Nie będzie tu recenzji, ale raczej opis wrażeń, jakie wiążą się z przeczytanymi książkami. Ku pamięci. Mojej pamięci.
RSS
wtorek, 31 marca 2009
„Lektor” Bernhard Schlink

Nie wiem, jak to się stało, że obejrzałam „Lektora” zupełnie nic o nim nie wiedząc. Bo nawet ominęła mnie cała ta kampania medialna. Może wynika to z tego, że nie „chodzę” do pracy jak normalni ludzie i „życzliwi” nie opowiadają mi zakończeń książek czy filmów? Never mind. Ważne, że nie miałam pojęcia, o czym jest ten film. (Jeśli jest jeszcze ktoś, kto nie ma pojęcia o „Lektorze”, niech nie czyta żadnych recenzji - łącznie z tą notką).

 Lektor

I tak go sobie oglądam, oglądam... leci jakaś historyjka o miłości-niemiłości piętnastolatka do dojrzałej, nieco oschłej kobiety... nic się nie dzieje... pupa Kate Winslet... mija pół godziny i nic. Próbuję wejść w klimat tych dotyków, kąpieli, czytania książek przez Michaela, jego rozdarcia między swoją kobietą a normalnym-nienormalnym życiem nastolatka... mija pięćdziesiąt kilka minut.... I nagle BUM! Siedzę wbita w fotel i nie mogę oderwać wzroku od ekranu. Totalna hipnoza. Pojawia się coś, co nadaje absolutnie inny wymiar poprzednim sekwencjom! 

I w tym miejscu przerywam, by oddać się dygresji. 

Jestem wściekła na dystrybutora filmu, ale i na wydawcę książki. Wszelkie zapowiedzi kinowe czy notki (np. z okładki książki - sic!) ZABIJAJĄ całą historię. Naprawdę bardzo się cieszę, że nic nie wiedziałam o filmie/książce. I jednocześnie zastanawiam się, jaki jest sens pisania w szóstym zdaniu notki na okładce o czymś, co pojawia się niemal w połowie tekstu! Nie znoszę, gdy ktoś psuje całą radość czytania czy oglądania jednym zdaniem. Grrr... 

No dobra. Widziałam film. I zastanawiałam się, jak niezwykła musi być książka, skoro udało się nakręcić tak dobre kino. I nie zawiodłam się. Jest to taki typ literatury, który chyba najbardziej mi opowiada. Niesie ze sobą mnóstwo przemyśleń, które skłaniają czytelnika do zastanowienia się, do zadania sobie czasem niewygodnych pytań. Sama stawia te pytania i nie udziela odpowiedzi. Bo udzielenie ich równałoby się z trywializacją problemu. 

Nie chcę poruszać tematu obozów koncentracyjnych, całej wojennej machiny biurokratycznej czy zagadnień sumienia niemieckiego pokolenia powojennego. Chociaż... może tylko jedna kwestia: dlaczego człowiekowi tak łatwo oceniać działania innego człowieka z perspektywy własnych czasów i obecnej sytuacji politycznej? To można odnieść do kontekstu polskiej historii powojennej - jak łatwo współczesnym politykom ocenić i oskarżyć coś, co zupełnie inaczej wyglądało w kontekście tamtych czasów? Nie, nie twierdzę, że należy wykazać się chrześcijańskim miłosierdziem i zapomnieć o wszystkich krzywdach (za zbrodnią musi iść kara). Chodzi mi o jedno wstrząsające zdanie, jakie padło z ust Hanny:  

 - A pan, co by pan zrobił? 

Zadała mu to pytanie całkiem serio. Nie wiedziała, co wtedy powinna była, co mogła zrobić, i dlatego od przewodniczącego, który zdawał się wszystko wiedzieć, chciała usłyszeć, co on by zrobił na jej miejscu. 

