Nie będzie tu recenzji, ale raczej opis wrażeń, jakie wiążą się z przeczytanymi książkami. Ku pamięci. Mojej pamięci.
RSS
piątek, 04 grudnia 2009
„Wszyscy jesteśmy podejrzani” Joanna Chmielewska

Teraz będę odszczekiwać...

Wcześniej pyskowałam, że „Lesio” nieco mnie rozczarował i że nie obśmiałam się tak, jak tego oczekiwałam. Dałam pani Chmielewskiej jeszcze jedną szansę, przyniosłam książkę, usadziłam się na tapczanie i zaczęłam czytać. Co chwilę, na prośbę osobistego dziecięcia, musiałam czytać fragmenty, przy których się zaśmiewałam. Robiłam to tak często, iż w końcu stanęło na tym, że czytałam na głos „Wszyscy jesteśmy podejrzani”. Myślę, że czytanie na głos przydaje dodatkowej szczypty absurdu - może wtedy wyobraźnia lepiej pracuje? A gdy czytelnik staje się uczestnikiem przygód zespołu projektantów - przepadł.

Wszyscy jesteśmy podejrzani

Pewnego dnia Joanna przyszła do biura i oznajmiła, że Tadeusz został zamordowany. Dokładnie mówiąc - uduszony. A jeszcze dokładniej - paskiem od niebieskiego szlafroka. Blady strach padł na zespół. Trochę czasu zabrało Joannie wyjaśnienie, że tak naprawdę to Tadeusz żyje, ale przymierza się do napisania książki i właśnie w tej książce rzeczony Tadeusz zostaje uśmiercony. Informacja rozeszła się po całym biurze i w końcu dotarła do głównego zainteresowanego. Oburzony nafukał na Joannę, że to nie przystoi itd. Pech chciał, że po chwili ktoś Tadeusza naprawdę zamordował. Udusił. A dokładnie mówiąc - paskiem od niebieskiego szlafroka. Pech. Po prostu pech. I wszyscy są podejrzani. Oprócz Alicji. Bo „Alicja jest mi potrzebna w śledztwie. Ona jest roztargniona, co znakomicie urozmaici akcję”. Czy ten argument przemówi do kogokolwiek, a szczególnie do niezwykle przystojnego prokuratora i kapitana milicji? Właściwie dlaczegóżby nie?

Rewelacyjna rozrywka! Jutro (hm... dziś) idę do biblioteki i na pewno wezmę kolejną książkę pani Chmielewskiej. Mam nadzieję, że napisała jeszcze coś z zespołem biura projektowego w tle.

„Karaibska tajemnica” Agatha Christie

Znalazłam sposób na moją bibliotekę - nie szukam konkretnej pozycji, bo nic nie znajduję i tylko się irytuję, ale błąkam się po niej i czekam, aż wpadnie mi coś w oko. Przy jednej wizycie trafiłam na „Dom z papieru” i „Moją piękną pralnię” (bardzo cenne znaleziska, jeśli się weźmie pod uwagę mój sceptycyzm względem biblioteki), a potem zawędrowałam do części kryminalnej. I musiałam wziąć klasyka gatunku, czyli panią Agathę Christie. Bo to wstyd nie znać tej autorki, prawda?

Kiedyś już wprawdzie czytałam jeden jej kryminał („I nie było już nikogo”) i książkę obyczajową pisaną pod pseudonimem Mary Westmacott. Ale z panną Marple miałam przyjemność po raz pierwszy. Pewnie dla znawców jej pisarstwa nie ma tu nic zaskakującego: morderstwo, kilku podejrzanych, rzecz się dzieje na ograniczonej przestrzeni (brak możliwości pojawienia się mordercy z zewnątrz) i poczciwa staruszka z robótką w ręku.

Karaibska tajemnica

Nie będę pisać o intrydze, ale wspomnę o dwóch ciekawych zjawiskach:

1. „Karaibska tajemnica” wygląda bardzo interesująco w kontekście czytanej tuż wcześniej książki Hanifa Kureishiego. Panna Marple korzysta z przywilejów, jakie daje Imperium Brytyjskie. Nie, nie jest wyniosła i nie traktuje tubylców z pogardą. Jest zbyt dobrze wychowania. Ale naprawdę widać delikatną wyższość (kulturalnego przecież) człowieka rasy białej nad tymi, którym niebiosa poskąpiły tego daru. Myślę, że gdyby pani Christie i panna Marple działały współcześnie, nie pozwalałyby sobie na niektóre uwagi. ;)

2. Podoba mi się sama idea takiej postaci - nikt nie zwraca uwagi na nieszkodliwą staruszkę, nikt nie traktuje jej poważnie, a potem wielkie zdziwienie: to ta pani nie ma demencji, potrafi dodać dwa do dwóch, a nawet myśleć logicznie? Bardzo, bardzo lubię, gdy w proch obracają się ogromne budynki stereotypów. Im większy stereotyp, tym większy upadek - a w konsekwencji większa radocha. Szacunek dla wszystkich kobiet zajmujących się naukami ścisłymi, mężczyzn pracujących w przedszkolach, ślicznych blondynek znających się na kwarkach, umięśnionych przystojniaków, którzy wiedzą, kim był Hieronim Bosch i oczywiście czarnych kotów, które... nie przynoszą ani pecha, ani szczęścia. ;) Szacun.

