Nie będzie tu recenzji, ale raczej opis wrażeń, jakie wiążą się z przeczytanymi książkami. Ku pamięci. Mojej pamięci.
RSS
środa, 29 kwietnia 2009
„Baudolino” Umberto Eco

Kolejny raz dochodzę do wniosku, że książki Eco najwięcej przyjemności mogą sprawić osobom, które mają wiedzę z tematyki poruszanej przez autora. „Imię róży” przeczytałam niemal zaraz po egzaminie z filozofii średniowiecznej - i była to przednia zabawa! Potrafiłam dostrzec niuanse niedostrzegalne dla profana. ;) I naprawdę doceniłam ogrom wiedzy autora. 

Potem sięgnęłam po „Tajemniczy płomień królowej Loany” i poległam. Faszystowskie Włochy to jednak nie moja dziedzina. Zapewne i tam Eco przemycał różne aluzje, bawił się z czytelnikiem, zostawiał ślady przeznaczone jedynie dla wtajemniczonych. Niestety, ja do nich nie należałam. I choć niezmiernie rzadko odkładam książkę nie doczytawszy jej do końca, tym razem byłam zmuszona to uczynić. 

Następne było „Wahadło Foucaulta”. I tu znów odnalazłam się w temacie, bo templariusze, różokrzyżowcy, spiski to coś, co lubię. Na pewno nie mam olbrzymiej wiedzy w tym zakresie, niemniej trochę lektur popełniłam (począwszy od... proszę się nie śmiać... „Pana Samochodzika i templariuszy”, który rozpaliły we mnie tego typu zainteresowania :)). 

I wreszcie dochodzę do „Baudolino”. Bardzo żałowałam, że postać Fryderyka I Barbarossy nie była mi dobrze znana. Żałowałam, że nie pamiętałam dokładnie podłoża i przebiegu krucjat (przynajmniej trzeciej i czwartej), a także konfliktu cesarza z papieżem. Coś tam mi świtało, coś sobie przypominałam, ale nie na tyle, by wiedzieć, w którym miejscu Eco przytacza fakty, a w którym puszcza oko do czytelnika. Oczywiście były takie miejsca, gdzie można było się tego domyśleć, niemniej uważam, że nie byłam przygotowana do lektury tego opasłego tomiszcza i przez to nie jestem w stanie w pełni go docenić.

 Baudolino

Ale nie znaczy to, że książka mi się nie podobała! Przeciwnie. Zyskałam wiedzę - poznałam legendę o księdzu Janie, która musiała być dość popularna w średniowieczu. Poznałam niezmiernie ciekawe mechanizmy produkcji relikwii (na przykładzie Trzech Króli oraz, czego pan Eco nie mówi bezpośrednio, ale czego można się domyślić, całunu turyńskiego :)). Zresztą... spróbuję nieco usystematyzować moje przemyślenia: 

Treść: Młody, inteligentny, bystry (lecz nie przebiegły) chłopak trafia na dwór cesarza Fryderyka Barbarossy, którego traktuje jak przybranego ojca. Ta miłość i przywiązanie są odwzajemnione, bo Fryderyk kocha Baudolino jak swego syna (a nawet bardziej), ufa mu bezgranicznie, a nawet zasięga u niego rad. Właśnie na dworze cesarza chłopak po raz pierwszy słyszy o legendarnym królestwie księdza Jana, które pobudza jego wyobraźnię do tego stopnia, że postanawia je zbadać, wyruszyć na jego poszukiwanie (w takiej właśnie kolejności) i namawia do tego Fryderyka. W międzyczasie poznaje kilku kompanów, którzy będą mu służyć pomysłami i towarzyszyć. A czymże jest owo królestwo? To kraina położona gdzieś w Indiach, w której panuje ksiądz Jan, który jest tak bogobojny i skromny, że należy go tytułować per „ksiądz”, a nie per „król”. 

Forma: Książka zaczyna się mocnym uderzeniem. Najpierw czytelnik musi przedrzeć się przez mieszankę łaciny, staropolszczyzny i języka niemieckiego. I tak przez niemal dziesięć stron. Próbka? 

