Nie będzie tu recenzji, ale raczej opis wrażeń, jakie wiążą się z przeczytanymi książkami. Ku pamięci. Mojej pamięci.
RSS
czwartek, 27 listopada 2008
Feridun Zaimoglu „Leyla”

Nie pamiętam innej książki, która aż tak targałaby moimi emocjami. 

Akcja rozgrywa się, jak czytamy na obwolucie, w latach pięćdziesiątych w Anatolii. Bohaterką i narratorką jest Leyla - najmłodsza z pięciorga rodzeństwa. Mieszka z matką, dwoma braćmi i dwoma siostrami oraz z mężem swojej matki... czyli z ojcem. Ojciec jest obrzydliwym chamem i despotą, który zatruwa życie rodziny swoim przekonaniem o własnej wielkości i czerpie nieskrywaną radość z pełnienia nad nią władzy. Matka jest, oczywiście, uległa - podobnie jak siostry, bo to tylko głupie kobiety. Bracia mogą więcej, bo są chłopcami, a później niemal wszystko, bo są mężczyznami. Leyla nie chce godzić się na taki układ sił. Piszę „nie chce godzić się”, a nie „nie godzi się”, ponieważ nie jest jeszcze gotowa do sprzeciwienia się tradycji, obyczajom czy religii. Nie, przeciw religii nigdy nie wystąpi. W dziewczynce, która staje się kobietą, widać pęknięcie - z jednej strony chce postępować zgodnie z przyjętymi normami, a z drugiej chce czegoś odrobinę innego. Waha się między tradycją a nowoczesnością, między znachorką a lekarzem. 

Leyla

Na obwolucie znajdują się słowa Witolda Szabłowskiego, które muszę zacytować, bo idealnie odzwierciedlają moje wrażenia po książce:  

„Jest tu jakaś patologia. Czterdziestoletni, na oko zdrowy facet opisuje świat widziany oczami małej dziewczynki. Co to ma być!? Ten świat, wschodnia Turcja, jest u niego umazany krwią, przeżarty brutalnością i aż w nim bulgocze od hormonów i od seksu. Ale jeszcze bardziej patologiczne jest to, jak dobrze Zaimoglu wtopił się w Leylę. Jak doskonale opisał jej najbardziej intymne myśli i chwile. Albo ukradł te opowieści jakiejś małej dziewczynce i wydał pod swoim nazwiskiem, albo niemiecko-turecki Allah dał mu naprawdę wielki talent”. 

Właśnie. Gdyby tę książkę napisała kobieta, byłabym uboższa o jedną nadzieję. Zaraz wytłumaczę, o co mi chodzi. Mamy tu szczery i brutalny obraz świata patriarchalnego, gdzie kobieta znaczy tyle co nic, gdzie spod kurateli ojca może się wyrwać jedynie pod opiekę męża. A mąż? Mąż też może być równie obrzydliwy jak ojciec. Gdyby pisała to kobieta, można byłoby jedynie zadumać się obrazem takiego świata i współczuć jej. Ale to napisał facet. Ten, któremu społeczeństwo daje potężne narzędzie władzy. I to właśnie on oskarża! I w tym tkwi owa nadzieja! Kobieta-ofiara może tu zrobić niewiele. Mężczyzna-oprawca może zrobić wszystko, by przerwać krąg krzywd. 

I jeszcze na marginesie jedna uwaga na temat patriarchalno-islamskiej zagadki. Moim zdaniem islam nie radzi sobie z kobietą - ma do niej bardzo ambiwalentny stosunek. Z jednej strony kobietą można pomiatać, bo to istota mniej rozumna, a z drugiej strony należy ją szanować i nie patrzeć na nią pożądliwie, bo to jej uwłacza. O co tu chodzi?  

Na koniec kilka cytatów: 

„Rodzina, dzieci, dziewczyny, żona, siedzą, jak nakazano, u jego stóp. Przekonał się - podczas jego nieobecności nie wkradły się żadne obce zwyczaje, przez dwa dni bez jego dozoru nie wypadli z rytmu. [...]

Kobieto, mówi, nie jesteś ciekawa interesów, jakie zrobiłem?

Opowiesz mi o tym, panie. Jeśli uznasz to za stosowne.

Nie, oznajmia Halid, po co miałbym marnować czas? To wszystko nie pomieści się w twojej małej babskiej głowie. [...]

