Nie będzie tu recenzji, ale raczej opis wrażeń, jakie wiążą się z przeczytanymi książkami. Ku pamięci. Mojej pamięci.
RSS
czwartek, 28 sierpnia 2008
Khaled Hosseini „Chłopiec z latawcem”

Kiedy zabierałam się za tę książkę, liczyłam na jakąś tam historyjkę dziejącą się w odległym miejscu, o którym, w gruncie rzeczy, niewiele wiem. A co otrzymałam? Poruszającą historię popełnionego błędu i wynikających z tego konsekwencji, która skłoniła mnie do wielu przemyśleń. 

Chlopiec_z_latawcem

W skrócie: mamy Amira (syna bogatego i szanowanego człowieka) oraz Hassana (syna służącego, który pracuje w domu Amira). Chłopcy są w podobnym wieku; jeden mieszka w dużym domu, drugi w marnej chatce, jeden ma wszystko, drugiemu niewiele trzeba - są przyjaciółmi. Hassan zawsze staje w obronie Amira i zrobiłby dla niego wszystko (choć jest nieco młodszy). A Amir? Amir to dobry dzieciak. Przede wszystkim chce miłości ojca, który trochę wstydzi się syna. A syn trochę się wstydzi przyjaciela - bo to Hazara.

Tragedia rozgrywa się z chwilą, gdy Amir jest świadkiem popełnionego na Hassanie zła. Podkreślam: on jest świadkiem. W tym momencie jego jedynym grzechem jest grzech zaniechania. Widzi zło i nie reaguje. Bo się boi. 

Refleksja pierwsza: 

Czy ktoś ma prawo potępić Amira? W książce chłopak potępia się sam. Nikt oprócz Amira, Hassana i oprawców nie wie o wyrządzonym złu. A czy czytelnik ma takie prawo? W moim odczuciu każdy przeczytawszy książkę i stając się świadkiem opisanych tam wydarzeń powinien potępić SIEBIE za to, że wiedząc o złu nie reaguje. I nie możemy wmawiać sobie, że przecież nie wiemy o tym, co się dzieje w Afganistanie czy w jakimkolwiek innym zakątku ziemi. Przecież pan Khaled Hosseini właśnie nas o nim poinformował!  

Więc jeśli ktoś zada sobie pytanie: „Jak on tak mógł?”, zapytam, a jak TY możesz spokojnie sobie żyć, bawić się itp., skoro na świecie jest wielu takich Hassanów (a później Sohrabów), którzy cierpią tylko dlatego, bo ktoś ma taką fantazję. I często nie mieszkają na drugim końcu świata - mieszkają w sąsiedztwie. 

Refleksja druga: 

Nawiązując do wiedzy o złu, ale w wymiarze światowym... Kiedy rozpętała się II wojna światowa, Polacy mieli (a często i do dziś mają) żal do Anglii czy Francji za to, że kraje te nie zareagowały we właściwy sposób, że nie stanęły w obronie Polski, że... popełniły grzech zaniechania. Ówcześni Polacy czekali na reakcję świata, a świat? Patrzył z przerażeniem na to, co się dzieje. 

I dziś w odniesieniu do Afganistanu, Tybetu, Iraku, Palestyny itd. istnieją dwie drogi: 

- czy zareagować i uciszyć sumienie, narażając siebie na atak, narażając się na podejrzenia o niecne powody działań?

- czy nie reagować i jakoś to sobie zracjonalizować? 

Przyznam, że po tej książce trochę inaczej patrzę na zaniechanie Francji i Anglii w pierwszych dniach wojny. I nie mam jednoznacznych odpowiedzi na powyższe pytania. 

Refleksja trzecia: 

Amir, nie mogąc wybaczyć sobie tego, że nie stanął w obronie przyjaciela, dopuszcza się prawdziwego zła. Ukrywając swoje uchybienie popełnia niegodziwość. 

I tak jest chyba zawsze... Gdy tylko człowiek próbuje ukryć jakieś kłamstwo, popada w jeszcze większe. Ileż zbrodni zostało popełnionych tylko dlatego, by nie wydało się kłamstwo, kradzież, zdrada czy morderstwo? Kolejne zło jest większe od pierwszego. 

To takie ostrzeżenie... 

