Nie będzie tu recenzji, ale raczej opis wrażeń, jakie wiążą się z przeczytanymi książkami. Ku pamięci. Mojej pamięci.
RSS
niedziela, 31 maja 2009
„Mieszczanin szlachcicem” Molier

Być może moje ambiwalentne uczucia względem tej sztuki wypływają z tego, iż czytałam to jako „wydanie z opracowaniem” - takim opracowaniem lektury szkolnej z dopiskami w stylu „Pan Jourdain - prymitywizm”, „Pan Jourdain - prostactwo”, „Pan Jourdain - próżność naiwność”. Ale do rzeczy...

 Mieszczanin szlachcicem

Przede wszystkim jak przez mgłę pamiętam rewelacyjnego Bogumiła Kobielę w roli Pana Jourdaina i niezapomnianą rozmowę Nauczyciela filozofii i Pana Jourdaina, który chce napisać liścik do damy: 

Nauczyciel filozofii

Chce pan napisać wierszem? 

Pan Jourdain

Nie, nie; nie chcę wierszy. 

Nauczyciel filozofii

Wolisz zatem prozą? 

Pan Jourdain

Nie, nie; ani wierszem, ani prozą. 

Nauczyciel filozofii

Musi być albo jedno, albo drugie. 

Pan Jourdain

Czemu?

Nauczyciel filozofii

Z tej przyczyny, iż dla wyrażenia myśli posiadamy jedynie wiersz lub prozę. 

Pan Jourdain

Tylko wiersz lub prozę? 

Nauczyciel filozofii

Tak, panie. Wszystko co nie jest prozą, jest wierszem, a wszystko co nie jest wierszem, jest prozą. 

Pan Jourdain

A tak jak się mówi, to co jest takiego? 

Nauczyciel filozofii

To proza. 

Pan Jourdain

Jak to? Więc kiedy mówię: „Michasiu, podaj mi pantofle i przynieś krymkę”, to jest proza? 

Nauczyciel filozofii

Tak, panie. 

Pan Jourdain

Daję słowo, zatem ja już przeszło czterdzieści lat mówię prozą, nie mając o tym żadnego pojęcia! Jestem panu najszczerzej obowiązany, żeś mnie pouczył. 

Tak, Kobiela ubawił mnie do łez. A nawet teraz czytając „Mieszczanina” całkiem nieźle się bawiłam. Niemniej cała wymowa tej sztuki nie podoba mi się. Jak wspomniałam, może było to spowodowane tymi dopiskami, które natarczywie podkreślały, jak komiczną i negatywną postacią jest Pan Jourdain. 

Molier pisał „Mieszczanina” (i nie tylko) na zamówienie króla Ludwika XIV (plusy czytania książki z opracowaniem ;)). W swoich utworach często ośmieszał przeciwników króla, zyskując w zamian przywileje i pieniądze. A czego władcy nie lubią? Nie lubią zagrożenia w postaci np. zmian społecznych - jeśli mają władzę, to wolą zachować status quo, prawda? A cóż my mamy w „Mieszczaninie”? Człowieka, który chce awansu społecznego - nie chce już być mieszczaninem, ale szlachcicem. Ma wystarczająco dużo pieniędzy, by zapłacić ludziom za to, by nauczyli go ogłady. I w tym tkwi cała jego wina. I za to należy go ośmieszyć. 

Przyjrzyjmy się Panu Jourdain. Jest nieporadny, nie wie, co jest modne, nie wie, jak należy się kłaniać, nie potrafi tańczyć, nie zna się na muzyce i fechtunku. Ale co robi? CHCE się tego wszystkiego NAUCZYĆ. Nie chce zapłacić za tytuł (nie ma o tym mowy w utworze), ale - pokusiłabym się o stwierdzenie - jest ambitny i chce się zmienić. Oczywiście, że jest śmieszny w swoich usiłowaniach i nie jest krystaliczną postacią (na pochwałę nie zasługuje wypieranie się zawodu swego ojca ani też próba niedopuszczenia do ślubu swej córki z jej ukochanym, który szlachcicem nie jest). Ale jest to człowiek, który marzy o tym, by być lepszy - chce się ładnie wysławiać, chce znać się na muzyce. 

W moich oczach zdecydowanie negatywnymi osobami są Nauczyciel muzyki i Nauczyciel tańca - wyśmiewają biedaka, żerują na jego niewiedzy, ale jego kasy jakoś się nie brzydzą. Podobnie jak szlachcic, który wydaje pieniądze Jourdaina i jednocześnie świetnie się bawi, widząc jak ten bardzo chce być takim, jak on. Ech... 