To, co zmusiło mnie do zastanowienia się nad sobą, to sytuacja, kiedy Michael nie chce odwiedzać Hanny i uwiera mu jej wyjście z więzienia. Chciałby, by istniejące między nimi stosunki układały się na jego zasadach. By poświęcać jej czas wtedy, gdy jemu to odpowiada. Podobną myśl przekazał Camus, bodaj w „Upadku” - jak dobrze jest mieć martwych przyjaciół, którzy nie wymagają od nas czasu. Bo martwy przyjaciel nie ma żądań - można zadumać się nad nim pomiędzy jednym spotkaniem a lampką wina. U Schlinka Hanna jest taką „martwą przyjaciółką”, której można dać coś z siebie, ale która nie może żądać przywilejów żywych ludzi. Straszne. I strasznie prawdziwe.

sobota, 28 marca 2009
„Nocny Patrol” Siergiej Łukjanienko

Na Siergieja Łukjanienkę trafiłam przez przypadek. Oglądałam zapowiedzi filmowe i zobaczyłam fragment „Straży nocnej” - rosyjskiego filmu z efektami, jakich nie powstydziłby się Hollywood. I mimo że zrobił na mnie ogromne wrażenie, na film nie poszłam (pewnie przegapiłam). Ale gdzieś tam tłukło mi się nazwisko tego pana, co skutkowało zakupem „Brudnopisu”. Na a potem to już odbywało się polowanie na czteroczęściowy cykl o Patrolach - zdobywany nie po kolei - oraz na obie sfilmowane części.

 Siergiej Łukjanienko

Walka Dobra ze Złem zawsze przynosiła ogromne straty. Straty w ludziach. A ci nie zawsze nawet byli świadomi, że uczestniczą, czy - może precyzyjniej się wyrażając - są ofiarami w tak ważnej bitwie. W końcu obie strony doszły do wniosku, że lepiej będzie zachować równowagę sił i podpisały rozejm. Ale stara zasada mówi, że zaufanie zaufaniem, a kontrolować zawsze warto. Dlatego utworzono Partol Nocny (do którego należą Inni opowiadający się za Dobrem) oraz Patrol Dzienny (którego członkowie kontrolują Dobrych, aby ci nie przesadzili w swej dobroci).  

Inny to ktoś, kto widzi świat istniejący równolegle do naszego, zwyczajnego świata. Ktoś taki posiada różnorakie zdolności, które:

- albo determinują go, aby opowiedział się po stronie Dobra lub Zła, bo taki na przykład wampir musi być „zły” i wyboru raczej nie ma,

- albo nie determinują i wówczas człowiek sam może zdecydować, czy bardziej pociąga go dobro, czy jednak zło. 

A ten wybór okazuje się wcale nie jest taki oczywisty. Bo czasem dążąc do większego dobra należy poświęcić czyjeś życie, nie powiedzieć prawdy, oszukiwać itp. Ale czy to wciąż jest dobro? Czy nie oczekuje się, że dobro jest dobrem zawsze i bez wątpienia? A zło? Czasem, by doprowadzić do sporej katastrofy, należy wykazać się... tfu, tfu... miłosierdziem. I właśnie ta niejednoznaczność stanowi o rewelacyjności tej książki.  

I jeszcze bohater... Anton Gorodecki - facet o średnich umiejętnościach magicznych, należący do Patrolu Nocnego, który wykonując rozkazy zwierzchników ma własne zdanie i własne pomysły. Ale nie jest to typ samotnego misia, który buntuje się przeciwko zmanipulowanej władzy - to nie ta bajka. Nie jest też typem superbohatera i nie lata w majtkach założonych na rajstopki. Za to lubi sobie wypić.  

