Nie będzie tu recenzji, ale raczej opis wrażeń, jakie wiążą się z przeczytanymi książkami. Ku pamięci. Mojej pamięci.
RSS
piątek, 04 grudnia 2009
„Wszyscy jesteśmy podejrzani” Joanna Chmielewska

Teraz będę odszczekiwać...

Wcześniej pyskowałam, że „Lesio” nieco mnie rozczarował i że nie obśmiałam się tak, jak tego oczekiwałam. Dałam pani Chmielewskiej jeszcze jedną szansę, przyniosłam książkę, usadziłam się na tapczanie i zaczęłam czytać. Co chwilę, na prośbę osobistego dziecięcia, musiałam czytać fragmenty, przy których się zaśmiewałam. Robiłam to tak często, iż w końcu stanęło na tym, że czytałam na głos „Wszyscy jesteśmy podejrzani”. Myślę, że czytanie na głos przydaje dodatkowej szczypty absurdu - może wtedy wyobraźnia lepiej pracuje? A gdy czytelnik staje się uczestnikiem przygód zespołu projektantów - przepadł.

Wszyscy jesteśmy podejrzani

Pewnego dnia Joanna przyszła do biura i oznajmiła, że Tadeusz został zamordowany. Dokładnie mówiąc - uduszony. A jeszcze dokładniej - paskiem od niebieskiego szlafroka. Blady strach padł na zespół. Trochę czasu zabrało Joannie wyjaśnienie, że tak naprawdę to Tadeusz żyje, ale przymierza się do napisania książki i właśnie w tej książce rzeczony Tadeusz zostaje uśmiercony. Informacja rozeszła się po całym biurze i w końcu dotarła do głównego zainteresowanego. Oburzony nafukał na Joannę, że to nie przystoi itd. Pech chciał, że po chwili ktoś Tadeusza naprawdę zamordował. Udusił. A dokładnie mówiąc - paskiem od niebieskiego szlafroka. Pech. Po prostu pech. I wszyscy są podejrzani. Oprócz Alicji. Bo „Alicja jest mi potrzebna w śledztwie. Ona jest roztargniona, co znakomicie urozmaici akcję”. Czy ten argument przemówi do kogokolwiek, a szczególnie do niezwykle przystojnego prokuratora i kapitana milicji? Właściwie dlaczegóżby nie?

Rewelacyjna rozrywka! Jutro (hm... dziś) idę do biblioteki i na pewno wezmę kolejną książkę pani Chmielewskiej. Mam nadzieję, że napisała jeszcze coś z zespołem biura projektowego w tle.

„Karaibska tajemnica” Agatha Christie

Znalazłam sposób na moją bibliotekę - nie szukam konkretnej pozycji, bo nic nie znajduję i tylko się irytuję, ale błąkam się po niej i czekam, aż wpadnie mi coś w oko. Przy jednej wizycie trafiłam na „Dom z papieru” i „Moją piękną pralnię” (bardzo cenne znaleziska, jeśli się weźmie pod uwagę mój sceptycyzm względem biblioteki), a potem zawędrowałam do części kryminalnej. I musiałam wziąć klasyka gatunku, czyli panią Agathę Christie. Bo to wstyd nie znać tej autorki, prawda?

Kiedyś już wprawdzie czytałam jeden jej kryminał („I nie było już nikogo”) i książkę obyczajową pisaną pod pseudonimem Mary Westmacott. Ale z panną Marple miałam przyjemność po raz pierwszy. Pewnie dla znawców jej pisarstwa nie ma tu nic zaskakującego: morderstwo, kilku podejrzanych, rzecz się dzieje na ograniczonej przestrzeni (brak możliwości pojawienia się mordercy z zewnątrz) i poczciwa staruszka z robótką w ręku.

Karaibska tajemnica

Nie będę pisać o intrydze, ale wspomnę o dwóch ciekawych zjawiskach:

1. „Karaibska tajemnica” wygląda bardzo interesująco w kontekście czytanej tuż wcześniej książki Hanifa Kureishiego. Panna Marple korzysta z przywilejów, jakie daje Imperium Brytyjskie. Nie, nie jest wyniosła i nie traktuje tubylców z pogardą. Jest zbyt dobrze wychowania. Ale naprawdę widać delikatną wyższość (kulturalnego przecież) człowieka rasy białej nad tymi, którym niebiosa poskąpiły tego daru. Myślę, że gdyby pani Christie i panna Marple działały współcześnie, nie pozwalałyby sobie na niektóre uwagi. ;)