Tam, daleko, mówi Halid i znów zaczyna chodzić w kółko, ludzie są dzicy, próbują oszukać obcych. Ze starego przyzwyczajenia próbowali też ze mną. Udało im się?... Ty, Tolga, odpowiedz!

Nie, ojcze. W twoim przypadku się przeliczyli.

Właśnie, sam bym tego lepiej nie ujął. Z moich interesów rozumiecie tyle, co kot napłakał”. 

„Żywiciel rodziny jest poza domem, staramy się opanować, kiedy wraca od swoich interesów, bo wpada w złość, gdy jesteśmy weseli”. 

„Honor mężczyzn przynosi nieszczęście, gadanina mężczyzn odbiera żyjącym powietrze i chleb”. 


Uff... przeczytałam tę książkę, choć na początku byłam w stanie czytać 20-30 stron dziennie. Jeśli kiedykolwiek zobaczę nazwisko pana Zaimoglu, kupuję w ciemno. Wielkie ukłony dla Wydawnictwa Czarne, choć mam drobną uwagę... Czy nie lepiej byłoby dać inne zdjęcie autora? Kto widział to zdjęcie, pewnie wie, o co mi chodzi. :)


I ów autor (nie z okładki):

Zaimoglu

Dopisane:

Na portalu arabia.pl właśnie przeczytałam o spotkaniach z autorem „Leyli”: 

POZNAŃ
9 grudnia (wtorek), godz. 18:00
Bookarest, Galeria Stary Browar, Dziedziniec Sztuki, ul. Półwiejska 42
Spotkanie poprowadzi Joanna Roszak
 

WARSZAWA
10 grudnia (środa), godz. 19:00
Instytut Goethego, ul. Chmielna 13a
Spotkanie poprowadzi Krzysztof Tkaczyk
 

KRAKÓW
11 grudnia (czwartek), godz. 18:30
Instytut Goethego, Rynek Główny 20
Spotkanie poprowadzi Paweł Zarychta

Podróże w czasie

Oto moja wstępna lista lektur na wyzwanie czytenicze "Podróże w czasie": 

Starożytność - Robert Graves „Ja, Klaudiusz” - dziecięciem będąc oglądałam ekranizację przygotowaną przez BBC, która bardzo działała na mą wyobraźnię (Kaligula autentycznie mnie przerażał). Kilka lat temu (sic!) kupiłam obie książki - „Ja, Klaudiusz” oraz „Klaudiusz i Messalina”. Jeszcze po nie nie sięgnęłam. Wstyd! 

Średniowiecze - Umberto Eco „Baudolino” - bo uwielbiam erudycję Eco, która zawsze skłania mnie do poszerzania wiedzy. A „Baudolino” czeka już prawie rok. Kolejny wstyd. 

Wiek XVII - S.E. Miano „Samotnik z ulicy Rosengracht” - bardzo lubię wszelkie opowieści o malarzach. Chyba chcę w ten sposób rozgryźć tajemnicę ich dzieł. Tutaj wychodzi nie wstyd, a kompleksy. ;) 

Oświecenie - Thomas Pynchon „Mason i Dixon” - trochę na przekór sobie. Książka trafiła niedawno pod mą strzechę. Nie kupowałam jej, więc wygląda na to, że mój mąż ją przyniósł. A dlaczego na przekór? Bo już coś kiedyś czytałam tego pana. A z faktu, że nawet nie pamiętam tytułu tej książki, śmiem wnioskować, że nie zachwyciła mnie. ;) Daję mu drugą szansę. 

Wiek XIX - Michael Faber „Płatek szkarłatny i biały” - no tak... Nie czytałam. Ale jak zauważyłam, kilka osób już się przyznało do tego. A że uwielbiam porównywać swoją opinię z opiniami innych, bardzo się cieszę, że nie jestem jedyna.:) 

Wiek XX - M. Krajewski „Dżuma w Breslau” - dwie części przeczytałam i zachwyciłam się pomysłem na bohatera - inteligentnego, chamskiego, nieprzewidywalnego, niemiłego, który pociąga mnie swą prawdziwością. 

No to do dzieła!

poniedziałek, 17 listopada 2008
Mircea Cărtărescu „Dlaczego kochamy kobiety”

Cóż za dziwaczne doświadczenie czytelnicze!

