Nie będzie tu recenzji, ale raczej opis wrażeń, jakie wiążą się z przeczytanymi książkami. Ku pamięci. Mojej pamięci.
RSS
środa, 24 czerwca 2009
Dusza punkowca zaklęta w ciało skrzypka, czyli Nigel Kennedy

Przez totalny przypadek dowiedziałam się, że w moim rodzinnym mieście wystąpi Nigel Kennedy (nie chcę nawet myśleć o tym, co bym zrobiła, gdybym dowiedziała się o tym po fakcie!). Kocham tego faceta. To on zmienił moje widzenie (słyszenie?) Vivaldiego swoją szaloną interpretacją „Czterech pór roku”. Zanim go usłyszałam (i ujrzałam!), „Cztery pory” wydawały mi się nudnym smęceniem, które kojarzyło mi się z równie nudną audycją z dzieciństwa w radiowej Jedynce. Lata temu, kiedy zobaczyłam gościa w glanach i z postawionymi włosami (które z czasem zamieniły się w irokeza), który NAPRAWDĘ na swych skrzypcach oddaje klimat czterech pór roku, po prostu się zakochałam. I nie spuszczałam Nigela z oczu - mam na myśli jego wydawnictwa. ;) Bardzo, bardzo lubię jego autorską płytę „Kafka” czy swoiste greatest hits muzyki klasycznej. Albo jazzową „Blue note sessions”. A chyba do tej pory najmniej podobała mi się płyta nagrana z krakowskim zespołem klezmerskim Kroke. Może za dużo w mym domu muzyki żydowskiej? A właśnie z Kroke przyjechał do Łodzi. (Od niedzieli słucham tylko tej płytki :)).

 Nigel Kennedy - czerwiec2009

Koncert odbył się na rynku Manufaktury (dla niezorientowanych: Manufaktura to kompleks pofabryczny przemieniony w centrum handlowe [a jakże!], ale i centrum kulturalno-rozrywkowe z muzeami, kinem, kręgielnią itp. - słowem: Piotrkowska umiera, narodziła się Manufaktura). Trochę obawiałam się tego, że albo będzie mało ludzi, albo będą tam przez przypadek - i będzie totalna klapa. Ale chyba muszę mieć więcej wiary w łodzian. Przybyli i się bawili (może nie jakoś szaleńczo, ale było ok.). 

A sam występ? Bogowie, jeszcze bardziej polubiłam tego gościa. Widać było, jak wielką radochę sprawia mu granie. Podczas improwizacji i „przerzucania” się dźwiękami z muzykami Kroke (szacunek, panowie, szacunek) nie krępował się i po prostu rechotał. W jednym z utworów swoje skrzypce elektryczne zamienił w gitarę - wspa-nia-ły dźwięk! Myślę, że widownię ujął nie tylko muzyką, ale i wieloma próbami mówienia po polsku („Łódź ma energy”, „Dobre Polish piwo”) oraz poczuciem humoru. Po tym jak oświadczył, że Kraków, Gdańsk i Łódź to jego ulubione miasta, zagadnął jakąś niewiastę z widowni:

- Are you from Łódź?

- From Frankfurt.

- That’s my favourite city.

- Yea!

- Which Frankfurt? :) 

Po dwóch bisach (a jeden bis to nie był trzy- ale kilkunastominutowy kawałek) oświadczył „If you stay, I’ll stay” - to chyba najpiękniejsza deklaracja gwiazdy, jaką fani mogą usłyszeć. Oczywiście koncert musiał się kiedyś skończyć, ale potem rozdawał autografy do ostatniego chętnego. Najostatniejszego. W deszczu. Wiem, bo razem z córką byłyśmy niemal ostatnie. Bardzo, bardzo kontaktowy facet. Nie tylko podpisywał się na najmarniejszych skrawkach papieru, ale i pozował z ludźmi do zdjęć, z każdym zamienił kilka słów i z każdym robił „żółwika”. Zamierzałam nie myć ramienia i ręki. ;)

 Nigel Kennedy_czerwiec2009

Słucham różnorodnej muzyki. Baaardzo różnorodnej. Ale chyba tylko Nigela mogłabym nazwać Artystą i Mistrzem. I to takim, który miałby pełne prawo sadzić się i natychmiast odlatywać helikopterem z koncertu. Za jego normalność polubiłam go jeszcze bardziej. 