A oto Konstantin Chabienski vel Anton Gorodecki :)

 Konstantin Chabienski

PO-LE-CAM!

czwartek, 26 marca 2009
„Dobranoc dla dorosłych” Joanna Wilińska, Feliks Derecki, Andrzej Nowicki

Kiedy byłam mała, naprawdę mała, w telewizorze nie działo się zbyt wiele [bogowie! jaka ja jestem stara! ;)]. Ale było coś, co uwielbiałam, choć niemal nic z tego nie pamiętam. Była to „Dobranoc dla dorosłych”, którą prowadził Jan Kobuszewski. Pamiętam ogromny fotel, w którym zasiadał, by przywitać widzów i rozpocząć opowieść. Później następował mini spektakl teatralny, w którym przedstawiano historię, która miała miejsce „dawno, dawno temu” albo „nie tak dawno temu”. Na koniec Kobuszewski podawał morał - zazwyczaj inny niż tego oczekiwano. Ale jak mówię, nie pamiętam żadnej przedstawionej historii. Tylko ten fotel. I uszy prowadzącego. :) 

Niemniej wydano książkę z tymi bajkami, która pojawiła się w domu i w której się zaczytywałam bez końca - choć nie wszystko rozumiałam. Ale co tam! Później książkę pożyczyłam i zaginęła. Aż nagle, na dworcu w Krakowie, wpadła mi w oko i musiałam ją kupić. Tak, tak, przepłaciłam. Jak poszukałam w Internecie, to okazało się, że przepłaciłam ponad dwukrotnie. Ale cóż, powrót do dzieciństwa ceny nie ma. :)

 Dobranoc dla dorosłych

No to jak? Jakaś próbka? 

Na arenie 

Był to straszliwy cios dla pracowników cyrku „membrano’, gdy w przeddzień galowego przedstawienia zdechł lew King, największa atrakcja programu. Treser Solferino wyrywał sobie włosy z głowy. 

- Ja chyba nie przeżyję śmierci Kinga - łkał. - Tyle lat pracy! Każdą wolną chwilę mu poświęcałem. To był prawdziwy gwiazdor wśród lwów, nigdy jeszcze nie spotkałem tak zdolnego zwierzęcia. Mój biedny, kochany King! 

- Przestań się wreszcie mazać, Solferino - skarcił go dyrektor cyrku. - I tak głowa mi pęka, całą noc oka nie zmrużyłem. Co za potworny pech, że ten zwierzak musiał paść akurat w przeddzień galowego przedstawienia. Afisze z jego pyskiem rozwieszone, wszystkie bilety sprzedane, sam burmistrz zapowiedział swoje przybycie. Jeśli nie będzie Kinga, widzowie gotowi zażądać zwrotu pieniędzy. [...] Może by wypożyczyć innego lwa? Tylko skąd? 

- Kinga nikt nie zastąpi! - oburzył się Solferino. - On był mądrzejszy od człowieka. 

Nagle za plecami tresera rozległ się tryk lwa. Zaskoczony Solferino odwrócił się i odruchowo strzelił z bata. 

- A, to ty, Friko - rozgniewał się. - Dałbyś mi chociaż dzisiaj spokój. 

Rzecz w tym, że między klownem Friko a treserem dochodziło często do konfliktów. Obaj wykorzystywali każdą okazję, aby sobie dokuczyć. [...] 

- Panowie, panowie! - próbował uspokoić ich dyrektor. 

- To po co małpuje Kinga ten... 

- Małpuje Kinga? - dyrektorowi zabłysły oczy. - To jest pomysł! Słuchaj, Friko, a gdybyśmy tak ubrali cię w skórę lwa, przyciemnili światła... Może publiczność by się nie połapała? 

- Co, ten osioł ma zastąpić Kinga?! - wykrzyknął Solferino. 

- Co, ten baran ma mnie tresować?! - zrewanżował mu się Friko. [...] 

Pomysł dyrektora może się wydać trochę ryzykowny, ale czego się nie robi, żeby uratować budżet. [...] 

Nadszedł wreszcie uroczysty dzień. [...] 

