Nie będzie tu recenzji, ale raczej opis wrażeń, jakie wiążą się z przeczytanymi książkami. Ku pamięci. Mojej pamięci.
RSS
sobota, 28 lutego 2009
Etgar Keret „Kolonie Knellera”

No i jestem wściekła. I to nie na Kereta, ale na wydawnictwo (ewentualnie na własną naiwność). Bo na pięć opowiadań, dwa były wydane we wcześniejszych zbiorach - nie jestem w stanie sprawdzić w których, bo książki przeczytane idą do tylnego rzędu na półkach i zwykle potem nie mogę ich znaleźć. :( Przy czym te dwa stare opowiadania obejmują łącznie 70% książki. Taaaa... Ale przecież wydawnictwo ładnie uprzedziło: „Wydawnictwo W.A.B. publikuje kolejne tomiki, zachowując ich oryginalną, autorską kompozycję”. Czyli są kryci. Przy czym pewnie te pierwsze drukowali wedle własnego pomysłu. Dobra. Dla tych trzech opowiadań też bym kupiła książkę. Poza tym nie będę obrzucać błotem tych, którzy jednak dają mi szansę na przeczytanie Kereta.

 Kolonie Knellera

Etgar Keret jest tym pisarzem, który ukoił mnie po śmieci Rolanda Topora - mistrzu sarkastycznych, makabrycznych i surrealistycznych opowiadań. Po odejściu Topora obawiałam się, że być może nie spotykam się już z tak absurdalnym poczuciem humoru. I wtedy odkryłam Kereta. (Heh, właśnie sobie uświadomiłam, że obaj panowie wyrośli w rodzinach żydowskich pochodzących z Polski).  

Wracając do samych opowiadań... Mamy tu takie tytuły:

- „Historia o kierowcy autobusu, który chciał być Panem Bogiem”

- „Szprycerek z piekła”

- „Macica”

- „Nimrod daje popalić”

- „Kolonie Knellera” 

I powiem, że z ogromną przyjemnością przeczytałam to, co już wcześniej znałam. Bo jakże nie dać się uwieść światu, gdzie trafiają samobójcy, którzy raczej nie znajdują tu większego sensu istnienia niż na ziemi, gdzie plącze się Kurt Cobain i marudzi, jak jest mu źle, czym wszystkim działa na nerwy, a Król Mesjasz obiecuje, że tym razem uda mu się zabić i powrócić do życia? 

Kolejna korzyść to zgłębienie pokrętnego sposobu myślenia kierowcy autobusu. Nie każdego, oczywiście, ale tego konkretnego, który przecież może być jakimś tam reprezentantem wszystkich kierowców, którzy nie czekają na biegnącego pasażera i nawet czekając na zielone światło nie otwierają drzwi. Tak, teraz już wiem, kim oni są i jaką mają władzę. :) Nie, nie, nie chodzi o bezinteresowną złośliwość.  

Było to bardzo, bardzo pozytywne, choć króciutkie spotkanie z panem Etgarem. Odczuwam niedosyt.

piątek, 20 lutego 2009
Gerd Schneider „Lalka Kafki”

Chyba czas na wyznanie. Tak, kocham Franza Kafkę miłością ogromną. Był moim pierwszym odkryciem z literatury „poważnej” i to właśnie od „Przemiany” rozpoczęło się moje w pełni świadome i dojrzałe czytanie. Jego „Przemiana” przyczyniła się do mojej metamorfozy. Dzięki niej odkryłam, że nie tylko ja czuję się jakimś freakiem, któremu często trudno nawiązać kontakt z otoczeniem. A po lekturze i próbie podzielenia się odkryciem z koleżankami okazało się, że jestem jeszcze bardziej wyobcowana niż myślałam. Cóż, uroki życia nastolatki. Hm... chyba nawet z tego za bardzo nie wyrosłam... 

Moja fascynacja jest tak nieracjonalna, że będąc ostatnio w Pradze kupiłam sobie „Promena” i „Die Verwandlung”, choć i niemiecki, i czeski są dla mnie zdecydowanie obcymi językami. Ale cóż, miłość nie należy do sfery racjonalnej.  