I uwaga na przyszłość: kobieto, jeśli będziesz szła na koncert, weź choć jedną z płyt, by nie prosić ludzi (na szczęście wyrozumiałych) o kartki. Dzięki opatrzności wystarczyło mi rozumu i wzięłam aparat. Zdjęcia z koncertu wyszły średnie, ale obie jesteśmy z tych niskopiennych, więc nie mogłyśmy się przebić przez tłum.

poniedziałek, 22 czerwca 2009
„Titus Andronicus” William Shakespeare

Od kiedy zobaczyłam ekranizację tego dramatu z Anthonym Hopkinsem, zmieniłam zdanie na temat Szekspira. Do owej chwili miałam go za dość nudnawego dramatopisarza, który wprawdzie popełnił coś, co nazywa się Wielką Literaturą, ale z którym nie było mi po drodze. Coś tam mi się podobało, ale bez większych uniesień. Po obejrzeniu filmu stwierdziłam, że Tarantino z tymi swoimi scenariuszami mógłby Szekspirowi co najwyżej pióra ostrzyć.

 Szekspir

O czym mówi „Titus Andronicus”? To opowieść o starym, zasłużonym i szanowanym rzymskim żołnierzu, który wraca po walkach z Gotami razem z czterema synami. Miał ich łącznie dwudziestu pięciu - reszta zginęła w czasie wojen. Przybywa do Rzymu wraz z jeńcami: królową Tamorą, jej czarnoskórym kochankiem i jej synami. Titus, zgodnie z wolą bogów, musi zabić jednego z synów królowej, aby pomścić krew swoich synów. Wydaje rozkaz i tym samym podpisuje wyrok na siebie i swoich bliskich. Bo królowa Tamora wpada w oko cesarzowi rzymskiemu stając się cesarzową. A cesarzowe mają nieograniczone możliwości, zwłaszcza, gdy za kochanka mają bezwzględnego zbira. 

Dalej mamy rzeź, gwałt i okaleczenia. Intryga goni intrygę, knowania idą w ślad za knowaniami. Krew się leje strumieniami. Zabójcy upajają się zemstą, a czasem czynią zło dla samego czynienia zła. Oto słowa sługi i kochanka Tamory, Aarona: 

Tysiące jeszcze gorszych niż te czyny
Mógłbym popełnić, gdybym miał sposobność.
Jeśli uczynek dobry popełniłem
W całym mym życiu, żałuję go szczerze. 

Policzyłam: z jedenastu głównych bohaterów pozostaje na koniec dwóch. 

A wracając do obejrzanej ekranizacji... kupiłam sobie ten film, bo bardzo mi się podobał. Mam go od kilku lat, a nie mam odwagi obejrzeć go ponownie. Historia Lavinii, córki Titusa, to coś, czego nie można oglądać na trzeźwo. 

Harold Bloom, krytyk i wielbiciel Szekspira, pokusił się o taką interpretację tego dzieła: to nie dramat a czarna komedia. Nie można „Titusa” odbierać poważnie, bo jest to utwór zbyt straszny. To komedia, za którą powinien był wziąć się Mel Brooks z jego przaśnym poczuciem humoru. I, kurcze, coś w tym jest. Bo jak na poważnie można traktować kogoś, kogo zachowanie można streścić słowami: „Och, tak wielki ból odczuwam, gdy patrzę na twoje cierpienie, że muszę cię zabić, bo nie mogę znieść tak strasznego widoku” - ciach! 

A poważnie - warto, warto sięgnąć po ten utwór. Mam ochotę na więcej Szekspira!

środa, 17 czerwca 2009
„Astronauci” Stanisław Lem

Nie jestem specem od literatury fantastyczno-naukowej, a zwłaszcza tej, która nacisk kładzie na stronę naukową. Niemniej zwróciłam uwagę na tę książkę ze względu na coś, czym byłam zafascynowana lata temu - mówię o katastrofie tunguskiej. Polecam choćby szybki rzut oka na Wikipedię.