Ratispona Anno Dommini Domini mense decembri mclv kronica Baudolini cognomentum de Aulario

ia Badolino syn Galiauda z Aulario o głowie gdyby lew alleluia składam Panu dank y oby mi przepóścił

ia to dokonałem babeo facto złodziejstwo nawięcsze w mym żywocie to iest z puzdra biskupa Otona przywziąłem sobie siła kart... 

Było ciężko, a nie można było tego ominąć. Ale w okolicach piątej strony coraz łatwiej było zrozumieć pierwsze próby spisania przez Baudolino swojej historii. 

Fikcja a prawda: To, co najbardziej uderza podczas lektury, to łatwość z jaką to, co pomyślane, staje się realne. Kiedy Baudolino z Abdulem, po spożyciu zielonego miodu, zastanawiają się, czy królestwo księdza Jana w ogóle istnieje, dochodzą do wniosku: „Istnieje [...] ponieważ nie ma żadnych racji, które zaprzeczałyby jego istnieniu”. I już. Żadnych wątpliwości. :) 

A gdy zastanawiali się, jak dotrzeć do owego królestwa, padają takie słowa: „Nie chcemy przecież wskazać ziemi, do której się udamy, lecz zrozumieć, jak ma wyglądać idealne miejsce, w którym każdy chciałby się znaleźć”. Czyli nie zastanawiamy się, jak wygląda to miejsce (po wcześniejszym dotarciu do niego), ale jak powinno wyglądać miejsce idealne i na postawie tak stworzonego opisu należy dopiero rozpocząć poszukiwania. :) 

A teraz niezły kąsek. Otóż w średniowieczu naprawdę wierzono w istnienie tego królestwa. Nawet krążył po świecie list napisany przez owego księdza Jana (tutaj skrót tego tekstu w języku angielskim) - sam list stanowi jeden z głównych wątków książki. 

Historiografia: Zawsze zastanawiałam się, jaką wartość historyczną mają różnorodne kroniki, listy, zapisy sprzed wieków. Czy naprawdę opowiadają o faktach tak, jak miały one miejsce? Spójrzmy na historię najnowszą - IPN zajmuje się ustalaniem prawdy o czymś, co miało miejsce stosunkowo niedawno, i jakoś nieszczególnie im idzie. Nie są w stanie powiedzieć: „Tak było. Nie mamy wątpliwości. Dajemy stuprocentową gwarancję prawdziwości”.  

A teraz rzut okiem na odległe dzieje. Mamy szczątkowe informacje opisujące jakieś wydarzenie. Skąd pewność, że nie jest to „udoskonalona” wersja historii? Skąd wiemy, że jakiś Baudolino nie dorwał się do kroniki i nie wyskrobał tego, co stawiało w złym świetle jego pana? I pytanie fundamentalne (którego nie ma u Eco, ale które mnie dręczy): skąd pewność, że ewangeliści nie zapisali tylko tego, co piękne i gładkie i nie wyrzucili tego, co niewygodne (całkowicie pomijam już fakt wybierania i odrzucania innych ewangelii przez patriarchów kościelnych). I czy wiara w biblijne ewangelie nie staje się nagle równoznaczna z wiarą w królestwo księdza Jana? (Nie rozwijam tematu, choć może kiedyś do tego wrócę). 

Obcy: Podczas podróży ku ziemiom księdza Jana Baudolino i kompani spotykają istoty, które różnią się od ludzi. A to nie mają głowy, a to mają jedną nogę, którą osłaniają się przed słońcem, a to znów mają ogromne uszy. Ale nie to ich różni między sobą. Ba! Nie widzą tych fizycznych różnic: 

Jednonogi

- Nie przyjaźnicie się, bo jesteście inni? - spytał Poeta.

- Co ma na myśli mówiąc „inni”?

- No, w tym samym sensie, w jaki ty jesteś inny niż my i...

- Dlaczego jest inny niż wy?

- Boże przenajświętszy! - wykrzyknął Poeta. - Przede wszystkim masz tylko jedną nogę! My i blemiowie mamy dwie!

- Także wy i blemiowie ma jedną, jeśli uniesie drugą.

- Ale ty nie masz drugiej, by ją opuścić!

- Po co ma opuszczać nogę, skoro jej nie ma? 