2. Podoba mi się sama idea takiej postaci - nikt nie zwraca uwagi na nieszkodliwą staruszkę, nikt nie traktuje jej poważnie, a potem wielkie zdziwienie: to ta pani nie ma demencji, potrafi dodać dwa do dwóch, a nawet myśleć logicznie? Bardzo, bardzo lubię, gdy w proch obracają się ogromne budynki stereotypów. Im większy stereotyp, tym większy upadek - a w konsekwencji większa radocha. Szacunek dla wszystkich kobiet zajmujących się naukami ścisłymi, mężczyzn pracujących w przedszkolach, ślicznych blondynek znających się na kwarkach, umięśnionych przystojniaków, którzy wiedzą, kim był Hieronim Bosch i oczywiście czarnych kotów, które... nie przynoszą ani pecha, ani szczęścia. ;) Szacun.

czwartek, 03 grudnia 2009
„Moja piękna pralnia” Hanif Kureishi

Na pewno są na świecie ludzie, którzy nie obejrzą nawet całkiem dobrego filmu tylko dlatego, że gra w nim ktoś, kto im nie pasuje. Ja tak właśnie mam. Do aktorów, za którymi nie przepadam, należy m.in. Clint Eastwood i Daniel Day Lewis - skądinąd zdolni i uznani panowie. No, nie wiem, co jest nie tak - pewnie wytworzyła się między nami jakaś antychemia. ;) Wiele dobrego słyszałam o filmie „Moja piękna pralnia”, ale niestety... grał w nim Lewis. Przeminęło z wiatrem i nie będę płakać. Jednak tytuł na tyle wrył mi się w pamięć, że gdy zobaczyłam w bibliotece tę niewielką książeczkę, wzięłam bez wahania.

Moja piękna pralnia

I cóż my tu mamy? Przede wszystkim scenariusz do filmu, ale także szkice na tematy społeczne i obyczajowe dotykające Wielkiej Brytanii i Pakistanu. Może powiem wprost - sam scenariusz jakoś nie powalił mnie na kolana, natomiast przemyślenia pana Kureishi na temat rozdźwięku między Europą a Azją, między zachodnią kulturą chrześcijańską a islamem (jeszcze sprzed napięć spowodowanych atakiem na WTC) były bardzo, bardzo interesujące. Od powstania tej pozycji minęły lata świetlne - scenariusz powstał w 1984 roku. Dwadzieścia pięć lat to sporo. To całe pokolenie. Po przeczytaniu materiału, w którym tak wyraźnie widać opisane uprzedzenia czy brak tolerancji, zawsze mam nadzieję, że tak było i nie jest, że teraz ludzie są mądrzejsi, a świat lepszy, że ta wyśmiewana poprawność polityczna przynajmniej dokładnie pokazuje, jakie zachowanie jest zdecydowanie naganne. Pewnie jestem naiwna...

„Dom z papieru” Carlos Maria Dominquez

Niewielka książeczka, ładnie wydana, ciekawy tytuł i na okładce „Księgarz” Arcimboldiego - suma tego wszystkiego wpłynęła na to, że wypożyczyłam książkę z biblioteki. Stwierdziłam, że nawet jeśli będzie to pozycja niewiele warta, to nie stracę zbyt wiele ze swego życia.

Dom z papieru

„Wiosną  1998 roku Bluma Lennon kupiła w pewnej księgarni w Soho używany egzemplarz Poezji Emily Dickinson i kiedy doszła do drugiego wiersza, na skrzyżowaniu potrącił ją samochód.

Książki zmieniają los ludzi. Niektórzy przeczytali Tygrysa Malajów i zostali profesorami literatury na odległych uniwersytetach. Siddhartha przywiódł do buddyzmu dziesiątki tysięcy młodych ludzi, Hemingway przekształcił ich w sportowców, Dumas pogmatwał życie niezliczonym kobietom, a niejedną z nich uratowały od samobójstwa książki kucharskie. Bluma stała się ofiarą książek”.

To był bardzo obiecujący początek.

Dalej pojawia się zagadka - na biurko profesora zastępującego Blumę tafia adresowana do niej przesyłka, na której nie ma nadawcy, a za to są znaczki z odległego Urugwaju. W środku znajduje się powalana cementem Smuga cienia Conrada, a wewnątrz dedykacja skreślona ręką zmarłej. Ktoś odesłał ofiarowany mu prezent. Wówczas pojawia się pomysł, by odnaleźć nadawcę. Podczas poszukiwań profesor trafia na bibliofila, który zbiera tylko cenne egzemplarze i na szaleńca, który nie potrafi rozstać się z żadną książką.