Kilka miesięcy temu podczas wędrówek po księgarni natknęłam się na książkę pana Cărtărescu. Jest to, jak wyczytałam na okładce, „jeden z najwybitniejszych współczesnych pisarzy rumuńskich”... Taaaa... Jedynymi znanymi mi elementami zbioru „Pisarze rumuńscy” jest Eliade i Ionesco. Jak widać, w tym zbiorze nie ma Mircea Cărtărescu.

Dlatego kupiłam książkę, by poznać przedstawiciela współczesnej literatury rumuńskiej i przy okazji dowiedzieć się, dlaczego kocham kobiety. ;)

Dlaczego mówię, że to dziwaczne doświadczenie czytelnicze? Otóż od początku miałam skojarzenia z „Zeligiem” Woody Allena. :) Allen w formie dokumentalnej przedstawia życie człowieka-kameleona. Problem w tym, że taki człowiek nigdy nie istniał. I czasami właśnie takie miałam wrażenie - autor wspomina swą młodość, swoje osiągnięcia, jakieś nagrody, pojawiają się przypisy - a ja nie wiem, o czym ten pan do mnie rozmawia. Gdyby na koniec okazało się, że taki pisarz nie istnieje, nawet bym się szczególnie nie zdziwiła. Ale istnieje. :)

Mircea Cartarescu

I znów cytat z okładki: M. C. „odsłania [...] nowe oblicze - doskonałego obserwatora i wytrawnego znawcy kobiet”. Nie ukrywam, że mocno zasugerowałam się tym „obserwatorem” i jednocześnie zjeżyłam się nieco. Bo tych reklamowanych „znawców” i „obserwatorów” już poznałam. I zdążyłam nawet znienawidzić (tak, tak, mam na myśli pana Leona i pana Paulo). A tu niespodzianka - zero prostych, a raczej prostackich spostrzeżeń, żadnych „spojrzałem na nią i zatopiłem się w toni jej ócz”. ;)

Są tu różne opowiadania o różnorodnym ładunku emocjonalnym, w których widać pewien zachwyt kobiecością - nieco tajemniczą. Ale z drugiej strony ta tajemniczość nie jest nie do przeniknięcia. Nie ma tu stawiania kobiety na podniebnym piedestale i przypisywania jej magiczności nie z tej ziemi. Raczej mamy tu opis magicznych CHWIL związanych z kobietą - kochanką, matką, złotowłosą na plaży, żoną... I ten ukłon w stronę czytelniczek: „Proszę łaskawe czytelniczki tej książki...". Miłe, miłe.

Zastanawiam się teraz, czy jestem podobna do kobiet z jego wspomnień czy wyobrażeń albo czy odkrył o mnie coś, czego nie wiedziałam. Chyba nie. Co zabawne, przez pierwsze opowiadania odczuwałam naprawdę ogromną jedność z narratorem a nie z bohaterkami - wyalienowanie czytelnicze w liceum, coś, co nazywam pamięcią zapachu... Fajne uczucie.

W ostatnim opowiadaniu zatytułowanym „Dlaczego kochamy kobiety” padają jasne odpowiedzi: „[...] Ponieważ w łóżku są śmiałe i pomysłowe nie z zamiłowania do perwersji, lecz żeby pokazać, że cię kochają. [...] Ponieważ powstają z dziewczynek. [...] Ponieważ mówią „Kocham cię” właśnie wtedy, gdy kochają cię troszkę mniej, jako rodzaj kompensacji.[...] Ponieważ są nadzwyczajnymi czytelniczkami, dla których powstaje trzy czwarte poezji i prozy świata”. A to lizus! ;)

Dlaczego kochamy kobiety

A dlaczego kochamy Wydawnictwo Czarne? Ponieważ stworzyło cykl „Inna Europa inna literatura”. I nie dlatego, że ta książka była wybitna (choć bardzo miło mi się ją czytało), ale dlatego, że dano mi szansę na poznanie literatury z kręgu kulturowego, który zwykle jest pomijany i spychany na margines.

Od kilku dni zmagam się z kolejną książką tego wydawnictwa...

wtorek, 04 listopada 2008
Neil Gaiman „Księga cmentarna”

„W ciemności przesuwała się ręka trzymająca nóż. Nóż miał rękojeść z polerowanej czarnej kości i klingę gładszą i ostrzejszą niż jakakolwiek brzytwa. Gdyby cię skaleczył, pewnie nie nawet nie zauważyłbyś tego. Nie natychmiast”. 