 Po katastrofie

Sama katastrofa rozpalała mą wyobraźnię do granic możliwości. Oczywiście, będąc dzieciakiem, nie wierzyłam w zapewnienia astronomów, fizyków czy innych chemików i nie przyjmowałam wyjaśnień, mówiących o upadku asteroidy czy meteorytu. To musiało być UFO! Pogrzebałam trochę w sieci i okazuje się, że nadal nie ma hipotez, które by mnie przekonywały w stu procentach - ale ja jestem laikiem, więc się nie liczę. Przy czym grono uczonych nadal nie jest zgodne co do tego, co stało się 30 czerwca 1908 roku w tajdze tunguskiej.

 Katastrofa tunguska

I właśnie od tego wydarzenia rozpoczyna się powieść Stanisława Lema. I w dodatku, co nie jest chyba zaskoczeniem, autor poszedł w stronę, która mi wówczas odpowiadała - katastrofę spowodował upadek statku badawczego z innej planety. Po niemal stu latach (czyli parę lat temu ;)) naukowcy odnaleźli w tajdze dziwny zwój, który zawierał informacje wcale nie przeznaczone dla oczu Ziemian. I postanowili zorganizować ekspedycję, która miałaby zapobiec zniszczeniu naszej planety. Aha - możliwa była współpraca międzynarodowa i jednogłośne opowiedzenie się za pokojowym rozwiązaniem sprawy dzięki zwycięstwu komunizmu na świecie. ;) 

W kilku punktach: 

- Naprawdę bardzo zabawne jest czytanie czegoś, co zostało napisane niemal 60 lat temu, a mówi o naszej teraźniejszości - wg Lema człowiek dokonał niezłego postępu w nauce, choć z drugiej strony musi posługiwać się taśmą filmową do rejestracji zdarzeń. Ale nie jest to minus tej książki. 

- Wiem, że dziwnie to zabrzmi, ale ta książka jest niezwykle świeża pod względem formalnym. Chyba przeczytałam za dużo książek, poznałam zbyt wiele schematów i... popadłam w czytelniczą rutynę. I tu z pomocą przychodzą „Astronauci”. Kiedy główny bohater popadł w spore kłopoty, byłam pewna, że rozpocznie się opowieść o samotnym zmaganiu się z przeciwnościami - a tu totalne zaskoczenie!  

- Zdziwiło mnie to, że o nauce (nawet tej fantastycznej) Lem pisał tak ciekawie! Opowieść o polimerach, a zwłaszcza wyjaśnienie idei przestrzeni sferycznej - mistrzostwo świata. A dowodem niech będzie to, że ja i fizyka to dwa różne światy. 

- Ogólnie rzecz biorąc pierwsze 120 stron czyta się ciężko - chyba tylko ambicja i ciekawy dla mnie początek pozwolił mi je przebrnąć. Później jest lepiej, choć nie powiem, że lekko.

Wcześniej przeczytałam „Solaris” i „Kongres futurologiczny”. Teraz „Astronautów”. I stwierdzam, że uprzedzenie względem Lema z lat dziecięcych (spowodowane jakąś beznadziejną czytanką w podstawówce, która wydawała mi się całkowicie pozbawiona śladów logiki) nareszcie odeszło w niebyt. Cieszę się. 

I jeszcze jedno - dzięki ostatniej lekturze niemal rozumiem Philipa K. Dicka, który twierdził, że Lem to cała grupa pisarzy z bloku sowieckiego, gdyż jeden człowiek nie byłby w stanie posiąść takiej wiedzy i pisać tak różnorodne pozycje. Zaskakujesz mnie pan, panie Lem. :) 

Zdjęcia pożyczone stąd

środa, 10 czerwca 2009
„Malowany ptak” Jerzy Kosiński

Jest to opowieść o czarnowłosym i czarnookim chłopcu, którego troskliwi rodzice oddali na wieś, aby tam spokojnie przeżył zawieruchę wojenną. Chłopiec mieszka u różnych ludzi, różne rzeczy widzi (gwałty, morderstwa, spółkowanie ze zwierzętami itp.). Z każdego miejsca musi uciekać, gdyż wszędzie grozi mu niebezpieczeństwo. Spotyka się z niewyobrażalnym okrucieństwem, doświadcza na sobie straszliwego zła. 