I jeszcze uwagi edytorskie: 

Grrr... Nie mówię o literówkach (choć były), ale żeby raz pisać nazwisko „Taheri”, a innym razem „Taneri”? I to wymiennie? Czy ktoś to tłumaczył na karteluszkach, a potem ktoś inny przepisywał? I do tego były potrzebne dwie panie korektorki? 

I druga sprawa. Co robiło dwóch Palestyńczyków patrolujących drogę w Pakistanie? Choć właściwie, co to za różnica - Palestyńczyk czy Pakistańczyk. Obie nacje na „p”, obie nacje to w większości muzułmanie... Właściwie tak samo jak Polacy i Portugalczycy - na „p”, z Europy i katolicy... Grrr... 

A jakiego rodzaju jest „hidżab”? Zawsze spotykałam się z rodzajem męskim „ten hidżab”, a tu nagle „ta hidżab”. A czy „burka” się nie odmienia? Bo w tym tłumaczeniu pojawia się „młoda kobieta [...] w białej burka na głowie”. 

Zwykle się nie czepiam, ale tu tych niedociągnięć było zbyt wiele.

(dopisane) Kabul: 

No tak... w ferworze pisania i uniesienia ;) zapomniałam, że to wyzwanie miejskie... A przecież opisów Kabulu tu bardzo dużo. Widać miasto z czasów monarchii, gdzie Baba chodzi na polowania z królem. Jest też miasto ostrzeliwane przez Rosjan. I najstraszniejsza wersja tego miasta - Kabul pod rządami Talibów. Straszne miejsce, w którym strach można niemal dotknąć.

sobota, 23 sierpnia 2008
Lilian Jackson Braun „Kot który lubił sery”

Co robi czytelnik-desperat, który zapomniał wziąć ze sobą książkę, a w perspektywie ma przejechanie pół miasta? W obie strony? Idzie do kiosku i kupuje cokolwiek (no bo ile można czytać regulamin MPK? ;))... I tak stałam się posiadaczką „Kota, który lubił sery”. Hm... 

Na okładce informacja, że to „największy hit od czasu Agaty Christie” (wstyd przyznać – przeczytałam tylko jedną książkę tej pani i to w dodatku nie był kryminał). Nie jestem jakąś szczególną fanką lub znawczynią tego gatunku, ale co tam... 

Bohaterem jest dziennikarz James Qwilleran, który nie tylko kocha swoją pracę, ale przede wszystkim swoje dwa koty syjamskie, Koko i Yum Yum. I choć nie jest detektywem, policjantem ani innym prokuratorem, rozwiązuje zagadki kryminalne. Swoją drogą bałabym się mieć takiego znajomego, bo ryzyko nagłej śmierci w jego towarzystwie jest zdecydowanie wyższe niż przeciętnie – seria ma 30 tomów, w każdym przynajmniej po dwa zgony, a może i więcej (tu były trzy trupy), czyli licząc lekką ręką jakieś 60-90 przypadków nagłych zejść. Na jego miejscu zastanowiłabym się, czy nie ciąży nade mną jakaś klątwa. ;) 

Wracając do „Kota, który lubił sery”... W miasteczku Pickax w Moose County dochodzi do wybuchu bomby w hotelu. Ginie dziewczyna, która sprzątała pokój, stając się przypadkową ofiarą zamachu wymierzonego prawdopodobnie w tajemniczą damę w czerni ze szramą na twarzy. Dama mówi z dziwnym akcentem, ma oliwkową cerę i na imię Ona (a właściwie Onoosh). A dowiedziawszy się o zamachu znika, uniemożliwiając tym samym dokładniejsze zbadanie sprawy. W Pickax ma się odbyć Wielka Eksplozja Smaku – otwarcie nowych restauracji, degustacja pasztecików i serów itp. I właściwie cała książka toczy się wokół jedzenia, kotów i, podobno, uroczego Qwillerana. 