Księga cmentarna

Gdy słyszę takie słowa jak: brzytwa, nóż, skaleczenie, krew, czuje dziwne mrowienie w kolanach i robi mi się ciut słabo. No cóż, nigdy nie brałam pod uwagę wyboru jakiegokolwiek zawodu medycznego. Lecz wbrew mojej przypadłości (czyżbym w poprzednim wcieleniu wykrwawiła się na śmierć lub co gorsza, kogoś zamordowała?) uwielbiam wszelkie seriale medyczne, a i czytanie takich opisów nie powoduje u mnie dłuższych omdleń. ;)  

Dlatego zagryzając Paluszki wiedźmy (nie, nie jestem wielbicielką halloween :)) czytałam sobie dla relaksu „Księgę cmentarną” Neila Gaimana.

Paluszki wiedźmy

Przepis na paluszki wzięłam stąd. 

Dwuletni chłopczyk ze skłonnościami do nocnych wędrówek cudem unika śmierci z rąk mrocznego Jacka. Ów mężczyzna morduje jego matkę, ojca i siostrę i, oczywiście, chce też zgładzić malca. Niczego nieświadomy chłopiec wychodzi jednak z domu i idzie na pobliski cmentarz, gdzie zostaje znaleziony przez miejscowe duchy. Szczególną uwagę zwraca na niego pani Owens, która nie miała własnych dzieci i zastanawia się nad zaopiekowaniem się maluchem. Pan Owens ma niejakie wątpliwości - przecież chłopiec jest żywy, a oni od kilkuset lat już nie bardzo. Jednakże ku swemu przerażeniu widzą ducha! Tak, tak, duchy też mogą się przerazić widokiem obcego ducha, zwłaszcza gdy ten nie przynależy do ich cmentarza. Duch matki chłopca prosi, by ktoś zaopiekował się synkiem i znika. Cóż robić, trzeba zorganizować opiekę nad dzieckiem, które otrzymuje imię Nikt (w skrócie Nik).  

Nik otrzymuje Swobodę Cmentarza, co oznacza, że może wchodzić tam, gdzie śmiertelnicy nie mają wstępu. Bawi się z duchami dzieci, uczy się u dawnych nauczycieli, a zwichniętą kostkę zawsze może wyleczyć jakiś lekarz sprzed wieków. Jednakże dla własnego bezpieczeństwa nie może wychodzić poza cmentarz. W końcu ten, co wymordował jego rodzinę, cały czas może na niego czyhać. 

Przeczytałam dotychczas trzy książki Gaimana, „Koralinę”, „Nigdziebądź” i teraz „Księgę cmentarną”. I mam dość mieszane uczucia. Z jednej strony bardzo miło spędzam czas, z drugiej - mam wrażenie, że są to książki nie dla mnie, a dla zdecydowanie młodszego czytelnika. To trochę tak, jakbym teraz na poważnie zaczytywała się w „Panach Samochodzikach”. No ale przecież trzeba pielęgnować w sobie wewnętrzne dziecko, prawda? ;) Pewnie kiedyś jeszcze coś przeczytam pana Gaimana.  

Aha - jakoś na początku przyszłego roku w kinach ma pojawić się ekranizacja „Koraliny”. Widziałam fragmenty i wygląda baaardzo obiecująco.

poniedziałek, 03 listopada 2008
Podsumowanie Miejskiego Czytania

No tak... Zapomniałam napisać podsumowanie u siebie...

Plany były może mało ambitne - tylko cztery książki:

„Nazywam się Czerwień” - Orhan Pamuk

„Kair, historia pewnej kamienicy” - Alaa Al Aswany

„Chłopiec z latawcem” - Khaled Hosseini

„Pianistka” - Elfriede Jelinek

Czyli trzy miasta egzotyczne (Stambuł, Kair i Kabul) plus Wiedeń.

Prawdziwym wyzwaniem była dla mnie „Pianistka” - po obejrzeniu filmu absolutnie nie miałam zamiaru przeczytać tej książki. Zabrałam się do niej tylko dzięki temu wyzwaniu i chyba po to, by utwierdzić się w swym uprzedzeniu. Ale cóż... nie utwierdziłam się. :)

Orhan Pamuk czekał na półce chyba gdzieś tak od początku roku. Wreszcie się doczekał. Gdyby nie wyzwanie pewnie czekałby na lepsze dni, kiedy to mam więcej czasu (a przecież nigdy go nie mam).