Czy postawa Jourdaina jest naganna? Nie! Bez takich postaci nie mógłby dokonać się żaden postęp. Małpa awangardzistka bałaby się zejść z drzewa w obawie przed innymi małpami, naukowiec z epoki kamienia łupanego nie chciałby kombinować z żelazem, a sufrażystki siedziałyby na tyłku w domu, bo przecież w swych pragnieniach były taaaaakie śmieszne! Itd. itp. A przekładając to na czasy bardziej współczesne... Jakiż śmieszny musiał wydawać się mój dziadek, który po wojnie jako dorosły mężczyzna kończył podstawówkę, bo przed wojną mieszkał na wsi, gdzie mógł ukończyć co najwyżej czwartą klasę. A czy my nie jesteśmy śmieszni i nieporadni w jakichś aspektach? Ja na pewno.

Aha - jeśli na tę notkę trafił ktoś, kto ma przed sobą ezgaminy gimnazjalne czy maturalne, niech uważa, bo to co pisałam, to absolutna herezja! Pan Jourdain ma być prostacki, prymitywny i głupi.

środa, 27 maja 2009
„Królewskie skandale” Michael Farquhar

Podtytuł tej książki precyzuje, co w niej znajdziemy: „Szokująco prawdziwe opowieści o najnikczemniejszych, najdziwaczniejszych i najbardziej rozwiązłych królach, królowych, carach i cesarzach”. Skojarzyło mi się to trochę z tytułami w różnych szmatławcach: „Szokujące wyznania kobiety, która widziała Edytę G. w mięsnym!”. Sama konstrukcja tej książki przypominała mi formą tego typu rewelacje - lekko napisane, skandalizujące, przedstawiające tylko to, co ciekawe, a nie szeroki kontekst. Ale nie jest to zarzut! Przeciwnie - trzeba mieć dar, by o poważnych rzeczach pisać z taką swadą. Bo znajdziemy tu nie tylko wzmianki o preferencjach seksualnych głów państw, ale i opowieści o morderstwach, torturach, bezczeszczeniu zwłok itp. A wszystko to z udziałem osób znanych nam z kart historii.

 Królewskie skandale

I kilka refleksji... 

1. Może za mało znam historię Polski i o czymś nie wiem, ale nasi królowie i możnowładcy to potulne baranki w porównaniu z kolegami po fachu z Wysp. Zawód „król” swego czasu był chyba najbardziej niebezpiecznym zawodem świata, który wymagał zimnej krwi i gotowości jej przelania (nie, nie na polu walki, ale w walce o władzę). Chociaż nie - najbardziej wymagający zawód to „pretendent do tronu”.  

2. Do tej pory w mojej świadomości Henryk VIII jawił się jako najbardziej niechlubna postać w historii Anglii. Lecz po pierwsze, nie był on najgorszy (oj, zdecydowanie nie!), a po drugie, ta wymiana żon służyła szlachetnym celom! Biedaczek chciał zakończyć krwawe walki o tron. 

3. Gdyby zapytać przeciętnego zjadacza chleba, czy cesarz Klaudiusz był w miarę dobrym władcą, jestem pewna, że większość powiedziałaby, że tak. Łącznie ze mną. A to zapewne z powodu książki (muszę ją w końcu przeczytać!) i serialu BBC „Ja, Klaudiusz”. Ot, siła pióra. A co się okazuje? Że może i rzeczywiście Klaudiusz nie był największym potworem świata starożytnego, ale znów nie tak bardzo odstawał od Neronów i innych Kaligulów. Trochę tak, ale wzorem dobroci to on nie był. 

4. Rasputin... Nie było w książce niczego, czego bym nie wiedziała, ale ZAWSZE ogromne wrażenie robi na mnie ta postać. A zwłaszcza zamach na jego życie. Zwykle daleka jestem od szafowania terminami pochodnymi od diabła, ale ten facet musiał mieć jakiś związek z siłami nieczystymi. 

5. I najciekawsze na koniec. Nie urodziłam się wczoraj, co nieco wiem na temat historii kościoła katolickiego, ale rozdział poświecony papieżom przeszedł wszelkie me oczekiwania. Może dlatego, że ich działania bardziej niż w przypadku władców świeckich dotykały zwykłych ludzi i wolności  ich sumienia? „Jedna trzecia papieży, którzy wstąpili na stolicę Piotrową pomiędzy 872 a 1012 rokiem, zmarła śmiercią gwałtowną, czasami z ręki innych papieży. Jeszcze innych z powodu nieprawości usunięto z urzędu i musieli uciekać z Rzymu” - to tylko suche informacje. Szczegóły są bardziej pikantne. 