Nie dziwi więc chyba fakt, że gdy zobaczyłam w zapowiedziach świetną okładkę „Lalki Kafki” i jego nazwisko w tytule, decyzja o kupnie była już podjęta.

 Lalka Kafki

Pewnego ciepłego jesiennego dnia chory już Franz przechadza się po steglitzkim parku, w którym spotyka zrozpaczoną dziewczynkę. Lena zgubiła ukochaną lalkę, która, jak się później okazało, została zniszczona przez psa. Cóż może zrobić pisarz, któremu żal dziecka? Pisze do dziewczynki listy od jej lalki, dając jej ukojenie, wgląd w inny świat oraz rozbudzając ciekawość. I jest to potwierdzony przez biografów fakt (jakże nie kochać Franza?), który stał się przyczynkiem do powstania tej książki. 

W tle mamy kryzys i inflację lat 20. ubiegłego wieku, zapowiedź niepokojów i budzący się strach przed obcymi. Na pierwszym planie pozbawioną rodziców dziewczynkę i pozbawionego widoków na przyszłość pisarza. 

Piękna, niespieszna książka ze wzruszającym, choć nie sentymentalnym zakończeniem. 

I jeszcze link do świetnej strony, coby mi się nie zgubił w przyszłości.

Kurt Vonnegut „Niech pana Bóg błogosławi, doktorze Kevorkian”

Taaaa... Od kilku dni przymierzam się do napisania kilku słów na temat tej cieniutkiej książeczki i coś nie bardzo mi idzie. Bo jakoś tak mi nieswojo pluć na człowieka, którego cenię i który zwykle potrafi mnie i bawić, i wzruszyć.

 Niech pana Bóg błogosławi

Jest to zbiór 21 króciutkich wystąpień pana Vonneguta w nowojorskiej stacji radiowej, gdzie pojawiał się jako reporter życia po śmierci. Sam pomysł na taki temat pojawił się po tym, jak w czasie operacji doświadczył czegoś, co nazwał prawie-śmiercią. Dlatego później postanowił „spotkać się” z różnymi osobami o różnej proweniencji - i tak mamy „wywiad” z Szekspirem, Hitlerem, panią Shelley, ale i Kilgorem Troutem czy z nikomu nieznanym Salvatorem Biaginim. 

Wnioski z tych spotkań są różne. Niektóre są bardziej błyskotliwe, inne mniej - i to raczej z naciskiem na to „mniej”.  

Myślę, że jest to pozycja jedynie dla absolutnych wielbicieli Vonneguta, którzy spijają każde słowo, jakie wyszło spod jego pióra. Umiarkowanym fanom polecam wziąć książkę z półki w księgarni i ją na miejscu przeczytać, by ewentualnie wyrobić sobie własne zdanie. A na pewno nie wydawać 27,70 złotych polskich za 78 stron z interlinią 2,0. 

A może najpierw powinnam była przeczytać chronologicznie pierwszą pozycję o podobnym tytule „Niech pana Bóg błogosławi, panie Rosewater”? Pewnie kiedyś się skuszę. 

Przy czym najciekawszy był Wstęp, w którym pisze o swoim humanizmie.

Kreativ Blogger

Kalio obdarzyła mnie „Kreativ Bloggerem”, za co bardzo dziękuję. :)

 kreativ blogger

Zastanawiałam się, czy dam radę obdarzyć nim konkretne siedem osób i powiem, że nie bardzo mi to idzie, gdyż każdemu blogaskowi z moich zakładek coś zawdzięczam i nie chciałabym nikogo pominąć.  

Więc bierzcie „Kreativa” i się częstujcie! :) 

I przy okazji... myślę, że to wyśmienita okazja, by Wam wszystkim podziękować za inspiracje i świetne recenzje. Złapałam się nawet na tym, że ciężko mi kupić książkę, której nie widziałam na Waszych blogach. Ech.