czwartek, 03 grudnia 2009
„Moja piękna pralnia” Hanif Kureishi

Na pewno są na świecie ludzie, którzy nie obejrzą nawet całkiem dobrego filmu tylko dlatego, że gra w nim ktoś, kto im nie pasuje. Ja tak właśnie mam. Do aktorów, za którymi nie przepadam, należy m.in. Clint Eastwood i Daniel Day Lewis - skądinąd zdolni i uznani panowie. No, nie wiem, co jest nie tak - pewnie wytworzyła się między nami jakaś antychemia. ;) Wiele dobrego słyszałam o filmie „Moja piękna pralnia”, ale niestety... grał w nim Lewis. Przeminęło z wiatrem i nie będę płakać. Jednak tytuł na tyle wrył mi się w pamięć, że gdy zobaczyłam w bibliotece tę niewielką książeczkę, wzięłam bez wahania.

Moja piękna pralnia

I cóż my tu mamy? Przede wszystkim scenariusz do filmu, ale także szkice na tematy społeczne i obyczajowe dotykające Wielkiej Brytanii i Pakistanu. Może powiem wprost - sam scenariusz jakoś nie powalił mnie na kolana, natomiast przemyślenia pana Kureishi na temat rozdźwięku między Europą a Azją, między zachodnią kulturą chrześcijańską a islamem (jeszcze sprzed napięć spowodowanych atakiem na WTC) były bardzo, bardzo interesujące. Od powstania tej pozycji minęły lata świetlne - scenariusz powstał w 1984 roku. Dwadzieścia pięć lat to sporo. To całe pokolenie. Po przeczytaniu materiału, w którym tak wyraźnie widać opisane uprzedzenia czy brak tolerancji, zawsze mam nadzieję, że tak było i nie jest, że teraz ludzie są mądrzejsi, a świat lepszy, że ta wyśmiewana poprawność polityczna przynajmniej dokładnie pokazuje, jakie zachowanie jest zdecydowanie naganne. Pewnie jestem naiwna...

„Dom z papieru” Carlos Maria Dominquez

Niewielka książeczka, ładnie wydana, ciekawy tytuł i na okładce „Księgarz” Arcimboldiego - suma tego wszystkiego wpłynęła na to, że wypożyczyłam książkę z biblioteki. Stwierdziłam, że nawet jeśli będzie to pozycja niewiele warta, to nie stracę zbyt wiele ze swego życia.

Dom z papieru

„Wiosną  1998 roku Bluma Lennon kupiła w pewnej księgarni w Soho używany egzemplarz Poezji Emily Dickinson i kiedy doszła do drugiego wiersza, na skrzyżowaniu potrącił ją samochód.

Książki zmieniają los ludzi. Niektórzy przeczytali Tygrysa Malajów i zostali profesorami literatury na odległych uniwersytetach. Siddhartha przywiódł do buddyzmu dziesiątki tysięcy młodych ludzi, Hemingway przekształcił ich w sportowców, Dumas pogmatwał życie niezliczonym kobietom, a niejedną z nich uratowały od samobójstwa książki kucharskie. Bluma stała się ofiarą książek”.

To był bardzo obiecujący początek.

Dalej pojawia się zagadka - na biurko profesora zastępującego Blumę tafia adresowana do niej przesyłka, na której nie ma nadawcy, a za to są znaczki z odległego Urugwaju. W środku znajduje się powalana cementem Smuga cienia Conrada, a wewnątrz dedykacja skreślona ręką zmarłej. Ktoś odesłał ofiarowany mu prezent. Wówczas pojawia się pomysł, by odnaleźć nadawcę. Podczas poszukiwań profesor trafia na bibliofila, który zbiera tylko cenne egzemplarze i na szaleńca, który nie potrafi rozstać się z żadną książką.

Bardzo miła, niespieszna lektura. Przez swe skromne rozmiary zmuszała mnie do tego, by czytać ją powoli i delektować się historią. Opisy zbiorów przypominały mi inną książkę - nieco bardziej „przygodową” - również z kręgu hispanojęzycznego „Klub Dumasa” Arturo Pereza-Revertego. (Cholera, właśnie sobie uświadomiłam, że ta książka nie wróciła do mnie po pożyczeniu, grrrr, grrr).

Czytając „Dom z papieru” nie mogłam przestać myśleć o swoich książkach, które zdecydowanie pochłaniają moją przestrzeń życiową. Zawsze obiecuję sobie, że przez najbliższy miesiąc niczego nie kupię. Po to właśnie zapisałam się do biblioteki. I co z tego? Zawsze coś przytaszczę, a potem jestem zła na siebie. Z powodu zbyt licznych zakupów księgarskich często zdarza się tak, że gdzieś położę nową pozycję, bo czytam coś innego, potem zapomnę i po kilku miesiącach mam niespodziankę. Przed chwilą odkryłam zapomniany „Gulasz z trula” Krzysztofa Vargi. Jestem beznadziejna. Choć z drugiej strony cieszę się, że dzięki dwóm wizytom w bibliotece zaoszczędziłam ok. 15 cm na półce. ;) Czy przeliczanie książek na metry to już barbarzyństwo? :)