- Piękne panie i szanowni panowie! Mesdames at messieurs! Proszę teraz o absolutne skupienie, albowiem za chwilę nastąpi kulminacyjny punkt programu. Treser Solferino włoży głowę w paszczę lwa Kinga, co mimo najdoskonalszej nawet tresury zawiera zawsze spory procent ryzyka. Uwaga, zaczynamy! 

Zagrały werble, zimny dreszcz przebiegł po widowni. Solferino zaczął powoli zbliżać się do zwierzęcia. Lew zaryczał, potrząsnął królewską grzywą i rozwarł szeroko paszczę. Treser zawahał się i cofnął. 

- Aaaa! - rozległ się na widowni jęk zawodu. 

Znowu odezwały się werble. Solferino ponowił próbę. Stanął naprzeciw rozwartej paszczy, pochylił głowę, zdawało się, że już... już włoży ją między połyskujące groźnie kły, gdy nagle na jego twarzy pojawił się grymas przestrachu. Odwrócił się na pięcie i uciekł za kulisy. 

Publiczność zaczęła śmiać się i tupać, a nawet wygrażać pięściami. 

Zgnębiony dyrektor cyrku załamywał ręce: 

- Mamma mia! - wołał, gdyż był z pochodzenia Włochem. - Taka kompromitacja! Stchórzył, zwyczajnie stchórzył! I to człowiek, który setki razy wkładał głowę w paszczę prawdziwego lwa. 

Jak w powyższego i z wielu innych przypadków wynika, stosunki międzyludzkie w niektórych zakładach pracy są ciągle nie najlepsze.

 :) 

wtorek, 10 marca 2009
Siergiej Łukjanienko „Czystopis”

I jestem w kropce. Bo nawet niewiele pisząc o „Czystopisie” musiałabym zahaczyć o „Brudnopis” i zdradzić jego zakończenie. A co, jeśli ktoś nie czytał „B.” i popsuję mu całą zabawę? Nie godzi się tak robić.

 Czystopis

To może w ramach zachęcania do przeczytania „Czystopisu” opowiem, o czym jest „Brudnopis”? Otóż dwudziestokilkuletni Kirył wraca do domu i zastaje w nim jakąś nieznaną mu kobietę. Co więcej, samo jego mieszkanie wygląda inaczej - jakby ktoś przeprowadził gruntowny remont. Ale czy można dokonać tak daleko idących zmian w ciągu kilku, kilkunastu godzin? I dlaczego osobisty pies go nie poznaje? Sąsiedzi brani na świadków coś sobie przypominają, że chyba Kirył rzeczywiście mieszkał tam jakiś czas. Jednakże po upływie następnych chwil już wcale nie są tego tacy pewni. Słowem, człowiek traci mieszkanie, znajomi go nie poznają, a przypadkowi ludzie na ulicy mają kłopoty z zauważeniem go. Mało komfortowa sytuacja. 

I tak jak u Hitchcocka - najpierw trzęsienie ziemi, a potem napięcie tylko rośnie. 

A żeby nie powiedzieć zbyt wiele, podrzucę mały cytat już z „Czystopisu”: 

- Zachowałem prawdziwą wiarę - powiedział z dumą. -Rzecz jasna, nie jestem ekstremistą! Chrześcijaństwo to tak naprawdę pokojowa religia, nawołująca do miłości i duchowego doskonalenia się. I słowa ‘Nie przyszedłem dawać pokoju, ale miecz’ to jedynie przenośnia, która w żaden sposób...

- Ja również jestem jakby chrześcijaninem - wymruczałem. - Prawosławnym.

- Aa! Witaj bracie! Wybacz, mój drogi! Przywykłem dyskutować z muzułmanami, oni wiecznie zarzucają chrześcijanom agresję, nawet ci inteligentni. 

Obśmiałam się ździebełko, ale potem jakoś smutno mi się zrobiło. Według mnie ten prosty fragment mógłby być dla niektórych piękną lekcją tolerancji. 