Tak, różnice fizyczne były niezauważalne. A istoty te nie przepadały za sobą, bo miały różne poglądy na naturę Jezusa - czy był Bogiem, czy człowieczeństwo objawiło się tylko na krzyżu, czy może ktoś całkiem inny na nim zmarł. Tak. Takie różnice mogą skłonić do niechęci i agresji...

Podsumowując, lektura nie była łatwa (zwłaszcza w części opisującej bunty miast włoskich), ale dała mi ogromną satysfakcję. Żałuję jedynie, że nie zapoznałam się wcześniej z faktami historycznymi - ewentualnie z tym, co podaje się za historię. ;) 

---- 

Czy ktoś z Was czytał „Baudolino” po włosku? Ogromnie mnie ciekawi, czy poniższy tekst znajduje się w oryginale, czy może tłumacz, Adam Szymanowski, pokusił się o wprowadzenie kryptocytatu z „Nowych Aten” Benedykta Chmielowskiego: 

- Jakie jest konie? - spytał zaciekawiony jednonogi.

­- Jakie jest, każdy widzi - odparł Poeta. - Jako te.

 Długousi

wtorek, 21 kwietnia 2009
„Abecadło Topora” Agnieszka Taborska (wybór, przekład i wstęp)

Gdy zobaczyłam w nowościach tę pozycję, nie miałam wątpliwości, czy ją wrzucić do koszyka. Kiedy paczka była w drodze, zastanawiałam się, po co właściwie wydałam jakieś 50 zł. na wybór opowiadań i ilustracji Rolanda Topora, skoro mam chyba wszystko, jak sądziłam, co zostało w Polsce wydane. Ale na szczęście było za późno, by się wycofać. Bo nagle otrzymałam produkt, który zmienił moje postrzeganie tego autora. 

Wcześniej Topor był dla mnie przede wszystkim pisarzem i to pisarzem obdarzonym bardzo specyficznym poczuciem humoru, okraszonym potężną dawką ironii, autoironii, makabreski, paradoksu, absurdu, dystansu do otoczenia. Jego opowiadania przesycone są sporym surrealizmem, od którego później się odżegnywał - co mi nie przeszkadzało, bo surrealizm w literaturze to dla mnie mimo wszystko Vian i Topor. A że sam Topor by się ze mną nie zgodził? Cóż.

 Abecadło Topora

„Abecadło Topora” pokazało mi innego człowieka, innego artystę. Doceniłam wreszcie jego rysunki, na których „bawi” się cielesną dekonstrukcją. I choć jego postaci mogą robić wrażenie karykatur, nie są nimi. Raczej zmuszają odbiorcę do zastanowienia się nad tym, co takiego jest w człowieku, że inny człowiek tak go postrzega. I wbrew pozorom Topor chyba odczuwał sympatię dla człowieka.  

A co do tekstów... Przed „Abecadłem” w Toporze widziałam prześmiewcę i błazna. Teraz jest to postać trójwymiarowa - nieco melancholijna, taka, która śmiechem, głośnym śmiechem, oswaja absurd. Ten błazeński z pozoru śmiech ma pokryć poczucie bezsensu, strach, śmierć. To zupełnie inny człowiek. A może to ja dojrzałam? Na pewno w niedługim czasie sięgnę ponownie po jego książki. 

Podczas lektury zaznaczałam sobie co ciekawsze fragmenty, lecz jest ich zbyt wiele, by je tu zamieścić. Może choć kilka: 

Natura nie jest przyjazna.

Nie żywi najmniejszej sympatii ani dla mnie, ani dla którejkolwiek z gwiazd. Nie wzrusza jej los świata. Obojętne jej są czas i przestrzeń. [...]

Tak jak innych, tak i mnie spisze na straty, wymiesza z innymi, zmarnuje. Powtórnie spożytkuje. Weźcie i wy udział, raz i drugi, w obiegu pokarmowym: to kariera z przyszłością!

Niechby natura była okrutna, bałwochwalcza, bezbożna, politeistyczna, monoteistyczna, racjonalistyczna, głucha, ślepa, wszystko jedno jaka.

Bylebym tylko nie słyszał już o miłości!

Niech mi będą oszczędzone kretyńskie panegiryki na temat zdumiewającej harmonii, geniuszu organizacyjnego, romantyzmu, cudownej produktywności natury!