Bardzo miła, niespieszna lektura. Przez swe skromne rozmiary zmuszała mnie do tego, by czytać ją powoli i delektować się historią. Opisy zbiorów przypominały mi inną książkę - nieco bardziej „przygodową” - również z kręgu hispanojęzycznego „Klub Dumasa” Arturo Pereza-Revertego. (Cholera, właśnie sobie uświadomiłam, że ta książka nie wróciła do mnie po pożyczeniu, grrrr, grrr).

Czytając „Dom z papieru” nie mogłam przestać myśleć o swoich książkach, które zdecydowanie pochłaniają moją przestrzeń życiową. Zawsze obiecuję sobie, że przez najbliższy miesiąc niczego nie kupię. Po to właśnie zapisałam się do biblioteki. I co z tego? Zawsze coś przytaszczę, a potem jestem zła na siebie. Z powodu zbyt licznych zakupów księgarskich często zdarza się tak, że gdzieś położę nową pozycję, bo czytam coś innego, potem zapomnę i po kilku miesiącach mam niespodziankę. Przed chwilą odkryłam zapomniany „Gulasz z trula” Krzysztofa Vargi. Jestem beznadziejna. Choć z drugiej strony cieszę się, że dzięki dwóm wizytom w bibliotece zaoszczędziłam ok. 15 cm na półce. ;) Czy przeliczanie książek na metry to już barbarzyństwo? :)

czwartek, 15 października 2009
„Perkalowy dybuk” Konrad T. Lewandowski

Swego czasu, przy okazji jednego z kryminałów Krajewskiego z cyklu Breslau, napisałam, że z ogromną chęcią przeczytałabym podobną książkę o Łodzi. I krążąc po księgarni trafiłam na „Perkalowego dybuka”. Już sam tytuł brzmiał zachęcająco - bo dybuk to wyraźne odwołanie do kultury żydowskiej, która stanowi część historii mojego miasta. A gdy przeczytałam podtytuł: „Demoniczna sprawa nadkomisarza Drwęckiego w przedwojennej Łodzi” i zobaczyłam zdjęcie dawnej fabryki Poznańskiego, nie miałam wątpliwości. Kupiłam.

Perkalowy dybuk

O co chodzi:

Najpierw rzecz się dzieje w Warszawie - dochodzi do jatki na Krochmalnej. Warszawski policjant bez porozumienia ze zwierzchnikami (i też bez zabezpieczenia tyłów) postanawia rozprawić się z suterenami i całym szemranym towarzystwem. A w związku z tym, że nadkomisarz Drwęcki nic nie wie o akcji i musi tuszować sprawę przed dziennikarzami, postanawia ukarać Księżyka za niesubordynację... zesłaniem do Łodzi.

W międzyczasie zabito młodą dziewczynę lekkich obyczajów. Zdarza się. Problem w tym, że jej zwłoki znaleziono tuż za murem klasztoru. Męskiego, oczywiście. Drugi problem jest taki, że podejrzany o morderstwo braciszek postanowił własnoręcznie pożegnać się z tym łez padołem. A jako że mamy czasy moralnej odnowy i rządów sanacji, panuje atmosfera na wskroś katolicka, co nie pozwala jednemu z policjantów na dokładne przyjrzenie się sprawie. No bo jakżeż to? Podnosić rękę na Kościół? (Czuć ciut duszną atmosferę podobną do tej z felietonów Boya-Żeleńskiego - oczywiście w wersji light).

Później akcja przenosi się do Łodzi - miasta fabrykanckiego, nieskanalizowanego, szarego, brudnego, skorumpowanego. Miasta, w którym mieszają się cztery narodowości - w książce właściwie widać tylko Polaków i Żydów. Miasta, którym rządzi Ślepy Maks - Maks Bornstein (dla ciekawych kilka słów na jego temat znajduje się tutaj, początek na wysokości mniej więcej 1/3 strony)

I tu akcja się zagęszcza, bo oprócz rzeczywistych rzezimieszków, prawdziwych kieszonkowców i rozpieczonych dzieciaków fabrykantów, mamy też demoniczną Lilith, coś na kształt perkalowego dybuka i bezdusznego golema - cały żydowski folklor.