Jest to opowieść o procesie dojrzewania świadomości - tak u pojedynczego człowieka, jak i w społeczeństwie na przestrzeni dziejów. Najpierw pojawia się wiara w zabobony, potem nieco magiczna wiara w Boga, następnie zwrócenie się ku złu, by dojść do ateizmu oraz relatywizacji dobra i zła. 

Jest to opowieść o wędrówce przez kręgi piekielne, gdzie z każdą następną stroną książki i z każdą następną napotkaną przez Chłopca osobą czytelnik widzi coraz większe zwyrodnienie. 

Jest to opowieść o nietolerancji, o odrzuceniu tego, co choć jest takie samo, wygląda na inne. A inne jest złe. 

Jest to opowieść o strachu - strachu Chłopca przed wieśniakami, strachu wieśniaków przed czarami, ich strachu przed Niemcami. O strachu, który potrafi jednoczyć. 

Jest to opowieść o reakcji na zło, a właściwie o braku tej reakcji. Nikt nie staje w obronie Chłopca, nikt nie staje w obronie wieśniaków, nikt nie staje w obronie wywożonych do obozów Żydów czy Cyganów. 

Jest to opowieść o zarażeniu się złem. Ludzie doświadczywszy zła nie potrafią uciec przed jego piętnem. Zmienia się ich system wartości. Czy można ich potępić za to, że zostali zarażeni? 

„Malowany ptak” przypomina mi książki markiza de Sade. U markiza uciekające cnotliwe dziewczątka wpadają w ręce coraz bardziej zwyrodniałych oprawców. Uciekając, zawsze mają nadzieję, że schronienie znajdą w napotkanej chatce, w której mieszka miła staruszka (okazująca się później stręczycielką) lub w pobliskim klasztorze (gdzie braciszkowie prześcigają się w perwersji). Tutaj uciekający Chłopiec nie jest naiwny, nie oczekuje cudu. Nie broni cnoty, lecz życia. I wie, że aby przeżyć, musi przestać się wyróżniać. Również w sferze moralnej. 

Bardzo „bolała” mnie ta książka.

Jerzy Kosiński

Zdjęcie: Krzysztof Gierłatowski


Na końcu książki pojawiają się Uwagi Autora. Oto kilka z nich.
 

O Innym słowami Millera: 

W „Incydencie w Vichy” Arthur Miller [pisze]:

[...] Częścią wiedzy o tym, kim się jest, jest wiedza o tym, kim się nie jest. Żyd to jedynie nazwa, jaką nadajemy obcemu, agonii, której nie czujemy, śmierci, na którą patrzymy jak na chłodną abstrakcję. Każdy ma swojego Żyda; jest nim ten drugi. Żydzi również mają swoich Żydów. Teraz, zwłaszcza teraz, musi pan zrozumieć, że choć jest pan porządnym człowiekiem, też ma pan swojego Żyda - kogoś, czyja śmierć przynosi ulgę, że się nim nie jest. I dlatego właśnie nic nie ma i nic nie będzie, dopóki nie uświadomi pan sobie swojego w tym udziału... swojego własnego człowieczeństwa. 

O bohaterach - tu już mówi sam Kosiński: 

Wystarczy to, że nie zabijają Chłopca, aby uznać wszystkich dorosłych występujących w książce za bohaterów pozytywnych. W czasach, kiedy życie ludzkie często nie posiadało tej wartości co kula, która mogła je przerwać, fakt, że samotny chłopiec, uważany za Żyda lub Cygana, zdołał przetrwać wojną, jest niewątpliwie wyjątkowy. Setki tysięcy dzieci ginęły w gettach, w bombardowanych miastach, w obozach koncentracyjnych. Umierały z głodu, z chorób, w wyniku przemocy. [...] Tymczasem dorośli spotykani przez Chłopca przyczynili się do przetrwania przez niego wojny, i to mimo że cały czas przebywał wśród obcych, którym groziła śmierć za udzielenie mu schronienia lub jakiejkolwiek pomocy. Z kolei Niemcy mieli służbowy obowiązek zabijania wszystkich podejrzanych osób. Oni również narażali życie, jeśli zaniedbywali obowiązki.