Siergiej Łukjanienko w „Czystopisie” kilkakrotnie pisze o Polsce i Polakach. I pisze naprawdę fajnie - bez zapędów mocarstwowych, ale i bez przepraszania za wszystko to, za co chcą przeprosin nasi politycy. Tak ciepło. Po słowiańsku. Zauważając zalety, ale i wady. Bardzo mi się to podobało. 

No, to teraz czekają na mnie „Patrole”. Ale chyba będę je sobie dozować. :) 

Jeśli ktoś nie miał jeszcze przyjemności z panem Siergiejem Ł., a ceni sobie niegłupią rozrywkę, polecam z całego serca! Ale najpierw „Brudnopis”.

piątek, 06 marca 2009
Wieczór sowich piosenek - Grzegorz Turnau i Jacek Królik

Tym razem nie o książce, ale o koncercie. Też na „k”, więc się liczy. ;) 

Jak już zapewne wspominałam, nie słyszę poezji, nie rozumiem jej. I podobnie nie oddziałuje na mnie tzw. poezja śpiewana. A właściwie oddziałuje... budzi we mnie pobłażanie. Wiem, pewnie narażam się wielu osobom. Lecz jakże ona wzrusza, skoro nie wzrusza. ;) 

ALE... Ale są trzy wyjątki:

- Marek Grechuta

- Ewa Demarczyk

- Grzegorz Turnau

Koniec. Nie przypominam sobie nikogo innego. Bo Lubomski się nie zalicza do tego typu pieśniarzy, prawda? 

I właśnie wróciłam z koncertu Turnaua, któremu na gitarze towarzyszył Jacek Królik. I to jak towarzyszył! Bo wiedziałam, czego spodziewać się po Turnale, ale pan Królik był dla mnie niewiadomą i ostatecznie ogromną niespodzianką.

 G. Turanu

Zdjęcie by córcia

A Turnau? Nie wiem, czy inni też tak mają, ale ja po jego koncertach jestem wykończona emocjonalnie. I pomijam tu warstwę muzyczno-tekstową i to jak ona na mnie wpływa. Chodzi mi o jego dialog z publicznością. Czasami zwyczajnie się go boję, gdyż rzuca żarty, jakieś niedopowiedzenia, jakiś cytat i... oczekuje reakcji. I rzeczywiście, czasami te jego niuanse są może niezbyt czytelne dla wszystkich, więc ja, jako składowa część publiki, czuję się jak głupek. Wiem, że to jest bez sensu, ale co zrobić. Bywa, że wstydzę się za innych. O! Na przykład, dzisiaj wstydziłam się za panią, która siedziała za mną i śpiewała równo z panem Turnauem. Nie, nie tylko refreny! Jechała po całości. A że czasem się pomyliła w tekście albo w nutkach? Nie, jej to nie przeszkadzało. Grrrr... Aha, koncert odbywał się w filharmonii, więc akustyka doskonała i jak pani jęknęła, to echo szło po całej sali. Bogowie! Naprawdę, żenada. 

Ogólnie - koncert świetny, Turnau rewelacyjny, a Królik boski. Gdy zagrali „Motorek” Grechuty, ciary szły po plecach. Jestem szczególnie zadowolona, bo przez ostatnie dni nie bardzo miałam ochotę na taki spokojny koncert, gdyż oddawałam się dużo ostrzejszej muzyce. Ale o tym, moi mili, innym razem.

wtorek, 03 marca 2009
Eric-Emmanuel Schmitt „Przypadek Adolfa H.”

O treści napisano już wiele, więc tylko w skrócie:

- powieść przebiega dwutorowo,

- jeden wątek opowiada o prawdziwym Adolfie Hitlerze z całą jego manią wielkości, nieumiejętnością odnalezienia się w normalnym świecie i chęcią podbicia świata,

- drugi wątek mówi o hipotetycznej sytuacji, w której Adolf H. dostaje się do Akademii Sztuk Pięknych w Wiedniu, zwalcza demony z przeszłości, jest przeciętnym artystą, który odnosi jakiś tam sukces i odnajduje miłość (i to nawet dwie) swego życia.