Zacznę od zalet, bo po wymienieniu wad ciśnienie może mi się podnieść i nie będę w stanie spojrzeć na książkę choć trochę obiektywnie. ;)

Na plus:

- jak na moje oko Lewandowski dość wiernie odmalował klimat polityczno-obyczajowy w okresie międzywojennym z tym wyśmianym przez Boya polskim katolicyzmem (nie było tego zbyt dużo - ale wystarczająco, by uatrakcyjnić lekką przecież książkę)

- nienachalnie wmieszał w intrygę znane nazwiska (choćby Tuwim, czy wspominany z uwielbieniem przez Frau Pasztelan prezes Hitler)

- wykazał się znajomością przedwojennej Warszawy i Łodzi (miło było kojarzyć, gdzie mniej więcej rozgrywała się akcja)

- naprawdę dobrze pokazał kulturę żydowską owych czasów, łącznie z niechęcią Polaków do tej nacji

I minusy:

- mamy kulturalną Warszawę z achami i ochami, ą, ę oraz wstrętną i beznadziejną Łódź

- w Warszawie mordercy są bardziej honorowi niż ich koledzy po fachu z Łodzi

- w Warszawie karierowiczostwo i korupcja znajdują jakieś tam usprawiedliwienie, w Łodzi... pewnie nie zaskoczę... w Łodzi są najohydniejszą zbrodnią

- w Warszawie znajdziemy sporo pozytywnych postaci, w Łodzi mamy tylko jednego bohatera pozytywnego - policjanta  Froima Breslauera, ale i żeby to nie było zbyt wiele, Froim jest spod Poznania, taaaa...

- a Tuwim? Czy Tuwim nie jest pozytywną postacią Łodzi. Otóż, moi mili państwo, nie jest. Bo siedzi w Warszawie i przynależy do stolicy. Wprawdzie to z jego ust padają jedyne miłe słowa pod adresem Łodzi, ale szybciutko znajduje się na to usprawiedliwienie: to nostalgia za dzieciństwem.

Pewnie gdybym nie miała z Łodzią nic wspólnego, „Perkalowy dybuk” bardzo by mi się spodobał. Ale jako że jestem z Łodzi i kocham moje miasto, które, odkąd pamiętam, jest wyśmiewane i wyszydzane, nie jestem w stanie do końca zachwycić się tą książką. I tak jak pan Lewandowski wraz ze swoimi bohaterami ma prawo powiedzieć po wyjeździe z Łodzi: „Dobrze jest znów wrócić na świat boży [...]. To miasto Łódź to jednak nie dla nas, warszawiaków”, tak i ja mam prawo podejść emocjonalnie do tego kryminału i powiedzieć: „Dobrze, że juz nie nurzam się w wiadrach pomyj wylanych na moje miasto. To jednak nie jest książka dla prawdziwych łodzian”. ;)

I żeby nie było... wcale nie uważam Łodzi za perłę środkowej Europy. Ale też nie sądzę, by była jej kloaką.

Chcąc nie chcąc, porównania z Krajewskim i Breslau same się nasuwają. I niemiecki Wrocław, i czterokulturowa Łódź nie są tymi miastami, które znamy dzisiaj. I tam, i tu autorzy pokazują mało chlubny obraz tych miast. Czytając cykl o komisarzu Mocku widać, że Krajewski kocha to miasto pomimo jego wad. A tutaj? Tutaj autor też kocha SWOJE miasto. Szkoda, że nie jest nim Łódź.

 

Czyli co? Nadal czekam na fajną książkę o przedwojennej Łodzi w stylu Breslau. A taką miałam nadzieję, że zadziałała zasada „chcesz i masz”. ;)

 

wtorek, 13 października 2009
„Opowiadania z Matisse’em w tle” - A. S. Byatt

Może Matisse nie należy do moich ulubionych malarzy, ale z ciekawością sięgnęłam po maleńki zbiorek trzech opowiadań inspirowanych twórczością tego właśnie pana. Wyszłam z założenia, że jeśli nawet nie przypadną mi one do gustu, to strata czasu będzie raczej niewielka. Oczekiwałam niemal analizy dzieł Matisse'a i nie dostałam tego. I cieszę się. Bo wbrew pozorom Matisse nie był głównym bohaterem tych opowiadań, lecz zaledwie przyczynkiem do opowiedzenia trzech historii o kilku kobietach. Został tu, moim zdaniem, potraktowany dość instrumentalnie.