I zadanie na przyszłość: sprawdzić: „synod trupi”, papieża Stefana VI, Innocentego III („zabić wszystkich, Pan zatroszczy się o swoich”), Grzegorza IX, Innocentego IV i „Księgę umarłych” (poradnik dla inkwizytorów), Pawła IV (prekursora nazistów).

wtorek, 26 maja 2009
„Dzienny patrol” Siergiej Łukjanienko, Władimir Wasiliew

Kiedy mam paczkę Haribo na swój wyłączny użytek, najpierw zżeram połowę, a potem powoli się nimi delektuję, zostawiając co nieco na później. I podobnie mam z panem Łukjanienko - nie chcę pochłonąć wszystkiego od razu, jakbym obawiała się, że później mogę mieć problemy ze znalezieniem równie dobrej rozrywki. I tak sobie wydzielam co jakiś czas po jednej książce tego autora.

 Dzienny patrol

Znawcom nie trzeba mówić, że „Dzienny partol” stanowi kontynuację „Nocnego patrolu”. Tym razem widzimy walkę Dobra ze Złem z innej perspektywy: tych „złych”. Już w pierwszej części pojawiają się wątpliwości co do tego, czy Dobro jest krystalicznie czyste. Teraz czytelnik lepiej poznaje motywy, jakimi kieruje się Zawulon i jego świta, co nie znaczy, że momentalnie staje po stronie Zła. Całe szczęście, że Łukjanienko nie „przechodzi” na drugą stronę barykady, lecz opisuje zmagania dwóch stron z mniej więcej jednakowym obiektywizmem, zaledwie nieco przesuwając punkt ciężkości swojej sympatii ku Patrolowi Nocnemu. 

Mimo że tak nakazywała forma tej części, to jednak bardzo mi brakowało mojego ulubionego bohatera, Antona, który choć odgrywał ważną rolę, nie znajdował się w centrum powieści. Tak bardzo mi go brakowało, że ponownie obejrzałam sobie „Straż nocną”. A za chwilę sięgnę po „Straż dzienną”. :) 

Aha, zdałam sobie sprawę, że oprócz Antona bardzo lubię Zawulona. Swietłana jest dla mnie tak bezbarwną niunią, że absolutnie nie traktuję jej jako Wielkiej Czarodziejki. Heser zbytnio ją promuje. ;)

środa, 20 maja 2009
„Lekcje pana Kuki” Radek Knapp

Nie wiem skąd mi się to wzięło, ale od kilku lat gdzieś tam tłukł mi się ten tytuł po głowie. I wreszcie wpadła mi w ręce ta dość niepozorna książeczka.

 Lekcje pana Kuki

Jest to opowieść o dwudziestoletnim Waldemarze, który postanawia jechać na Zachód, by zobaczyć kawałek świata i przy okazji coś może zarobić. Aby zdobyć kilka cennych porad, udaje się do swego sąsiada, pana Kuki - który niejedno widział, niejedno przeżył i za flaszkę wódki jest w stanie podzielić się tą wiedzą. Pełen ideałów Waldemar wsiada do rozwalającego się autobusu i jedzie do Wiednia. Już w podróży absolutnie nie przystaje do towarzystwa: wszyscy coś przewożą, ukrywają, przemycają. Tylko on jeden jako ta niewinna lelija z szeroko otwartymi oczami chłonie inny świat. A ten świat okazuje się wcale nie aż tak inny, zwłaszcza, że pełno w nim całkiem zwyczajnych rodaków. 

Plusy:

- fajny, plastyczny język,

- świetne pokazanie zderzenia idealistycznego obrazu tzw. Zachodu z tym, co Waldemar tam zobaczył i przeżył,

- bardzo przyjemny bohater, który ani nie zgorzkniał (a mógł), ani nie zachłysnął się Zachodem i nie popadł w euforię (a też mógł); wydoroślał, ale nie stracił młodzieńczego zachwytu i pewnej czystości. 

Uwierzyłam w tę historię. 

Jeśli ktoś kilka, kilkanaście lat temu podczas wojaży spotkał się ze spojrzeniami pełnymi politowania, że nie wziął na sprzedaż polskiej wódki/kryształów/czy czego tam jeszcze, zdecydowanie powinien sięgnąć po tę książkę. Zabawna, ale nie lekka. Ironiczna, ale nie zgorzkniała. Podobała mi się.

środa, 13 maja 2009
„Świadectwo prawdy” Jodi Picoult

Na farmie amiszów znaleziono martwego noworodka. Najbardziej podejrzana jest osiemnastoletnia Katie Fisher, która krwawi i nie wygląda najlepiej, ale ta wypiera się, by urodziła jakiekolwiek dziecko, nie mówiąc już o zamordowaniu go. Przecież jest amiszką, nie ma męża, więc nie mogła być w ciąży. Niemniej badania potwierdzają, że dziewczyna niedawno rodziła. Obrony podejmuje się nieco rozczarowana swą pracą adwokatka, która jest daleką krewną dziewczyny. Warto dodać, że amisze prowadzą bardzo prosty tryb życia, nie korzystają z udogodnień cywilizacyjnych i ogólnie rzecz biorąc nie kłamią, nie zabijają i wiodą cnotliwe życie.