środa, 04 lutego 2009
Marek Krajewski „Dżuma w Breslau”

Oj, jak ja lubię pana Krajewskiego! To moje trzecie spotkanie z tym autorem i znów udane. I chyba nawet „Dżuma w Breslau” podobała mi się najbardziej. Uwielbiam może nie tyle samego Eberharda Mocka (bo raczej nie chciałabym, by był moim kolegą), ile sam pomysł na bohatera - faceta, który niby stoi na straży porządku, ale to on sam definiuje, czym ten porządek ma być. Bo takie na przykład dziwki czy burdele mieszczą się w uporządkowanym świecie Mocka bez żadnych problemów. Alfonsi już nie.

 Dżuma w Breslau

Tym razem mamy dwie zamordowane prostytutki, którym ułamano przednie zęby. Mock, jako że zna dziwki nie tylko, że tak powiem, „organoleptycznie”, ale i na gruncie zawodowym (jest nadwachmistrzem w policji obyczajowej), ma pomóc w ich identyfikacji. Sprawy nie ułatwia fakt, że jest na kacu, a poprzedniego dnia po ostrym piciu urwał mu się film i znalazł się nagi daleko poza miastem z palcami umazanymi różową farbą. W dodatku panuje nieznośny upał, a w mieszkaniu, w którym znajdują się zamordowane, potwornie cuchnie moczem. Kac plus upał, plus smród to nie jest mieszanka, o jakiej się marzy. 

Nie chcąc pisać zbyt wiele, by nie zdradzić rozwiązania zagadki, w którą osobiście uwikłany jest główny bohater, powiem tylko, że mamy tu tajemniczą grupę mizoginów, pohańbionego więźnia, trochę chędożenia, sporo alkoholu i, tradycyjnie już, dużo łaciny. No i oczywiście przedwojenny, niepolski Wrocław. 

Taka mała refleksja mi się nasunęła... Pamiętam, że gdy kilkanaście lat temu zdawałam maturę, starsze pokolenia mówiły, że ta przedwojenna matura to była prawdziwa matura. I literaturę trzeba było doskonale znać, i historię, i oczywiście łacinę. Teraz ja patrzę na obecne pokolenie zdających i mówię: Co? Prezentacja z polskiego?!? ;) Ale moje oburzenie jednak nie zmienia faktu, że ta moja matura to też były popłuczyny po tej dawnej. I choć w czasach licealnych zapewne wyśmiałabym pomysł uczenia się łaciny, to teraz jednak czuję takie właśnie braki w wykształceniu. Wiem, że pan Krajewski studiował filologię klasyczną, niemniej wstyd mi, że ogromnej większości terminów łacińskich nie znałam. Buuu... To tak w nawiązaniu do wyzwania historycznego - czasami takie spotkania są bolesne dla dobrego mniemania o sobie. :)

wtorek, 03 lutego 2009
Platon „Obrona Sokratesa” i „Kriton”

Tym razem teksty poważne. A zanim nawiążę do obu dzieł, muszę nieco opisać bohatera i czasy, w których żył. 

Ateny. V w. p.n.e. Czasy demokracji ateńskiej - demokracji, czyli dosłownie rządów ludu. Ustrój ten chyba niewiele wspólnego ma z naszym postrzeganiem demokracji - zwłaszcza tej współczesnej, która jest demokracją pośrednią (wybieramy tych, którzy rządzą). W ateńskiej demokracji bezpośredniej wszyscy obywatele (oczywiście za wyjątkiem kobiet, dzieci, niewolników) mieli szanse wziąć udział w rządach. I tak, na przykład, przez losowanie wybierano pięciuset członków Wielkiej Rady (jednocześnie rządziło jedynie pięćdziesięciu; pięćdziesiątki wymieniały się po 35-36 dniach). Owi prytani siedzieli cały dzień w jednym miejscu i pojedynczo załatwiali bieżące drobne sprawy (spory itp.), natomiast większe pozostawiano Zgromadzeniu Ludowemu (czyli wszyscy prytani debatowali razem). Podczas takiego Zgromadzenia losowo wybierano przewodniczącego (na jeden dzień). Takie tam zabezpieczenia, coby jednostka nie dorwała się na stałe do władzy... 