 Przypadek Adolfa H.

A teraz moje refleksje: 

Postać

W posłowiu autor świetnie opowiada o tym, jakie uczucia towarzyszyły mu w czasie, gdy zmagał się z postacią, która budzi tak bardzo negatywne emocje. Samo podjęcie tematu wydaje się już podejrzane. No bo jak to tak? Pisać o Hitlerze? To prawie tak, jakby ukazać swą fascynację tą osobą, a to przecież jest bardzo nie na miejscu. Właśnie spojrzenie Schmitta na powieść i bohatera od strony warsztatowej uzmysłowiło mi własną... hm... hipokryzję? Nie, to za mocne słowo. Może zażenowanie, że w moim własnym domu znajdują się opasłe biografie Hitlera i Stalina, które są nienaturalnie „niewyeksponowane” (leżą na podłodze przy kompie, choć zaszczytu stania na półce dostąpiły niektóre naprawdę dość śmieciowate książki). Z powodu źle pojętej poprawności politycznej nie można nie podjąć próby zrozumienia niezwykle ważnego tematu - jak zwyczajny człowiek może stać się bestią? Czy można było tego uniknąć? Czy jeśli nie byłoby Hitlera, pojawiłby się ktoś jemu podobny? I co można zrobić (i czy w ogóle można coś zrobić), żeby historia się nie powtórzyła? 

Losy bohaterów

Tak, mamy dwóch bohaterów i jeden punkt wyjścia - ogłoszenie listy nowych studentów Akademii. Ich losy najpierw biegną niemal równolegle, potem rozchodzą się dość wyraźnie, żeby na końcu dać światu kompletnie różne postaci. Wiedząc o tej dwutorowości, podświadomie postanowiłam sobie, że będę nienawidzić tego, który nie dostał się na studia i lubić, tego który zdał - bo przecież tak trzeba, prawda? Użyłam słowa „podświadomie”, bo na początku nie zdawałam sobie sprawy ze swoich założeń. Dopiero gdy coś mi zaczęło zgrzytać, zrozumiałam swoje uprzedzenia. Mianowicie, wbrew zdrowemu rozsądkowi, naprawdę lubiłam Adolfa Hitlera. Tak mniej więcej do połowy książki. Lubiłam go i współczułam z powodu odrzucenia i braku umiejętności odnalezienia się w świecie. Nie czułam natomiast zbyt wielkiej sympatii do Adolfa H. I dlatego należą się brawa dla pana Schmitta za zdolność sterowania uczuciami czytelnika - dla mnie to prawdziwy sprawdzian tego, czy pisarz potrafi pisać, czy umie wywoływać u czytelnika uczucia, których się po sobie nie spodziewał. 

Przepis na potwora

Podczas lektury cały czas zastanawiałam się, jakie warunki sprowadzają na świat ludzką bestię. Czy człowiek ma zaszczepione zło, czy może to jednak wynik okoliczności, w jakich się znalazł? Czytałam kiedyś wywiad z Philipem Zimbardo, który powiedział niezwykle interesujące słowa na temat tak zwanych „dobrych ludzi”. Chodziło mniej więcej o to, że ci, którzy uważają się za „dobrych ludzi”, nie zostali jeszcze sprawdzeni na okoliczność czynienia zła. Bo w ekstremalnych warunkach mogłoby się okazać, że jednak nie jesteśmy tacy dobrzy, jak mniemamy. P. Zimbardo to pomysłodawca eksperymentu stanfordzkiego, w którym z ochotników losowo wybrano więźniów i strażników - i nagle porządni studenci zamienili się w oprawców. Więc może Hitler to rzeczywiście wypadkowa takich a nie innych uwarunkowań? A nie bestia z wdrukowanym genem zła? Ewentualnie taka sama bestia jak my, która pozwoliła na uaktywnienie tego genu? Więc jednak jego decyzja? Sprawa jest zbyt skomplikowana, by odpowiedzieć jednoznacznie. A może ważniejsze jest pytanie, jak to się stało, że tyle milionów ludzi uwierzyło jednemu człowiekowi. Psychologia tłumu?  