 Swiadectwo prawdy

To tak w dużym skrócie. 

Z jednej strony książkę pochłonęłam w szybkim tempie, a z drugiej nie miałam problemu z odłożeniem jej w zapewne najbardziej emocjonującym momencie rozprawy sądowej. Ale chyba dostrzegłam więcej minusów niż plusów. 

Minusy:

- Czy to kryminał? Jeśli tak, to dość słaby, bo po kilkudziesięciu stronach domyślałam się, jak się rzecz potoczyła, a zapewniam, że Sherlockiem Holmesem to ja nie jestem.

- Może to powieść obyczajowa? Wówczas byłoby za dużo wątku sądowo-prawniczego.

- Bohaterki - bo ani sprawca ciąży, ani ojciec, ani brat, ani nikt inny nie zasłużyłby na miano bohatera tej powieści - są moim zdaniem nudne i nieprzekonujące.  

No bo kogo tu mamy? 

Katie - oskarżoną dziewczynę, która nie zdaje sobie sprawy z konsekwencji tego, że może być skazana za morderstwo pierwszego stopnia, czyli trafić dożywotno do więzienia. Ja rozumiem, że tego typu społeczność może nie orientować się w tym, jak działa system sądowniczy itp., ale pani adwokat dość obrazowo wyjaśniła to oskarżonej, pokazała więzienie. A ona co? A ona nic. Nie ułatwia sprawy. Bardzo denerwujące dziewczę. 

Ellie Hathaway - wielce szanowaną, uznaną i inteligentną panią adwokat, która w połowie książki doznaje objawienia: przecież Katie nie może kłamać, bo jest amiszką! Hm... Nie będę tego komentować. Kiedy jednak życie osobiste pani adwokat zaczyna się komplikować (stara miłość) i zaczyna widywać ducha dziewczynki, zupełnie straciłam do niej serce i poczułam się, jakbym znalazła się w środku jakiejś opery mydlanej. 

Zakończenie absolutnie mnie nie zaskoczyło. A ja lubię być zaskakiwana. 

Były też pozytywne strony tej książki. Więcej dowiedziałam się na temat amiszów, o których mało się mówi. Szkoda, że nie zostało powiedziane więcej o systemie ich wierzeń, a skupiono się wyłącznie na życiu zewnętrznym. Ale dobre i to.  

A tak przy okazji przyszła mi do głowy pewna myśl... Całe clou książki opiera się na tym, że amisz nie mógł popełnić zbrodni, ponieważ jest amiszem, a system wartości tej grupy religijnej zabrania wszelkiej agresji, nakazuje wybaczać błędy itp. I tak sobie pomyślałam, jak fajnie by było, gdyby można było to samo powiedzieć np. o katolikach. Ta pani nie mogła dokonać aborcji, ponieważ jest katoliczką, a katolicy przestrzegają przykazania „nie zabijaj”. Albo ten pan nie może być oskarżony o próbę zamachu terrorystycznego w autobusie wypełnionym Żydami, ponieważ jest muzułmaninem, a Koran nakazuje kochać Żydów i chrześcijan. Tak, świat byłby prostszy. 

Wracając do autorki... Spotkałam się z wieloma pozytywnymi komentarzami na jej temat. I oczekiwałam naprawdę wiele. A książka okazała się zwykłym czytadłem. Raczej nie sięgnę po jej kolejną książkę. A jeśli jednak, to tylko po to, by dać jej drugą szansę.

Koniec wyzwania historycznego

Nigdy nie cierpiałam na nadmiar czasu, ale żeby nie mieć czasu nawet na napisanie podsumowania? Ech... 

Starożytność - miał być „Ja, Klaudiusz”, a przeczytałam „Kritona” i „Obronę Sokratesa”. Biedny Klaudiusz. Znów się nie doczekał. Jako ten Jaś. 

Średniowiecze - miał być „Baudolino” i był! Zdecydowanie największy sukces czytelniczy tego wyzwania. 

Wiek XVII - udało mi się przeczytać planowanego „Samotnika z ulicy Rosengracht”. 

Oświecenie - miał być „Mason i Dixon” Pynchona, a się nie udało. 

Wiek XIX - „Szkarłatny płatek i biały”. Tak! 

Wiek XX - „Dżuma w Breslau”. Też się udało.  

Nie do końca jestem zadowolona z siebie, bo nie przeczytałam „Klaudiusza” i Pynchona. Ale ostatecznie udało mi się przeczytać pięć książek z pięciu epok.  

Spośród lektur uczestników wyzwania powybierałam już kilka pozycji. Dzięki za inspirację!