Bohater. Sokrates był człowiekiem, z którym chyba trudno było obcować. Wędrował po mieście, zaczepiał szanowanych obywateli, zadawał im pytania, doprowadzał do tego, że wyprowadzali wnioski, których nie chcieli wyprowadzić (chyba w „Gorgiaszu” po mistrzowsku wydusił z człowieka, że lepiej doznawać zła niż je popełniać, czego ów biedak na początku nie chciał przyznać)*. Był męczący. Jednocześnie wcale nie twierdził, że jest w posiadaniu wszelkiej prawdy. Lubił porównywać się do akuszerki, która sama nie będąc brzemienna pomaga rodzącym wydać na świat dziecko. Dlatego „napadnięty” delikwent nawet nie mógł mu zarzucić, że się wymądrza, bo on tylko prowokował „bóle”. Młodzież go uwielbiała, bo sprzeciwiał się utartym schematom, był jak bąk na ciele miasta. A to nie mogło podobać się ogółowi. 

Nonkonformista. Pewnego razu tak się zdarzyło, że Sokrates został prytanem, a na domiar los padł na niego, gdy decydowano o tym, kto będzie przewodniczącym Zgromadzenia Ludowego podczas rozprawy przeciwko dowódcom floty ateńskiej. Przywódcy owej floty odnieśli zwycięstwo w bitwie, lecz niestety warunki pogodowe nie pozwoliły im wyłowić z morza trupów swoich żołnierzy, co skazało zabitych nieszczęśników na to, że ich dusze nie zaznały spokoju, a na miasto spadła hańba. Sokrates nie mógł pozwolić na skazanie dowódców za grzech zaniechania, czym znowu się naraził Ateńczykom. Oskarżeni zostali skazani następnego dnia, gdy przewodniczącym został ktoś inny. 

Oskarżenie. Sokrates był szeroko znanym obywatelem i niezbyt lubianym. W końcu pojawił się oburzony ojciec, którego syn włóczył się za Sokratesem i nie chciał pracować u ojca w garbarni. Sformułowano zarzuty: „Zbrodnię popełnia Sokrates, bogów, których państwo uznaje, nie uznając, inne zaś nowe duchy wprowadzając; zbrodnię też popełnia, psując młodzież. Kara śmierci”. 

„Obrona Sokratesa” to wystąpienie samego zainteresowanego przed sądem przysięgłych, podczas którego próbuje wykazać bezzasadność takiego oskarżenia. Spisał ją Platon. Sam Sokrates nie zostawił po sobie żadnych pism - wszelkie jego nauki przekazane były przez jego uczniów.  

Czytając „Obronę” naprawdę rozumiałam, dlaczego sędziowie skazali go na śmierć (nota bene, Sokrates mógł wybrać wygnanie, ale chcąc uwiarygodnić siebie i swoje życie, zdecydował się na cykutę). Dumny, przekonany o własnej wyższości, ale i nieugięty, twardo obstający przy tym, co uważał za ważne. Pełen pogardy dla głupoty i głupców, ale i osamotniony w dobrym dziele. Ktoś taki musiał zginąć, bo ugiąć się nie mógł. Z kolei Ateny nie mogły już znieść jego obecności. 

Czy tak inteligentny człowiek nie mógł się bronić skuteczniej? Czasami te jego argumenty podszyte były emocjami, a nie intelektem. Może chciał wpłynąć na uczucia sędziów? Może nie chciał odwoływać się do inteligencji, gdyż jej brakowało u słuchaczy? Momentami byłam zdziwiona jego bezradnością i nieco sofistyczną argumentacją (a przecież od sofistów się odżegnywał). Z drugiej strony nie mógł iść na kompromis poprzez pokajanie się i obietnicę zaniechania nauk. Nie mógł zgodzić się na banicję, gdyż z obcego miasta też by go wygnano za tego typu zachowanie, którego porzucić nie chciał. 

 Śmierć Sokratesa

Jacques-Louis David „Śmierć Sokratesa” (1787 r.) 