[...] Książka ma jednak także negatywnego bohatera.

Jest nim Chłopiec.

Ze wszystkich postaci on jeden nienawidzi świadomie, ciągle i płomiennie; pragnie odpłacać nienawiścią za wszystko, co przydarzyło mu się na tym świecie. 

I z pozoru nie na temat - o interpretacji 

Po zaprezentowaniu książki odbiorcom autor staje się jednym z wielu czytelników własnego utworu, a jego ocena jest po prostu kolejną subiektywną oceną, ani bardziej wnikliwą, ani bardziej płytką niż ocena innych czytelników. „Jeśli chodzi o dosłowną interpretację - oświadczył Paul Valery - [...] nie ma prawdziwego znaczenia tekstu. Autor nie jest żadnym autorytetem. Bez względu na to, co chciał napisać, napisał, co napisał. Wydrukowany tekst stanowi narzędzie, którym każdy może się posługiwać zgodnie ze swoją wolą i umiejętnościami: nigdzie nie jest powiedziane, że jego twórca potrafi robić z niego lepszy użytek od innych”. 

Zdecydowanie się zgadzam z powyższym poglądem na interpretację dzieła. Czytelnik/widz staje się współtwórcą, a nie jedynie odbiorcą. I dlatego pozwolę sobie nie zgodzić się z interpretacją Autora na temat pozytywnych i negatywnych bohaterów jego książki. Pozwolę sobie na jeszcze jeden krok w interpretacji i powiem, że moim zdaniem była to jego obrona przed zarzutem antypolskości tej powieści.

poniedziałek, 08 czerwca 2009
„Ostatni patrol” Siergiej Łukjanienko

Tym razem Łukjanienko zabiera czytelników do Szkocji i Uzbekistanu. Zachód Europy i głęboka Azja - inny sposób myślenia, inne podejście do swych ról, a nawet do wrogów. Czy Jasny Heser może mieć innego prawdziwego wroga oprócz Ciemnego Zawulona? Wroga pośród Wielkich Jasnych? Może, może... Bo życie Innych aż tak bardzo nie różni się od życia ludzi - no, może Inni mają nieco więcej możliwości i wspomagaczy. Ale emocje pozostają podobne. A wrogość i niechęć nie są zarezerwowane jedynie dla Ciemnych. Czy jest coś, co potrafi skłonić do połączenia sił Jasnych, Ciemnych i Inkwizycji?  

Bardzo ożywczo podziałało na książkę częściowe przeniesienie jej akcji do Azji. Bardzo mi to odpowiadało.

 Ostatni patrol

 

I fragmencik dla wielbicieli ekranizacji pierwszej części: 

- Posłuchaj, co mi się dziś śniło - powiedział Siemion, wjeżdżając na parking. - Jadę po Moskwie jakąś zdezelowaną ciężarówką, obok mnie ktoś z naszych, i nagle widzę, że na drodze stoi Zawulon, ubrany jak bezdomny żul. Dodaję gazu i próbuję go przejechać, a on - ciach! Stawia barierę, nas podrzuca w powietrze, robimy salto, przeskakujemy Zawulona i jedziemy dalej. 

I to już koniec serii o Antonie Gorodeckim. Będę tęsknić. ;)

Jedna uwaga edytorska. Czy wydawnictwo zakłada, że jeśli czytelnik kupił pierwszą, drugą i trzecią część, to na pewno kupi czwartą i w związku z tym nie ma powodu, by przyłożyć się do korekty? Zbyt dużo było błędów, by nie przeszkadzały. Szkoda, naprawdę szkoda, bo to świetna seria, świetne okładki i fajnie przetłumaczona. 

