Nie będzie tu recenzji, ale raczej opis wrażeń, jakie wiążą się z przeczytanymi książkami. Ku pamięci. Mojej pamięci.
RSS
piątek, 16 stycznia 2009
Elia Kazan „Akty miłości”

Przeczytałam. I jestem z lekka skonfundowana... 

Historia rozpoczyna się od tego, że syn dzwoni do ojca i prosi, by ten przyjechał do niego, do bazy wojskowej po to, by poznać jego przyszłą żonę. Niby nic. Przecież chce, aby ojciec poznał swoją przyszłą synową. Ale to od akceptacji ojca zależy związek tych dwojga. Wytłumaczeniem może być to, że rodzina chłopaka pochodzi z Grecji, gdzie głowa rodu decyduje o życiu dzieci i żony, kobieta ma odgadywać zachcianki mężczyzny, a on sam jest po prostu panem i władcą.

 Akty miłości

No dobra - syn chciał zapoznać ojca z narzeczoną. Jest to szczególnie ważne, gdyż ona jest Amerykanką (a przecież z Amerykankami można sypiać, lecz żenić się trzeba z Greczynkami!). Nie była wychowywana w rodzinie z tak silnym patriarchą, a jednak bez słowa podporządkowuje się tym wszystkim zabiegom, które mają na celu zdobycie przychylności starego Greka. Narzeczony podpowiada - co ja mówię - każe jej założyć konkretną sukienkę, żeby lepiej wypadła jako skromna, uległa dziewczyna. Ona nawet prosi narzeczonego, aby zawsze mówił jej, co ma robić, a posłuszeństwo wymuszał pięścią. Ten nie bardzo jest do tego skłonny, więc zaczynają się kłopoty. Zabiegi dziewczyny o sympatię przyszłego teścia zaczynają zabarwiać się jakimś chorym uzależnieniem. Zresztą okazuje się, że dziewczyna do świętych nie należy. Jest modliszką niszczącą mężczyzn, z którymi się wiąże. A jednocześnie sama jest bardzo pokaleczona. 

Napisałam, że jestem skonsternowana. Bohaterka absolutnie nie odpowiadała mojemu typowi charakteru. Wściekałam się na jej decyzje i wkurzała mnie jej głupota. Ale trzymałam kciuki, żeby jej się powiodło, żeby udało jej się wykręcić z tych wszystkich niesłychanych sytuacji, w które sama się pakowała. Nie chciałabym spotkać takiego człowieka na swojej drodze i nie chciałabym, aby ktoś taki stanął na drodze moich bliskich. Bałabym się jej. Bo jej destruktywna siła niszczy nie tylko tych, z którymi wiążą ją jakieś relacje - niszczy wszystko, co ją otacza. A z drugiej strony bardzo jej współczułam i odczuwałam bezsilność z powodu jej autodestrukcji, gdyż jej negatywne decyzje przede wszystkim niszczyły ją samą. To taki typ, który potrzebuje pomocy, ale nigdy jej nie przyjmuje, bo ma własną wizję. W dodatku ta wizja jest nierealna. Poza tym to, co jej podoba się w danej chwili, na drugi dzień zaczyna ją męczyć. Totalne pomieszanie. Chyba chciałam, żeby coś zrozumiała i „nawróciła” się. 

Jeśli ktoś myśli, że jego związek jest porąbany - polecam. Można nabrać dystansu do siebie. ;) Jeśli ktoś jest zraniony przez płeć przeciwną (nie ma znaczenia którą) - może utwierdzić się w tym, że kobiety/mężczyźni to świnie. Jeśli ktoś czuje się zniewolony - może pocieszyć się, że niemal znajduje się w raju, bo przecież nie jest częścią jednej wielkiej greckiej familii, w której każdy musi znać swoje miejsce (nie potępiam tej familijności - bo jest też pewna tęsknota za prawdziwą, zdrową rodziną). Dobra, nie piszę więcej. Jeśli ktoś chce podjąć ryzyko - niech to robi na własną rękę.

sobota, 10 stycznia 2009
Yves Jego, Denis Lepee „Tajemnice Boscha”

Uwielbiam książki o malarzach i ich dziełach. Taki na przykład „Kod Leonarda” czy „Anioły i demony” pochłonęłam w błyskawicznym tempie nie dlatego, że wciągnęła mnie fabuła, intrygi i spisek (och, ten wstrętny Watykan i jego poplecznicy! ;)), ale właśnie ze względu na wplątanie tam wątków artystycznych. Tak, kupiłam sobie nawet jakieś mocno wypasione wydania z reprodukcjami. A co? Miałam fantazję ułańską. 