Natomiast „Kriton” to jakby drugi odcinek tego samego serialu. Zmienia się miejsce akcji - Sokrates znajduje się w więzieniu i oczekuje na wykonanie na nim wyroku. Przychodzi jeden z jego uczniów i próbuje go przekonać, że pieniądze i wpływy mogą doprowadzić do uwolnienia go lub choćby ucieczki. I tu mamy już typowy platoński dialog. Sokrates wychodząc od wspólnych tez doprowadza Kritona do tego, iż ten musi zgodzić się ze swoim mistrzem, że śmierć nie tyle jest najlepszym wyjściem, ale jedynym. Majstersztyk wnioskowania i w moim przekonaniu pewnej manipulacji. ;) 

I jeszcze jedno słowo na temat tłumaczenia. (Oj, posypią się na mnie gromy tradycjonalistów!) Ja wiem, że pan Witwicki wielkim tłumaczem starożytnych tekstów był. Doceniam. Ale zastanawiam się, czy ktoś jest w stanie wpaść na tak nowatorski pomysł, by przetłumaczyć to jeszcze raz - tym razem bardziej przyjaznym językiem. W końcu dzieła filozoficzne to nie pisma święte i można zrobić coś dla spopularyzowania tej matki nauk. A tekst w tak archaicznym tłumaczeniu może jedynie zniechęcić „świeżego” czytelnika. 

Jeśli ktoś zastanawia się nad poczytaniem Platona, nie polecam na początek „Obrony”, gdyż dzieło to może dać fałszywy obraz tego myśliciela.  

I nie powiem, że Sokrates i Platon to moi ulubieni filozofowie. Ale powrót po latach do lektury ich nauk podziałał na mnie ożywczo. 

* Tak, wiem, „Gorgiasza” napisał Platon i nauki tam zawarte traktowane są jako nauki Platona. Ale mistrzem i głównym bohaterem jest Sokrates, który miał olbrzymi, wręcz decydujący wpływ na Platona. Dlatego wypowiedzi Sokratesa w dziełach jego uczniów traktuję jako może nie dosłowne jego słowa, ale na pewno wypowiedzi będące w duchu tego myśliciela.

poniedziałek, 02 lutego 2009
Paul Arden „Cokolwiek pomyślisz, pomyśl odwrotnie”

Nie jest to na pewno książka, która wciąga swą akcją, bo akcji w niej nie ma - choć czytelnik jest ciekawy, co autor powie na następnej stronie. Czasem można się srodze rozczarować, czasem zamyślić, a czasem uśmiechnąć. Jest to coś na kształt poradnika, ale mocno nietypowego - propaguje nowatorskie, „odwrotne”, spojrzenie na wszystko, a w szczególności na karierę zawodową, porażki, postęp.

Cokolwiek pomyślisz

 Każda strona, czy raczej „dwustrona”, to odrębna myśl opatrzona często bardzo ciekawym zdjęciem bądź rysunkiem. Autor pracował w uznanej agencji reklamowej i chyba ma oko do ilustrowania pojedynczego zdania czy opowiastki. 

Mały przykład treści: 

„Pewien profesor kąpał się w rzece Cherwell w Oxfordzie, w miejscu zwanym Parson’s Pleasure, gdzie zwykle pływano nago. 

Kiedy wynurzył się z wody, zauważył płynącą obok łódź ze studentami, więc złapał ręczniki owinął nim sobie głowę”. 

I już. Koniec historii. Żadnego komentarza. 

A teraz wykorzystany przez niego przykład nowatorskiego, jak na lata 30., zdjęcia Andre Kertesza, którego zwiędły tulipan bije na głowę wszystkie tradycyjnie piękne kwiaty i przez to łamie konwenanse: 

Andre Kertesz

 Nie ukrywam, że czasami miałam wrażenie, iż pan Arden, realizując myśl, by myśleć odwrotnie, postanowił sprzedać książkę bez treści albo album bez zdjęć. Ale z drugiej strony jest tu coś, co mnie zainspirowało. Nie, nie twierdzę, że przewartościował się mój świat i że jestem innym człowiekiem. Arden aż tak dobrym manipulatorem nie jest. Niemniej sięgnęłam w księgarni po wątłych rozmiarów książkę, by ją przejrzeć i odłożyć, a potem poszłam z nią do kasy. :) A nie jestem wielbicielką jakichkolwiek poradników.