(Bal na ugorze - fragment)

1. Ludzkość dalej żyje po śmierci człowieka (bez względu na to, jaka ludzkość i bez względu na to, o jakiego człowieka chodzi).

2. Nie chcąc umierać, człowiek zagraża ludzkości, gotów poświęcić ją w imię własnego trwania. [...]

8. Od urodzenia społeczeństwo przyzwyczaja swoich członków do myśli o śmierci.

9. Stosuje najróżniejsze techniki.

10. Ich podstawą jest uczynienie człowieka nieszczęśliwym. („Tamten świat jest lepszy”). Nieszczęśliwym, lecz nie zrozpaczonym.

(Krótkie memento paniczne - fragment)

 

Sto argumentów na rzecz niezwłocznego samobójstwa:

1. To najlepszy sposób, by upewnić się, że żyję!

2. Zafałszuję ostatni spis powszechny. [...]

7. Jak Werter! Już nikt nie zwątpi w moją kulturę.[...]

24. Nareszcie w roli głównej! [...]

40. Zabiję Żyda, jak wszyscy.

41. Stanę się częścią milczącej większości. Tej prawdziwej. [...]

49. Oszczędzę komuś przykrych konsekwencji zabójstwa. [...]

54. Dowiodę im, i to WSZYSTKIM, że potrafiłem ułożyć sobie życie.

(fragment)

I jeszcze jedno opowiadanie spoza „Abecadła” (całość): 

WYPADEK

Chrystus zdecydowanym krokiem wstąpił na wody jeziora Genezaret. Apostołowie, wciąż jeszcze z niedowierzaniem, obserwowali stopy Pana. Jezus szedł po wodzie! Nie zanurzał się ani na milimetr! Z oczyma wzniesionymi ku niebu, zdawał się nie pamiętać, gdzie się znajduje.

Krzyk wyrwał się z piersi apostołów. Za późno. Jezus nie zauważył skórki od banana. W czasie krótszym, niż można to sobie wyobrazić, poślizgnął się i roztrzaskał czaszkę o grzbiet fali.

 

I choć pani Taborska odwaliła kawał dobrej roboty przybliżając i przypominając Topora, to jednak zastanawiam się, dlaczego nie skorzystała z przekładów już istniejących. Pisze: „ Chęć uchwycenia ‘istoty’ Topora narzuciła mi wybór własnych wizji wielu tekstów. Przełożyłam więc na nowo niektóre z klasycznych już dziś rozwiązań”. Ale czy naprawdę istnieje istotna różnica pomiędzy „ciupcianiem królowej” a jej „bzykaniem”? Może zbytnio przywiązałam się do tego, co jest mi znane, by taki zabieg mi nie przeszkadzał. Niemniej jest to jedyny minus tego wydawnictwa. Plusy to: wybór tekstów, wybór ilustracji, wybór zdjęć - świetnie wydana monografia. Brawa dla świętej/nieświętej pamięci Topora i jego orędowniczki pani Taborskiej! Brawa! 

PS. Właśnie odkryłam, że wcięło mi mój ulubiony zbiór opowiadań „Cztery róże dla Lucienne”. Mam nadzieję, że nie pożyczyłam komuś, kto zapomniał mi oddać. :/

 

 

sobota, 18 kwietnia 2009
„Samotnik z ulicy Rosengracht. Opowieść o życiu Rembrandta van Rijn” Sarah Emily Miano

Swego czasu pisałam, że uwielbiam wszystkie książki, które mówią o życiu malarzy, o sztuce. I co? I teraz muszę odszczekać te słowa. „Samotnik z ulicy Rosengracht” nie porwał mnie, nie rzucił dodatkowego światła na Rembrandta, nie sprawił, że zafascynowałam się tą postacią. Przyznam, że książkę czytałam już kilka miesięcy temu i dopiero teraz zmusiłam się, żeby coś napisać.

 Samotnik z ulicy Rosengracht

Treść: Pieter Blaeu, syn znanego kartografa, postanawia, że porzuci niosącą niezłe zyski karierę związaną z mapami i zrobi coś zupełni innego - będzie śledził uznanego niegdyś malarza, który teraz popadł w nędzę i niełaskę. Będzie śledził go osobiście, będzie zdobywał informacje na jego temat i napisze wielkie dzieło poświęcone jemu i jego tajemnicy. Musi w tym celu wejść posiadanie księgi w czarnej oprawie - prawdopodobnie pamiętnika samego Rembrandta. 