W książce tej cenna wydała mi się pewna systematyka serów – skąd który pochodzi, czym się charakteryzuje itp. Przypomniała mi się lektura „Panów Samochodzików”, z których czerpałam wiedzę o masonach, antropologii i innych templariuszach (co sprawiło, że moje późniejsze spotkanie z „Wahadłem Foucaulta” było przyjemniejsze i łatwiejsze {bogowie, jak nie wyzbędę się skłonności do dygresji, to moje zapiski będą przypominać powieści szkatułkowe (tylko muszę pamiętać, żeby po nawiasiku nawiązać do poprzedniej dygresji), co mi przypomina, że czeka na mnie „Rękopis znaleziony w Saragossie”} i nie czułam się jak kompletna ignorantka, a jedynie jak ignorantka). Oł je! ;) 

Czy czytelnik ma szansę odpowiedzieć na tradycyjne pytanie, kto zabił? Nie bardzo. Narrator ukrywa pewne fakty, uniemożliwiając rozwiązanie zagadki. Wydaje mi się, że w całej tej książce mniej chodziło o znalezienie zabójcy, a bardziej o to, by wykazać, iż Koko znał odpowiedź na to pytanie już wcześniej i próbował przekazać informacje Qwilleranowi. Bo, ponoć, wszystkie koty mają po 24 wąsiki po każdej stronie, a ten ma po 30. Pewnie w tych dodatkowych sześciu umiejscowiona jest intuicja. ;) (Zastanawiam się, czy każdy czytelnik posiadający kota, złapał swojego pupilka i spróbował policzyć mu wąsiki. Ja swojego dorwałam. Był śpiący, więc nawet dał sobie liczyć – ale trudno mi było zdecydować, czy dany włosek to krótszy wąsik, czy może już sierść. Dlatego nie wiem, czy w moim Karmelku tkwi potencjał do rozwiązywania zagadek kryminalnych). 

To, co mnie mocno denerwowało w tej książce, miało chyba być jej zaletą – mówię o obdarzeniu Koko myśleniem. Albo raczej o skłonności dziennikarza do przypisywania kotu przemyślanego działania.

czwartek, 21 sierpnia 2008
Santiago Roncagliolo „Czerwony kwiecień”

Sięgnęłam po tę książkę skuszona nazwiskiem autora. To ten pan od „Wstydu” – świetnej książki, w której mężowi pozostało pół roku życia (co ukrywa), żona wdaje się w romans z... (nie zdradzę), a kot próbuje uciec z domu i dopaść kociczkę. Naprawdę bardzo dobra lektura.

Czerwony kwiecien

 

Santiago Roncagliolo to Peruwiańczyk, który tym razem poruszył temat najnowszej historii swego kraju. Przed sięgnięciem po książkę warto zapoznać się choćby z hasłem „Świetlisty Szlak” na Wikipedii. Będzie łatwiej. 

Rzecz się dzieje w Ayacucho – miejscu narodzin Świetlistego Szlaku. Ale że mamy rok 2000, rząd oficjalnie twierdzi, że terroryzmu nie ma, że działania przeciwko tej organizacji zakończyły się sukcesem i wiązania jakichkolwiek zbrodni z Sendero Luminoso to zły trop. A dzieje się sporo zła. Jedyny sprawiedliwy – Felix Chacaltana, pomocnik prokuratora okręgowego – ma rozwiązać tajemnicę zbrodni popełnionej przed Wielkanocą. Czas popełnienia mordu też jest ciekawy... Ale nie będę zdradzać wszystkich smaczków tej książki. 

Sam Chacaltana wydaje się bardzo ciekawą postacią. Z początku jawi się jako pedant, który cyzeluje swoje raporty, dba o przecinki i kropki. Jest trochę fajtłapowaty, trochę się boi wyjść przed szereg, woli się ugiąć. Ale w końcu dochodzi do pewnej granicy, gdzie musi zadać sobie pytanie, czy może pozwolić sobie na dalsze kompromisy. 

Mamy tu trochę wierzeń inkaskich, śmierć, miłość (?), próbę zmierzenia się z okrutną historią, w której trudno jednoznacznie określić, jaka strona reprezentuje dobro – bo obie czynią zło. Mamy syna żywiącego dziwną miłością do nieżyjącej matki i matkę opętaną poszukiwaniami zwłok swoich synów. Cóż, literatura iberoamerykańska... 

Może jestem nieobiektywna, bo Peru to moja miłość (wirtualna, bo jeszcze tam nie byłam), ale uważam, że to bardzo dobra książka. I choć może z moich słów wynika inaczej, nie jest to książka polityczna. Kryminał też nie. Polecam. :)

wtorek, 19 sierpnia 2008
Katarzyna Grochola „Nigdy w życiu”

Jest w moim życiu kilka rzeczy, których udało mi się nie zrobić, choć to graniczyło z cudem:

1. W latach młodzieńczych udało mi się nie przeczytać „Ani z Zielonego Wzgórza”, choć wszystkie koleżanki to czytały. No, nigdy nie pociągała mnie taka lektura.