Aaa... czy ktoś zna się na muzyce rosyjskiej? Czy cytowane przez Łukjanienkę teksty piosenek wiodą swój żywot od wielu lat, czy może powstały pod wpływem jego wcześniejszych Patroli?

piątek, 05 czerwca 2009
Biblioteka - podejście nr 1

Kiedy byłam mała, a potem jako studentka, miałam takie marzenie: wejść do księgarni i kupić to, na co mam ochotę, nie patrzeć na cenę, tylko brać. Od chwili gdy stałam się niezależna finansowo, właśnie tak się zachowuję. Pewnie działa to na zasadzie rekompensaty - niespełnione w dzieciństwie pragnienia przekształcają się w kompulsywny konsumpcjonizm. ;) Ale żeby nie było tak różowo... To, że stać mnie na książki, nie znaczy, że stać mnie na ogromny dom, w którym te książki mogą mieszkać. Poza tym zauważyłam, że w szale zakupów nabywam pozycje, które i owszem czytam, ale do których na pewno nie wrócę.  

I w ten sposób dojrzałam do tego, by zapisać się do biblioteki... 

Czaiłam się dość długo, ale wreszcie dotarłam. Poszłam tam z córką. Weszłyśmy do budynku, w którym od lat mieści się Bibliotek Dzielnicowa i w której ostatni raz byłam jakieś 15 lat temu. Weszłam i przyrzekam - po sekundzie odwróciłam się, żeby uciec. Ale moje zachwycone dziecko już wchodziło między regały. Nie miałam wyjścia. Wzięłam głęboki oddech i podeszłam do pani bibliotekarki, mówiąc, że chcę się zapisać. Gdybym była sama, nie sądzę, bym odważyła się na ten krok. 

Czy biblioteka się zmieniła? I tak, i nie. Zmieniła się w tym sensie, że zlikwidowano pomieszczenie dziecięco-młodzieżowe! Może są jakieś wydzielone półki, ale odrębnego miejsca dla dzieciaków brak. :/ Nie zmienił się księgozbiór. :/ Nowości nie widziałam. Pocieszam się tylko tym, że jestem nowa i nie znam tych wszystkich mechanizmów: „Jeszcze tylko pani Halinka i pan Mietek przeczytają pozycję X i rezerwuję ją dla pani”. Naprawdę mam nadzieję, że tak jest, że są jakieś nowości, a nie tylko klasyka (choć też z dziurami - Austenowej widziałam tylko „Rozważną i romantyczną” i „Emmę”). Najnowszą książką, jaką widziałam, była „Pianistka” Jelinkowej. 

Ogólnie rzecz ujmując byłam zdruzgotana - nie przesadzam. Nie pamiętam, by kiedykolwiek tak przygnębiająco podziałał na mnie widok książek. Prawie nic się nie zmieniło od 15-20 lat. O! Przybył komputer. A jedyny pozytywny akcent to przesympatyczna pani bibliotekarka!  

Kto odpowiada za doposażanie bibliotek miejskich? 

Wzięłam:

1. „Rzeźnię nr 5” - czytałam, ale chyba mam ochotę na powtórkę.

2. „Malowanego ptaka”.

3. „Astronautów” Lema - to już dla córci. 

Gdy wyszłyśmy, obśmiałyśmy się jak norki (takie norki, co potrafią się śmiać przez łzy), bo idąc do biblioteki zastanawiałyśmy się, czy będzie nowy Pratchett. Ha, ha!  

Dobra, zobaczymy, co będzie dalej.

czwartek, 04 czerwca 2009
„Patrol zmroku” Siergiej Łukjanienko

A co jeśli za miesiąc będę przebywać już w krainie wiecznych łowów? Jeśli odejdę z tego świata nie zaznawszy wszystkiego (a przynajmniej części) tego, czego pragnęłam? Co będzie jeśli zatruję się grzybami lub utopię w wannie i nie zdołam poznać dalszego ciągu „Patroli?” Tak, tak, do takich egzystencjalnych pytań zmusza mnie Łukjanienko. ;) Zamiast sobie dozować przyjemności tym razem bez ociągania rzuciłam się na „Patrol zmroku”.

 Partol zmroku

I znów się nie zawiodłam. W notce na temat „Patrolu dziennego” pisałam, że drażni mnie Swietłana swoją niuniowatością. I okazuje się, że jak człowiek czegoś bardzo chce, to ma. A ja dostałam Swietłanę, która wycofała się z pracy w Patrolu, zajęła się wychowywaniem córki i... nabrała babeczka charakteru! Jest naprawdę silną i pewną siebie kobietą. Straciła mimozowatość i zyskała (w moich oczach) Siłę. I choć oficjalnie nie pracuje dla Jasnych, to stanowi ogromną podporę. Polubiłam niewiastę. 