A o istnieniu „Kairu...” i „Chłopca...” pewnie nawet bym nie wiedziała, gdyby nie Prześwietne Grono Czytelnicze. :)

Ogólnie rzecz biorąc, bardzo, bardzo pozytywne wrażenia i z lektur, i z możliwości uczestnictwa w wyzwaniu. Żałuję, że nie miałam czasu przeczytać wszystkich Waszych recenzji, ale sukcesywnie będę to nadrabiać. Aha, mój blog jest dzieckiem Miejskiego Czytania - gdyby nie ono pewnie nigdy bym go nie założyła.

I czekam na następne spotkania. :)

PS. Planowałam słuchać sobie „Zbrodnię i karę” podczas spacerów z psem. Niestety, ze względu na jego stan zdrowia spacery są za krótkie, żeby z powodzeniem wejść w inny świat. I nie wiem dlaczego, ale po kilkunastu latach od pierwszego czytania ta książka już tak mnie nie wciąga. Hm...

sobota, 01 listopada 2008
Czytelnicza spowiedź

Rr-odkowa zaprosiła mnie do zabawy, do której z chęcią się przyłączam. :)

1.
 O jakiej porze dnia czytasz najchętniej?

Najchętniej czytam wieczorami, kiedy uwalniam się mentalnie od pracy (pracuję w domu, więc... zawsze jestem w pracy ;)). Wtedy lubię włączyć sobie nieabsorbującą muzykę i czytać. Preferowana czytelnicza pora roku - jesień!

 2. Gdzie czytasz?

Wszędzie tam, gdzie mam warunki - nawet jeśli są one mizerne. Pociąg, tramwaj i autobus - obowiązkowo. Samolot nie, bo za bardzo lubię latać. ;)

 3.   Jeśli czytasz (na leżąco) w łóżku, to czytasz najchętniej na plecach czy na brzuchu?

Bardzo często czytam w łóżku, ale nigdy na brzuchu. Na plecach i na bokach - raczej się wiercę. ;)

 4.   Jaki rodzaj książek czytasz najchętniej?

Zdecydowanie powieści. Ostatnio mam ochotę na nadrabianie zaległości w klasyce. Właściwie czytam wszystko i jestem otwarta na wszelkie propozycje. ;) Chyba łatwiej mi powiedzieć, czego nie lubię - tych wszystkich „odkrywczych” książek, co to głoszą prawdy oczywiste jako objawione i mają rady na wszystkie problemy świata. Aha - i jestem głucha na poezję!

5.   Jaką książkę ostatni kupiłaś/-eś?

„Ulisses” Jamesa Joyce’a. Nigdy nie czytałam, a jakoś ta książka tak do mnie wołała z półki, że nie mogłam się powstrzymać. Tak w ogóle to ostatnio zakazałam sobie kupowania książek, bo nie mam gdzie ich układać. Ale jakoś nie bardzo lubię zakazy. ;)

 6.   Co czytałaś/-eś ostatnio?

 „Nazywam się Czerwień” Pamuka.

 7.   Co czytasz aktualnie?

 „Księga cmentarna” Neila Gaimana i „Leyla” Feriduna Zaimoglu.

 8.   Używasz zakładek czy zaginasz ośle rogi? Jeśli używasz zakładek, to jakie one są?

 Nie zaginam oślich rogów! Mam mnóstwo zakładek, sama uwielbiam je robić, ale... zawsze gdy są potrzebne, to ich nie ma. Wtedy używam biletów, metek od ciuchów, wydruków z bankomatów i innych śmieci. Strasznie mnie to irytuje, bo mam naprawdę sporo fajnych zakładek.

 9.   Co sądzisz o książkach do słuchania?

 Fajny pomysł w sytuacji, gdy nie można czytać. Pamiętam dość długą nocną podróż do Pragi w towarzystwie „Anny Kareniny”. Audiobooki tak, ale tylko gdy nie można normalnie czytać. Poza tym dość ciężko mi skupić się na słuchaniu (jestem zdecydowanym wzrokowcem), więc w moim przypadku najlepiej sprawdzają się tylko jako przypomnienie dawnych lektur.

 10. Co sądzisz o ebookach?

 Nie przepadam. Przeczytałam całą jedną książkę, której nie chciałam mieć na półce. To był jedyny przypadek.

 Łańcuszki mają to do siebie, że kiedyś się zatykają. Z tego, co widzę, osoby mnie odwiedzające już się spowiadały, więc nie mam go komu przekazać. Ale jeśli jest tu ktoś, kto jeszcze się w to nie bawił - zapraszam. :)