2. Udało mi się nie obejrzeć „Władcy pierścieni”, co przy dwójce fanów w domu nie jest łatwe.

3. Udało mi się nie wysłuchać do końca jakiejkolwiek piosenki Dody. Cud nad Wisłą. ;-)
4. I do zeszłego tygodnia udało mi się nie przeczytać żadnej Grocholi.
 

Ale lato... można pozwolić sobie na chwilę szaleństwa. ;-) I tak przeczytałam „Nigdy w życiu”. 

Pierwsze wrażenie – jakiś taki słowotok, lekka histeria, a to on, a to ona, a to wstrętni faceci, a to wredna małpa... prawie jak na bLogAasKach. Ale się nie poddawałam. W końcu przyzwyczaiłam się do takiej narracji i prawie dałam się wciągnąć w akcję (choć to za dużo powiedziane, bo z grubsza wiedziałam, o co chodzi – film oglądałam). 

(Drobna dygresja) mam tak, że nawet jak czytam jakiegoś gniota (nie, nie, nie twierdzę, że to gniot) lub oglądam coś niezbyt lotnego, zawsze staram się wyciągnąć jakąś myśl albo dwie, coby nie jęczeć później, że straciłam tak dużo cennego czasu, żeby przekonać samą siebie, że warto było... 

Drugie wrażenie – a więc dopatrzyłam się pewnych prawd, co to są oczywiste, ale często nam umykają. Jedną z takich prawd jest to, że gdy coś się kończy, robi się miejsce na coś nowego – czasem dużo lepszego i cenniejszego. Zauważyłam, że jeśli człowiek pogodzi się ze stratą/zmianą, wówczas jest otwarty na nowe możliwości, a gdy walczy z czymś, co jest już nieuniknione, traci tylko energię, gorzknieje i zamyka się na życie. Trza to sobie zapamiętać. 

Inne przemyślenia? Pozazdrościłam Judycie spontaniczności, odwagi i takiej trochę bezmyślności (no dobra, nie będę okrutna) – beztroski. Zakup ziemi, budowa domu – to coś, co mnie pociąga, a jednocześnie przeraża. Trzeba wykonać tak dużo ruchów, podjąć tyle decyzji i jeszcze być przekonanym co do ich słuszności. Ciut za dużo jak na mnie. 

Jej wyjazd na Cypr. Też jej tego zazdroszczę. Nie chodzi o kasę, nie chodzi nawet o czas, chodzi o decyzję. O przedłożenie własnych potrzeb nad potrzebami innych – taki zdrowy egoizm. Niestety, z moją hiperodpowiedzialnością nie udają mi się takie akcje. A szkoda. 

Trzecie wrażenie – czy łączy mnie coś z taką bohaterką? Niby zbliżony wiek, niby dziecię nastoletnie, no fakt – mąż mnie nie rzucił. Jeszcze. ;) Ale absolutnie nie odpowiada mi osobowość Tygryska łamanego przez Kubusia Puchatka – a w moim przekonaniu taka właśnie jest Judyta. Z jednej strony zazdroszczę jej pójścia na żywioł i umiejętności korzystania z życia, ale z drugiej chyba nic nie denerwuje mnie bardziej niż działanie przed myśleniem, przedkładanie uczuć nad rozum. Oj, wiem... marudzę jak, że tak pociągnę bajkowy motyw, jak Królik. A to właśnie Królik zwykle cieszył się najmniejszą sympatią. ;) 

Tak więc, czy mogłabym zaprzyjaźnić się z Judytą? Nigdy w życiu!

piątek, 08 sierpnia 2008
Haruki Murakami „Ślepa wierzba i śpiąca kobieta”

Przyznać muszę, że bardzo lubię opowiadania, ale zawsze przy ich czytaniu popełniam ten sam błąd: czytam wszystko jak leci. A to wielki błąd. Nie daję sobie czasu na zatrzymanie się i zastanowienie choć przez chwilkę. Dlatego jedna historia zazębia mi się z następną, która nie ma z pierwszą nic wspólnego, coś mi umyka. Jestem zła na siebie za taką zachłanność. Stąd moje postanowienie – czekają na mnie opowiadania Woody’ego Allena, ale będę je sobie dozować po jednym dziennie. Może się uda. ;)

Slepa wierzba

Było to moje drugie spotkanie z Murakamim. Zachwycona „Kafką” rzuciłam się na „Ślepą wierzbę i śpiącą kobietę”. Jako że są to opowiadania pisane na przestrzeni dwudziestu paru lat, siłą rzeczy nieco się różnią stylistyką i tematyką. Podczas czytania zerkałam sobie na rok wydania każdej historii, aby przekonać się, czy wolę Murakamiego starszego, czy młodszego.