Anton - no nareszcie mam swojego bohatera w pełnym wymiarze powieści! Bardzo odpowiada mi ta postać - wcale nie kryształowa, potrafiąca myśleć, nie bojąca się stawiać trudnych pytań i posiadająca wątpliwości. Człowiek. Na przekór wszystkiemu, człowiek. 

Kostia - i co ja poradzę na to, że lubię „czarne” charaktery? Poza tym, czy on naprawdę jest postacią negatywną? Choć przy Kostii Zawulon stracił na wyrazistości. Ale liczę na niego w ostatniej części serii. ;) 

U Łukjanienki lubię nieprzewidywalność. Gdy już myślę, że poznałam jego sztuczki, gdy już czuję, że weszłam na tyle w jego świat, że jestem w stanie przewidzieć kolejne posunięcia czy schematy, doznaję miłego zaskoczenia: nie udało mi się rozgryźć zagadki przed czasem.

wtorek, 02 czerwca 2009
„Perswazje” Jane Austen

I znów książka o tym, co wypada, a co nie. Pan A nie został przedstawiony, a panna B popatrzyła zbyt długo na pana C, co nie uszło uwadze pani D i jej córce E. Ekwipaż kapitana F nie jest tak wystawny jak ekwipaż lady G, a państwo H miesiące zimowe spędzają u wód. Ale co tam! Lubię panią Austen.

 Perswazje

Tym razem spotykamy niemłodą już osóbkę (mającą 28 lat!), która pod wpływem perswazji przyjaciółki swej nieżyjącej matki kilka lat wcześniej (będąc jeszcze świeżej urody) odrzuciła miłość swego życia, kapitana Wentwortha. Owa przyjaciółka, dbająca o odpowiednie zabezpieczenie finansowe i pożądane tytuły dziewczyny, nakłoniła całkiem myślącą i dość niezależną Anne Elliot do zerwania zaręczyn z niezbyt rokującym marynarzem. Lecz choć minęło osiem lat serce Anne szybciej zabiło na wieść o tym, że dzierżawcami majątku jej rodziny będzie siostra owego kapitana oraz jej mąż. Państwo Croft zjeżdżają do posiadłości, a w okolicy zaczyna się kręcić przystojny i już wystarczająco bogaty młodzian. 

Nie bardzo podobał mi się dość nachalny sposób nawiązywania do tytułu - a to ktoś uległ perswazjom, a ktoś komuś coś wyperswadował, ewentualnie ktoś komuś nie uległ. Było to ciut łopatologiczne. Tak jak w „Dumie i uprzedzeniu” - on niesłuchanie dumny, słynął z dumy i dumnie przeszedł przez salę, a ona uprzedzająco uprzedzona. 

Natomiast bardzo podobały mi się pomysły na postacie. Może trochę przerysowane (jeśli Mary ma być najbardziej egoistyczną siostrą, to będzie nią aż do przesady), ale bardzo barwne - nie sposób pomylić jednej osoby z drugą.  

„Perswazje” to dopiero druga książka pani Austen, którą przeczytałam, ale pokuszę się o stwierdzenie, że te jej główne bohaterki to straszne materialistki. Tutaj Anne cieszy się, że kapitan dorobił się majątku, bo dopiero teraz będzie mogła go poślubić, tam Elizabeth zaczyna cieplej myśleć o panu Darcy dopiero w chwili ujrzenia jego ogromnej posiadłości. A potem się dziwić, że babeczki postrzegane są jako te, którym zależy tylko na kasie! ;) 

Zastanawiam się nad odbiorem twórczości tej autorki pośród czytelników płci męskiej. W ogóle są tacy? Na ile prawdziwi wydają im się bohaterowie. Bo nawet ja, będąc kobietą, jakoś nie mogę uwierzyć w ośmioletnie oddanie kapitana, w to, że nieustannie myślał o Anne i jej pragnął. A może taka cyniczka ze mnie? ;)