Przypadek

Jak bardzo nasze życie jest sumą przypadków? Co by było gdyby...? Czasem wystarczy podjąć jedną drobną, mało znaczącą decyzję i życie toczy się inaczej. Bo gdyby w dniu naszego poczęcia mamusię głowa rozbolała, nie byłoby nas. ;) Idea światów równoległych doprowadza mnie do obłędu. 

Do kolejnej książki pana Schmitta podchodziłam z rezerwą. Przeczytałam chyba większość z tego, co się ukazało w Polsce i po pewnym czasie już mi się przejadł ten autor. Niby nie miałam większych zarzutów wobec niego (może oprócz swoistego moralizatorstwa), ale z czasem wydawało mi się, że jego książki mówią wciąż o tym samym. Dlatego „Przypadek Adolfa H.” przeleżał długie miesiące, zanim po niego sięgnęłam. Z tym większą przyjemnością mogę powiedzieć, że jest to książka, o której nie można zbyt szybko zapomnieć, bo skłoniła mnie do przemyśleń wychodzących daleko poza samą postać Hitlera. Szacun.

poniedziałek, 02 marca 2009
Akif Pirincci „Pojedynek. Koci kryminał”

„Już po kilku krokach zacząłem się trząść, nie z zimna, ile pod wpływem straszliwego przeczucia. Bowiem w miarę, jak zbliżałem się do fontanny, coraz wyraźniej dostrzegałem, że owa niecodzienna płaskorzeźba znajdowała się w ruchu, huśtana podmuchami wiatru. [...] Kiedy wreszcie stanąłem przed fontanną, niewyobrażalna trwoga, na podobieństwo kropli czarnego tuszu rozchodzącej się po wodzie, rozpłynęła się po mym ciele i przeszył mnie dreszcz przerażenia. Serce we mnie zamarło, oczy nadbiegły krwią. 

Nie była to bowiem ani płaskorzeźba, ani zdobiąca fontannę statua, lecz jeden z moich braci, z krwi - teraz już pewnie stężałej na mrozie - i kości, uduszony i dyndający na sznurze”.

Pojedynek 

I cóż w takiej sytuacji może zrobić domorosły detektyw? Może zawiadomić policję - ale tu jest to niemożliwe. Może też przystąpić do oględzin zwłok. To jest już bardziej możliwy scenariusz, przy czym dość trudny do zrealizowania, jeśli nie ma się rąk i palców - a łapy i pazury. Zwłaszcza, gdy nie jest się już najmłodszym kotem, a z murka przygląda się nam piękna kociczka, do której startowało się latem. W dodatku teraz jest w towarzystwie pięknego, młodego kota, który nie dość że piękny i młody, to jeszcze niezwykle spostrzegawczy i inteligentny. Życie lubi być czasami bardzo wredne. 

Na obwolucie przeczytałam, że pan Akif Pirincci pisze swoje kryminały wyłącznie z kociej perspektywy. Czytając książkę nie ma się wątpliwości, że autor zna i lubi koty. I zastanawiam się, czy ta zabawna książka może spodobać się komuś, kto nie ma kota. To chyba tak, jakby czytać „Pamiętnik Brigdet Jones” nie znając „Dumy i uprzedzenia” - niby zabawne, ale to już nie to samo. 

Forma świetna, ale sam problem zagadki kryminalnej był nieco nazbyt fantastyczny jak dla mnie. Chyba wolałabym bardziej „realistyczne” sprawy bez modyfikowanych genów.