 

Murakami Młodszy

Przy opowiadaniu „Perkozek” (1983) obśmiałam się jak norka. Mężczyzna podejmujący nową pracę musi stawić czoło przeszkodzie w postaci „strażnika”, który żąda od niego hasła. Miałam wrażenie, jakby grupa Monty Pythona przedstawiała własną wersję Kafkowskiej opowieści o człowieku stojącym u bramy Prawa.

- Nic nie wiem o tym, że ma być przyjęty ktoś nowy, ale tak czy inaczej powiadomię przełożonego. Moja praca polega na otwieraniu drzwi i powiadamianiu przełożonego.

- Bardzo proszę.

- A zna pan hasło?

- Hasło?

[...]

- Przełożony surowo mi zabronił wpuszczać ludzi nieznających hasła.

W „Wymiotach 1979” (1985) mamy zagadkę: czy codzienne, ciągnące się przez 40 dni wymioty mają coś wspólnego z codziennymi, ciągnącymi się przez 40 dni telefonami od nieznanego człowieka. I czy to może przydarzyć się właśnie Tobie? ;)

A w „Rozkwicie i upadku pieczonych rożków” (1983) pojawia się pytanie, czy Ich Wysokości Rogate Kruki zaakceptują owe pieczone rożki?

 

Świat pełen jest niewyjaśnionych zagadek...

 

Murakami Starszy

 

Z opowiadań napisanych po 2000 roku nie bardzo podoba mi się historia zatytułowana „Jej urodziny”. Jakoś nie bardzo ją czuję. Natomiast cała reszta – „Przypadkowy podróżny”, „Zatoka Hanalei”, „Gdzieś, gdzie może uda się to znaleźć”, „Kamień w kształcie nerki, który co dzień jest gdzie indziej”, a przede wszystkim „Małpa z Shinagawy” – to po prostu smaczne kąski.

 

Można tu znaleźć to, za co chyba ceni się tego pana (piszę „chyba”, bo nie czytałam zbyt wielu recenzji jego książek i nie wiem, za co ceni go świat). A więc mamy tu na pozór normalny świat, w którym tradycyjny sposób myślenia nie wystarcza, ale w którym na szczęście można spotkać kogoś, kto radzi sobie w takiej rzeczywistości, a przynajmniej jakoś ją pojmuje. Logika tych opowiadań przywodzi mi na myśl sny – niczego nie można być pewnym, coś może przekształcić się w coś innego i nie budzi szczególnego szoku fakt, że małpa może gadać. Owa magia, która przekrada się do normalnej codzienności, sprawia, że nieco inaczej spoglądam na zwyczajny dzień. Bo zawsze może to być ten dzień, w którym wydarzy się coś niezwykłego.

wtorek, 05 sierpnia 2008
Elfriede Jelinek „Pianistka”

Parę lat temu obejrzałam „Pianistkę” i cały czas zastanawiałam się: „Ale o co chodzi... głównie?” Nie czytając książki, nie znajdowałam powodu, dla którego została napisana. Żeby wzburzyć? Obrazić? Wywołać sensację? Słabe powody. Dlatego przy okazji „miastowego” wyzwania postanowiłam zmierzyć się z panią Jelinek osobiście.

 

I z chwilą rozpoczęcia lektury uświadomiłam sobie, że bardzo chciałam, aby taka książka została napisana - książka, w której obnaża się człowieka, pokazuje się, że artysta też jest istotą z potrzebami fizjologicznymi, a kochająca mamusia i kochająca córeczka mogą tworzyć patologię.