Co mi się nie podobało:

- chory pomysł Pietera, by ukraść mistrzowi, którego wielbił, coś co do niego należy, po to, by oddać mu cześć w swej pracy (czyż Lennona nie zabił jego fan?);

- wielość narracyjna, która mi tu nie pasowała - a to widzimy świat oczami Rembrandt, za chwilę przemyślne knowania Pietera i pewnie jeszcze kogoś (czego już nie pamiętam);

- formalne popisy autorki - czasem mamy prozę, czasem dramat, czasem poezję.  

Nie wiem, czy ten ostatni zabieg miał być wyrazem umiejętności pani Miano, czy może (i chyba tak bym wolała) swoistym odzwierciedleniem barokowego horror vacui - gdzie wszystkiego ma być dużo, w nadmiarze i ma się przelewać. Miałoby to jakieś formalne uzasadnienie - w końcu pisze o malarzu baroku. Niemniej dla mnie było tego za dużo. Przelało się.

czwartek, 16 kwietnia 2009
„Nagle w głębi lasu” Amos Oz

Pewnego razu mieszkańcy leżącej w pobliżu lasu wioski obudzili się i zauważyli, że nie ma ani jednego zwierzęcia. Żadnego ptaka śpiewającego zwykle nad ranem, żadnego szczura, który wyjadał resztki, żadnej ryby, którą można byłoby złowić i przygotować na obiad, żadnej muchy, która tłukłaby się o szybę. Nie było nawet wiernego psa Almona Rybaka, ani kotki, która dopiero co się okociła. Zniknęły konie, krowy, kozy.

 Nagle w głębi lasu

Minęły lata, przyszło nowe pokolenie. Czasami nauczycielka mówiła dzieciom o tym, że kiedyś były zwierzęta, czasem rodzic opowiadając bajki wspomniał, że koty mówią „miau”, a krowy „muu”, lecz szybko poprawiał się mówiąc, że to było dawno, a tak w ogóle to tylko takie bajania i lepiej nie pytać. I dzieci na ogół nie pytały. Miały tylko przykazane, by po zmroku nie chodzić do lasu, bo tam panuje zły duch Nehi, który może sprawić, że dziecko zapadnie na rżycę - będzie się ślinić, biegać po wiosce i rżeć.  

Lecz, jak zwykle w bajkach bywa, mamy dwoje dzielnych bohaterów: Maję i Matiego. Zaczynają podpytywać tych, którzy są bardziej skorzy do mówienia, rozmawiają ze sobą na temat tego, co się musiało wydarzyć, że zwierzęta zniknęły, a ludzie nie chcą o tym rozmawiać - czyżby się czegoś wstydzili? - i nabierają coraz większej odwagi. 

Dla mnie jest to opowieść o odwadze potrzebnej do zmierzenia się z przeszłości, opowieść o sile kobiet (Maja jako nieco bardziej współczesna Ewa, która chce poznać różnicę między dobrem a złem i dokonać osądu nad sędzią), a przede wszystkim o odrzuceniu - i znów o sile, by przezwyciężyć odrzucenie i nie bać się być sobą. 

Nie powiem, że Amos Oz to mój ulubiony autor, ani nawet taki, po którego sięgam. Raczej wzięłam tę książkę na przekór własnym uprzedzeniom i rozczarowaniu jego twórczością. I naprawdę nie żałuję. Ładnie wydana książka, piękna historia i świetnie poprowadzona akcja. Czegóż chcieć więcej?

niedziela, 12 kwietnia 2009
„Arsene Lupin, dżentelmen włamywacz” Maurice Leblanc

Cóż, ach, cóż czytamy na okładce: 

„Maurice Leblanc w 1905 roku opublikował pierwszą historię opowiadającą o przygodach Arsene’a Lupima. Trafił w dziesiątkę. Arsene bardzo szybko stał się jednym z najpopularniejszych fikcyjnych bohaterów literackich. 

