć argumenty przeciwko islamowi i Arabom, jest jak jest, ale to nasze własne bagno... Bo przecież nas, tych obcych, oburza brak poszanowania dla jednostki i przymus religijny. I wyobrażam sobie, jak oburzałby opis polskiego piekiełka - nas, że tak brzydko opisano kraj, gdzie Królową jest Maryja Zawsze Dziewica, i tych obcych, że pozwalamy sobą tak pomiatać przez dwu-, trzy-, cztero... licowych polityków i wszędobylski Kościół. 

--- 

Wiem, że nie wszyscy tak mają, ale ja zawsze oglądam książkę ze wszystkich stron (łącznie z prawami autorskimi i nazwiskami korektorów - nie, nie zapamiętuję ich i nie ścigam za literówki ;)). Dzięki temu przypomniałam sobie bardzo fajny portal, który objął patronat medialny - arabia.pl. Jeśli ktoś interesuje się kulturą arabską, polecam! 

I żeby nie było, że jestem taka drobiazgowa... Mam pewną wadę. Gdy czytam powieści, bardzo rzadko zapoznaję się z nazwiskami bohaterów. Zapamiętuję nazwiska jako pewien obraz. Wygląda to tak, że rozróżniam je dzięki pierwszej literze albo długości. I obawiałam się, że przy imionach arabskich będę miała kłopot (te wszystkie Al-, Abd...). Jednakże pan Alla Al Aswany tak barwnie nakreślił wszystkie postaci, że nie miałam żadnych problemów. Dla mnie to ogromny plus. :)


środa, 10 września 2008
Vicki Myron, Bret Witter „Dewey, wielki kot w małym mieście”

Cóż my tu mamy... Mamy kota. Każdy kot to postać magiczna, co przyznają wszyscy ich posiadacze. I mamy bibliotekę. Biblioteka to miejsce magiczne już z założenia. I teraz wrzucamy magiczną postać w magiczne miejsce i otrzymujemy... historię pewnej pani z Iowa.

Dewey

 

Tak, jestem niesprawiedliwa w tym opisie. Bo przecież pani jest bibliotekarką i przygarnęła kota, który zamieszkał w bibliotece, czyli teoretycznie mamy to, o czym mówiłam na wstępie - i magiczną postać, i magiczne miejsce. Co więcej, ten kot jest naprawdę fajny i niezwykły (choć chyba każdy kot jest niezwykły na swój sposób). Ma na swym koncie ogromne sukcesy - zjednoczenie miasta, pocieszanie cierpiących, zwiększenie liczby gości bibliotecznych, zabawianie dzieci i niesienie radości niepełnosprawnym. Pojawia się w gazetach, programach telewizyjnych, a nawet w filmach. Ma wspaniałą osobowość, jest pomysłowy i... rozpieszczany. 

Więc w czym problem? Uważam, że mając tak rewelacyjny materiał, można było napisać naprawdę rewelacyjną książkę. Oczekiwałam czegoś dużo, dużo lepszego jako „posiadaczka” kota i wielbicielka książek. Czegoś zabarwionego magią. Chciałam znaleźć tu historie z życia bibliotecznego kota, jego przygody opisane żywym i barwnym językiem. Można było je trochę podkoloryzować, dodać nieco fantastycznych postaci z książek. A co znalazłam? Opowieść o mieście, funkcjonowaniu biblioteki (raczej od tej biurowej strony), o trudnych i pięknych relacjach rodzinnych, a to wszystko przeplecione opowieścią o ukochanym kocie. I tego kota jest całkiem dużo. Ale nie w takiej formie, w jakiej oczekiwałam. Bo ta książka to nie beletrystyka, a bardziej literatura faktu. 

Oczywiście, powzruszałam się, ale to nie niweluje mojego rozczarowania. A w całej tej historii krył się tak ogromny potencjał... Szkoda. 

Z szacunku dla mojego kota, powinnam chyba dodać jego link do zakładek.

sobota, 06 września 2008
Jerome K. Jerome „Trzech panów w łódce nie licząc psa”

Jest kilka książek, które zawsze chciałam przeczytać, a często nie było okazji. I nie chodzi mi tu o kilometry książek, które czekają w poczekalni, ale o takie, co do których nabrałam przekonania, że są warte przeczytania, choć nie do końca wiem, skąd się wzięło owo przekonanie. Nie chodzi tu o to, że to „wielka literatura jest”, ale raczej o tło i towarzyszący nastrój - nie książkom, ale mojej świadomości o ich istnieniu. Swoisty sentyment...