 Pianistka

Świętość rodziny. Już pierwsze zdania mówią nam, czego możemy się spodziewać: „Matka lubi nazywać Erikę swoim małym wicherkiem, ponieważ często tak bywa, że córeczka śmiga jak fryga. Stara się jakoś ujść matce. Erika dobiega do czterdziestki”. Córeczka – kochane maleństwo, tyle się wiązało z nią nadziei, a teraz tak się buntuje. Stara się, biedulka, uciec matce... ale nie za daleko. Bo przecież kocha swoją mamusię i najbardziej lubi spędzać wieczory w jej towarzystwie, oglądając telewizję i dzieląc się spostrzeżeniami. Nie chce się od niej uwolnić. Gdy Walter Klemmer, zakochany w Erice student, odprowadza obie panie po koncercie i starsza idzie z tyłu, bardzo to uwiera Erikę. Bo mogłyby przecież iść razem, ręka w rękę, jeść czekoladki i spieszyć się na nocny film. Nie, nie, Erika nie wyobraża sobie życia bez mamusi.

 

Chmurna młodość a dostojna starość. Zarozumiała młodość Klemmera i nieustępująca ze sceny starość Eriki. (Chciałabym tę starość umieścić w cudzysłowie, ale Erika jest stara w oczach Klemmera - ma prawie 40 lat – niech więc będzie stara). Chłopak daje do zrozumienia, że ta ma szczęście, że trafiła na niego, „szczęście, jakie ją spotkało w jego osobie” – oj, to chyba tylko bezczelna samcza młodość pozwala sobie na takie stwierdzenia. Chce, aby kobieta była wprawką do poważniejszych związków z osobami bardziej odpowiednimi.

 

I ulubione zdania z tej książki, gdzie następuje konfrontacja młodości i starości: „Młodzież śmieje się z Eriki z powodu jej wyglądu zewnętrznego. Erika śmieje się z młodzieży z powodu jej wyglądu wewnętrznego, pozbawionego wszelkiej treści”. To chyba odzywa się we mnie erikowa starość. ;)

 

Sztuka i jej koneserzy. „Dla większości zasadniczy urok sztuki polega na rozpoznawaniu w niej czegoś, co wydaje im się, że znają”. Może dlatego wszyscy mogą powiedzieć, że kochają Leonarda da Vinci, bo każdy widział Giocondę? Może dlatego podoba mi się „Pianistka”, bo w mamusi widzę kogoś, kogo znam, a kto zmusza swoje dzieci do nauki a to w szkole muzycznej, a to baletowej, bo „tylko śmierć może być powodem stronienia od sztuki”?

 

A dla kogo ta sztuka? Czy ktoś się na niej zna? Może ktoś. Może jeden człowiek. „Zebrany z kupy gnoju tłum, wzorzysty kolorami wymykającej się wszelkiej ocenie brzydoty, ze swej strony ocenia Erikę.[...] A więc taka jest publiczność Eriki. Gdyby o tym nie było wiadomo, trudno byłoby uwierzyć, że to ludzie. [...] Rozsiadają się, tłuste wyspy pływające w wodach płodowych dźwięków. Chwilowo żywią się nimi, ale nie mają pojęcia, co piją”. Hm... coś mi się wydaje, że wieczór w teatrze czy filharmonii nigdy już nie będzie taki sam... Kto siedzi obok mnie? A ja? Czy ja wiem, co spijam? Wątpię. Piję, bo sprawia mi to przyjemność, ale w oczach Erik jestem profanem.

 

Miłość sensualna. Erika „pragnie zgłębić, co się za tym wszystkim kryje, co w tym jest takiego obezwładniającego dla zmysłów, że każdy chce to robić albo przynajmniej się temu przyglądać”. Przyłapana przez Klemmera para mierzi go. Chłopak „widzi to, o czym mówić wciąż się wzdraga: o tym banale cielesności. Nie jest to romantyczny ogród miłości, ale bądź co bądź ogród miejski”.

 

Oj, ta walka ciała z duchem, wzniosłe uczucia przeradzające się w spermę, słowa miłości zmieniające się w razy.

 

Boski Wiedeń. Niewiele tego Wiednia w „Pianistce”. „Wiedeń - miasto muzyki”. Miasto, w którym wstrętne gazety opisują wstrętne występki wiedeńczyków, a pary nocą spółkują w parku. Miasto jak każde inne. A wszędzie można spotkać jakąś Erikę z głową wypełnioną swoim światem.

 

Zaraz po przeczytaniu książki włączyłam film. Może dostrzegam większy jego sens, może więcej widzę. Jednakże zdecydowanie brak mu tego, co mnie zauroczyło w tej książce - języka ociekającego cynizmem, ironią i perwersyjną wręcz szczerością.

 

Szacunek dla tej pani.