Dlatego gdy zobaczyłam tytuł „Tajemnice Boscha” i okładkę z reprodukcją fragmentu „Sądu ostatecznego”, to nawet nie szukałam wymówki. Tak, tak, drodzy wydawcy, wciśniecie mi każdy bubel o tej tematyce. ;)

Tajemnica Boscha

W Bois-le-Duc (Księstwo Brabancji), mieście Boscha, dokonano straszliwej zbrodni. Zwłoki ludzkie zbezczeszczono, jego fragmenty pomieszano z truchłem zwierzęcym - a wszystko to stało się w kościele. Nie jest to jedyna tego typu masakra. W różnych częściach Cesarstwa Niemieckiego dochodzi do podobnych mordów. Głównym podejrzanym staje się stary malarz - Hieronim Bosch, ponieważ dziwaczne postaci tworzone z trupów przypominają jego dzieła. Jednakże tak naprawdę nie chodzi tylko o Boscha (w końcu to tylko jeden człowiek - nie on pierwszy cierpiałby niewinnie). Problem w tym, że sytuacja w Cesarstwie Niemieckim nie jest zbyt stabilna - Francja (Ludwik XII) naciska na Watykan (Juliusz II), by ten ekskomunikował cesarza Maksymiliana i cały naród niemiecki, gdyż szerzy się tam zło (Marcin Luter zaczyna już głosić swe nauki i do tego te nieszczęsne zbrodnie!). Młody król Anglii (Henryk VIII) próbuje zjednoczyć Europę przeciwko Francji. Dlatego pokój na kontynencie zależy od ujawnienia zbrodniarza/y. Papież wzywa zaufanego artystę (znów ten Leonardo - ma chłopak wzięcie), aby rozwikłał zagadkę. 

Uff, nawet się nie pogubiłam w tych sprawach historyczno-politycznych. 

Jest oczywiście i wątek miłosny - Gabriela (córka Ginevry de Benci; portret Ginevry poniżej) zakochuje się w Filipie I Pięknym (syn cesarza) ze wzajemnością - wątek beznadziejny. A tak na marginesie... czasami mam wrażenie, że gdzieś na jakichś kursach pisania powieści ktoś kiedyś powiedział potencjalnym pisarzom, że aby coś się sprzedało, musi zawierać drgnięcia serc, dwie połówki pomarańczy czy wariacje na ten temat. Jakby bez miłości nie było książki. Naprawdę, w roli wybawcy Filipa świetnie sprawdziłby się jakiś serdeczny przyjaciel, a nie wątła dziewuszka, co to poza pałac nosa wcześniej nie wyściubiła. 

Ginevra

Obrazek wzięty stąd.

Ale co tam zakochani, dawno obrócili się w proch! Miłość nie jest wieczna, w przeciwieństwie do Rzymu, dzieł Dürera, Boscha, czy - niech im tam będzie - Rafaela, Leonarda, Giorgiona, Tycjana, Bramantego. To, co bardzo podziałało mi na wyobraźnię, nie jest niczym niezwykłym i odkrywczym. Chodzi o to, że wszyscy oni żyli mniej więcej w tym samym czasie. Niektórzy zapewne kontaktowali się ze sobą i oddziaływali na siebie. Byli ludźmi. Oczywiście, że autorzy książki wypełnili nieznane luki w ich życiorysach i dodali im jakieś cechy. Nie zmienia to jednak faktu, że żyli oni w konkretnym czasie i że ich osie czasowe pokrywały się. Kiedy przeglądam albumy, czytam monografie - zawsze oddaję się jednemu artyście. Biorąc do ręki następny album, myślę już o drugim. W „Tajemnicy Boscha” oni wszyscy stali się bohaterami jednej książki. To trochę tak, jakby w jednym filmie zagrały same fascynujące gwiazdy.  

Trudno ocenić mi tę książkę. Z jednej strony postacie historyczne nabrały rumieńców (ogromny plus). Historia staje się pasjonującym teatrem wydarzeń (znowu plus). Poza tym pomysł zbrodni inspirowanych sztuką też niczego sobie. No ale nie ukrywajmy - jest to zwyczajne czytadło. Przy czym zainspirowało mnie do pogrzebania w sieci i dzięki temu okryłam, że w ms2 odbywają się wykłady z historii sztuki - i już dziś dowiedziałam się nieco o występujących w książce postaciach. Czyli znów plus. I niech tak zostanie. ;)

piątek, 09 stycznia 2009
Edward Redliński „Konopielka”

„Co innego wstawać latem, co innego zimo. Słonko to zawsze wstaje równo, zaraz po kogutach, i to zima czy lato, tyle że latem pokazuje sie od razu, latem dużo roboty, a zimo, jesienio wyleguje sie: nie wschodzi na niebo, bo po co? Leży sobie pod spodem, wygrzewa sie po ciemku, czochra sie, całkiem jak w chatach gospodarze. 

[...] 

Taki, co by widział przez ściany i ciemno, zobaczyłby naraz we wszystkich chatach nogi, jak raptem my wyłażo spod pierzynów i boso szukajo podłogi, macajo. A już i głowy, plecy dźwigajo sie, prostujo i nie wiadomo kiedy na wszystkich łożkach siedzo męszczyzny w gaciach i koszulach, oczy dalej majo zapluszczone”*. 