Tak właśnie było z „Trzema panami w łódce nie licząc psa”. Ten tytuł często obijał mi się o uszy i choć nawet jeszcze nie wiedziałam, o czym jest ta książka, wiedziałam, że muszę ją przeczytać. Czasem o niej zapominałam, czasem mi się przypominało i sprawdzałam w Merlinie… Aż w końcu zdesperowana kupiłam sobie audiobooka. Oczywiście, gdy tylko go kupiłam, w Empiku pokazało się nowe wydanie książki. Macie tak? Kupiłam.



 

I wreszcie przeczytałam! :)

Jest to opowieść o trzech dżentelmenach, którzy wybrali się na wycieczkę po Tamizie. W łódce, oczywiście. I zabrali ze sobą psa. Owi dżentelmeni są Brytyjczykami w każdym calu, którzy nie zapominają o pulowerach, parasolach, herbacie i tysiącu innych arcypotrzebnych w podróży rzeczy. Nawet jeśli to oni sami mają wiosłować i zmagać się z Tamizą i angielską pogodą.

Rzecz dzieje się pod koniec XIX wieku – wieku, w którym ludzie tak bardzo się spieszą, dużo bardziej niż można to było zauważyć wcześniej! To chyba cecha charakterystyczna wszystkich „czasów” – że wcześniej było spokojniej, lepiej, że młodzież była lepiej wychowana. ;) Te dziewiętnastowieczne rozmyślania są niezwykle celne. Narrator (czyli trzeci pan w łódce) zastanawia się, „czy wczorajsza tania błahostka zawsze będzie dzisiejszym skarbem? Czy w roku 2000 nasze talerze zawisną dumnie u możnych tego świata? Czy białe filiżanki ze złotą obwódką i bliżej nieokreślonym złotym kwiatkiem w środku, które nasze służące tłuką beztrosko tuzinami, zostaną pieczołowicie sklejone, staną na honorowym miejscu i tylko pani domu będzie mogła je odkurzać?” Tak, panie Jerome K. Jerome. A i owszem. Sama posiadam wątpliwej urody, acz starą cukiernicę. Po co? Nie wiem. ;)

To bardzo urokliwa książka.

Po pierwsze, jest jakaś taka współczesna. Mimo wyraźnych opisów dziewiętnastowiecznych obyczajów, miałam wrażenie, że owi panowie są bardzo nowoczesnymi młodzieńcami, co to i zakląć potrafią (choć autor nie cytuje), i nie szczędzą sobie uszczypliwości, okraszając wszystko ironią i humorem… Nie czułam żadnej przepaści czasowej względem tych bohaterów. A to przecież współcześni niektórych bohaterów Sienkiewiczów i innych Prusów. Wiem, jestem okrutna. ;)

No bo jakże nie kochać J., który wypowiada jakże mi bliskie zdanie: „Stale odnoszę wrażenie, iż robię więcej, niż powinienem. Nie znaczy to, że mam wstręt do pracy – proszę dobrze mnie zrozumieć. Lubię pracować, a nawet palę się do roboty. Praca tak mnie urzeka, że mogę całymi godzinami siedzieć i patrzeć na nią. Lubię mieć ją przy sobie – na samą myśl o rozstaniu serce mi pęka z żalu”.

Po drugie, humor, ironia i dystans. Jak ja to kocham! Jeśli ktoś lubi humor Monty Pythona, Czarnej Żmii, Biura, Małej Brytanii, musi poznać wcześniejszego przedstawiciela tego gatunku.

I cytacik: „Ludzie doświadczeni mówili mi, że kto ma czyste sumienie, czuje się szczęśliwy i zadowolony, a przecież pełny żołądek daje nie najgorsze wyniki, tylko tańszym kosztem i bez większej fatygi. Gdy człowiek porządnie i zdrowo się pożywi, staje się pobłażliwy i szlachetny, wspaniałomyślny i czuły”.

Po trzecie, dygresyjki! Uwielbiam, gdy jedno zdanie może stać się przyczynkiem do długiej opowieści. Albo trzech kolejnych. Sama lubię się tak zatracić, choć rozsądek nakazuje, by dokończyć rozpoczętą myśl. Ech, te konwenanse! ;)

A owo tajemnicze „K.” przy nazwisku pana Jerome’a to „Klapka”, jakby ktoś chciał wiedzieć. Hm…



Zdjęcie z Wikipedii.