Ten dżentelmen włamywacz o zdolnościach detektywistycznych mistrzowsko kradnie i mistrzowsko uwodzi. Nie ma kobiety, która potrafiłaby mu się oprzeć. Nie ma szyfru do sejfu, którego by nie złamał. 

Okrada złych, nieuczciwych, bogatych, a broni słabych i pokrzywdzonych - karząca dłoń sprawiedliwości w jedwabnych rękawiczkach. 

Oto on - doskonałe połączenie przeciwieństw: patriota, gdy jego kraj znajdzie się w potrzebie. Na co dzień anarchista, który kpi z policji i żyje jak arystokrata. Umysł bystry i niezależny”.

 Arsene Luoin

Arsene Lupin to jednak jakaś tam klasyka gatunku, dlatego pomyślałam, że warto się zapoznać z tym eleganckim panem sprzed wieku. Ależ wzbudzał on we mnie emocje! Ależ one były negatywne!  

To może po kolei... 

1. Dżentelmen? Hm... jeśli dobre maniery względem kobiety (bo nie kobiet) są miarą bycia dżentelmenem, to rzeczywiście może nim być. Lecz jeśli pod tym terminem ma kryć się ponadprzeciętne zachowanie, świadczące o wysokiej kulturze i manierach - oj, to już nie bardzo. 

Pokusiłam się i zajrzałam do Kopalińskiego: „dżentelmen człowiek nienaganny zarówno pod względem etycznym, jak i form towarzyskich, taktowny, honorowy, godny zaufania, uprzejmy; Etym. - ang. gentleman ‘szlachcic; człowiek żyjący z własnych funduszów’”. Taaa... 

2. Mistrzowsko kradnie i mistrzowsko uwodzi? Trudno oceniać ileś tam przygód tego pana po pierwszym tomie, ale jak na razie, nikogo nie uwiódł. Poza tym... czyż nie jest to moralnie złe? Czy Ty, drogi czytelniku, chciałbyś być „mistrzowsko” ale jednak okradziony? Lub uwiedziony? Bo ja nie bardzo. Bo chyba nie czułabym się lepiej, gdybym wiedziała, że mój dom został okradziony przez mistrza w swym fachu, a nie przez zwyczajnego żula. 

3. Nie ma szyfru, którego by nie złamał - i to ma mnie pocieszać? Hurra, istnieje „dżentelmen”, dla którego przeszkodą nie będą żadne gerdy świata i cały monitoring! Hura! 

4. Okrada złych? A któż dokonuje moralnej oceny potencjalnej ofiary? Och, złodziej! To rzeczywiście autorytet. 

5. Okrada nieuczciwych? Przy czym ta nieuczciwość wychodzi na jaw dopiero po okradzeniu ofiar. Bo biedny Arsene tak się namęczył, zainwestował tyle czasu, a niedobrzy państwo Imbert śmieli posiadać fałszywe papiery wartościowe. A fe! Niech się pan i pani wstydzi!

6. Okrada bogatych? A co, miałby okradać biednych? Trochę to by mu się nie kalkulowało. A poza tym, co to za drobnomieszczańskie podejście? Czy bogactwo to coś złego? Czy bogatych należy niszczyć?  

7. Broni słabych i pokrzywdzonych? Sorry, ale nie znalazłam żadnego słabego i pokrzywdzonego, który uzyskałby pomoc od Lupina. Jedyne korzyści czerpie sam złodziej i to w tym celu, aby wieść życie na poziomie tych wstrętnych bogaczy, których okrada. 

8. Patriota. No tak... to może rzeczywiście jedyna pozytywna cecha tego pana. Ale za to ja jestem zbyt wielką anarchistką, by ją docenić. 

Ogólnie - moralnie zła książka, wzbudzająca we mnie bardzo negatywne uczucia, a nie jestem tego rodzaju czytelniczką, co to krzyczy apage satana!, gdy pojawi się jakikolwiek przejaw zła. Zło można przedstawić w sposób fascynujący. Bohater nawet skrajnie negatywny może budzić jakieś pozytywne uczucia (Alex w „Mechanicznej pomarańczy” Burgessa), ale nie zamierzam chylić czoła przed zwykłym złodziejem - bez względu na to, czy będzie miał jedwabne rękawiczki, czy też ściągał kasę z kont siedząc przed kompem w samych gaciach.