Tak zaczyna się „Konopielka”, znana mi do tego pory jedynie z filmu z 1981 roku. Film był świetny, więc brnęłam przez kolejne strony. Na początku czytało mi się bardzo ciężko, bo żeby zrozumieć sens, musiałam przeczytać każdy wyraz, a nie jedynie omieść go wzrokiem. Ech ta gwara...  

Konopielka

Rzecz się dzieje na białostockiej wsi w latach powojennych. Wieś jest odseparowana od „nowoczesnego” świata bagnami, rzeką, jej licznymi odnogami. To czasy, kiedy brak jest elektryczności, a nawet brak potrzeby elektryfikacji. Czasy, w których żyto zbierać można jedynie sierpem, bo tato i tato taty, i tato taty taty zawsze tak zbierali, bo jak podejdzie się do zboża z kosą to Pambóg się gniewa. I do takich właśnie Taplar, gdzie wszystko ma swój porządek i gdzie jedyną niewiadomą może być tylko to, czy duch Grzegora naprawdę się pojawił, przyjeżdżają miastowi i nauczycielka. Ich przyjazd i zapowiedź zmian na zawsze odmieni Taplary. 

Kto oglądał film, wie, o co chodzi. Kto nie widział filmu - polecam. 

I wracając do moich odczuć... Przede wszystkim owa gwara przypomniała mi dość długie wakacje spędzone właśnie na białostockiej wsi pod koniec lat osiemdziesiątych. I tak jak teraz miałam trudności z wejściem w język pierwszych stron „Konopielki”, tak też pierwsze dni wakacji były dla mnie czasem odkryć, wsłuchania się w melodię języka niby polskiego. Poznawałam znaczenie nowych słów i dowiadywałam się, że zapach można "usłyszeć". Pani nauczycielka-konopielka często kręcąc głową mówiła: „jak w buszu”. Ja też byłam trochę wyjęta ze swojej rzeczywistości i włożona w tamtejszą rzeczywistość. Po strasznie burzliwej nocy, kiedy rankiem wszyscy dziękowali Bogu, że piorun w chałupę czy stodołę nie strzelił, ja zdziwiona ich obawami powiedziałam: „No przecież i tak walnąłby w piorunochron”. Taaaa, po wyrazie ich twarzy zorientowałam się, że piorunochronów nie mieli i że moja noc była w nieuzasadniony sposób spokojna. ;) I mogłabym tak długo. Teraz ta wieś jest całkiem inna - współczesna, bogata (wzbogacona głównie przez wyjazdy do Ameryki w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych). Pewnie tak jak Taplary Redlińskiego. 

„Konopielka” w gruncie rzeczy mówi o zderzeniu tradycji z nowoczesnością. I o odwadze, jaką trzeba się wykazać, by iść pod prąd, by wziąć kosę na żęcie żyta, by skonfrontować bajania z rzeczywistością. I pomimo trudności nie ustawać. Od dziś Kaziuk jest moim bohaterem, choć często strasznie mnie denerwował. 

„Od porządku, ludkowie, jest Pambóg, on pilnuje, żeby wszystko szło jak szło, było jak było. A diabeł chce zmieniać, podpowiada: ulepszać. Słyszycie? Ulepszać! Już jemu mało, że krowa cieli sie, dzie tam: on chce, żeby sie źrebiła! O, do czego idzie! [...] Chłop z chłopem spać będzie, baba z babo, wilki latać, bociany pływać, słońce wzejdzie na zachodzie, zajdzie na wschodzie! Chybaż wiecie, że co noc jest taka chwilka, kiedy Pambóg musi odpocząć! Zamyka oczy i śpi, chwilkę, ale śpi. A natenczas wszystko co żywe ustaje: rzeki stajo i młyny nie obracajo sie! [...] I wtedy diabeł robi co chce: jednym palcem przewraca, przestawia, podmienia! A w miastach, co w miastach sie wyprawia! W dzień śpio, w nocy pracujo, w piątki nie poszczo, niedzielów nie świętujo! Sodomagomora!” 

Heh, a ja właśnie w owe wakacje się dowiedziałam od mojej rodziny spod Białegostoku, że w piątki katolicy powinni pościć. Strasznie miastowa ja byłam i jestem. ;) Można sobie wyobrazić, co czułam, gdy po lekturze "Konopielki" dzwoniąc do łapskich ciotek z życzeniami usłyszałam, że „dzieci jeszcze nie ma, bo pracujo”. :) Uwielbiam takie sytuacje. 

„Konopielka” to chyba największe moje odkrycie ostatnich miesięcy. Będę do niej wracać, by uśmiechnąć się, zastanowić, wkurzyć i przyjąć na tyłek kopa do zmierzenia się ze światem. ;)

* Teraz ulubionym zwrotem w naszym domu są "zapluszczone oczy". :)