Opowiadania z Matissem w tle

A te kobiety (przynajmniej niektóre) są mi w pewien sposób bliskie. Choć może  „bliskie” to nie jest dobre słowo - może lepiej by było, gdybym powiedziała, że je rozumiem. Bo kogo my tu mamy? Starzejącą się kobietę, która przychodzi do zakładu fryzjerskiego, w którym wisi „Różowy akt”, gdzie zmuszana jest do głupawych rozmów z fryzjerem. W lustrze kontempluje swój własny wizerunek, który coraz mniej się jej podoba. Widzi obcą, coraz starszą twarz. I słucha paplaniny Luciana, który ma dylemat, czy powinien wiązać swą przyszłość z młodą dziewczyną, czy może jednak „przełknąć” grube kostki własnej żony i pozostać z nią.

Rozowy akt

Mamy też zabieganą matkę, żonę, gospodynię - z pozoru kobietę sukcesu - która jest niespełniona w swej pracy. Pisze głupawe artykuliki do równie głupawego kolorowego tygodnika dla kobiet i przypomina sobie, że miała marzenia. Porzuciła je dlatego, gdyż chciała zapewnić twórczą atmosferę swojemu mężowi, który pragnie zgłębić istotę koloru u Matisse'a. Ogromną pomocą w jej codziennej walce i zachowaniu coraz bardziej zagrożonej równowagi jest prosta pani Brown, która ubiera się w dziwnie i kolorowo - i nie przeszkadza jej zestawienie różu i pomarańczowego.

Są jeszcze dwie kobiety - wykładowczyni studiów gender i studentka pisząca pracę u znawcy Matisse’a. Studentka, która nie godzi się na wizję kobiety w ujęciu tego artysty. Nie podoba jej się to, że jego kobiety są tylko ciałem bez twarzy. Bo sama jest kobietą bez ciała - pięknego ciała.

Podobały mi się te krótkie chwile spędzone z panią Byatt. Podobała mi się możliwość zajrzenia za kulisy codziennego życia kilku obcych kobiet. Podobał mi się jej plastyczny język i próba nazwania tego, co czasem wymyka się słowom. Podobały mi się kolory.

Doktor Himmelblau [...] nosi kostiumy w miękkich, głębokich, nie całkiem pospolitych kolorach śliwki, sadzy, czarnego tulipana, ciemnego mchu, i bawełniane koszule o czystych krojach [...] w równie czystych kolorach najbledszej cytryny, gęstej śmietany, barwinka, spłowiałego płomienia.

Widzę doktor Himmelblau, widzę jej strój, jej szafę odmalowaną jednym zdaniem.

poniedziałek, 12 października 2009
„Malowany welon” W. Somerset Maugham

Czasami zdarza się, że sięgam po daną książkę z zupełnie nieracjonalnych powodów. I tak „Malowany welon” wzięłam do ręki tylko dlatego, że kiedyś zobaczyłam, że jeden z fajniejszych aktorów (Edward Norton) wziął udział w jej ekranizacji. Filmu ostatecznie nie obejrzałam, ale gdzieś tam w głowie tłukła mi się myśl, że na pewno będzie to świetna, a przynajmniej dobra książka.

 Malowany welon

Na początku mamy trzy osoby dramatu: dość płytką Kitty, jej solidnego i w jej oczach nudnawego męża Waltera oraz jej kochanka Charlesa (którego imię raz pisane jest jako Charles, a w następnej linijce jako Karol, by za chwilę znów przeistoczyć się w Charlesa - denerwujące). Akcja rozgrywa się w latach 20. XX wieku w Chinach, dokąd udał się wraz z żoną bakteriolog, który przy okazji chce zbawić świat. Powieść zaczyna się od trzęsienia ziemi, czyli od domniemanego przyłapania niewiernej żony na zdradzie. Kitty martwi się, że w niesławie będzie musiała opuścić męża, by połączyć się z ukochanym, a Charles z kolei zastanawia się, jak załagodzić sprawę. Czyli od razu wiadomo, że kochankowi raczej nie po drodze z kochanką. A zdradzany mąż ma iście diabelski plan... hm... nie, na „diaboliczność” go nie stać - jest zbyt porządny, choć bardzo stanowczy. Po prostu stawia warunki swej żonie, wiedząc z góry, jak cała sprawa się zakończy. 

Niby fajnie, niby egzotycznie, niby interesująco się zaczyna, ale po drodze zastanawiałam się, czy Maugham doprowadzi do „nawrócenia” się Kitty i szczęśliwego zakończenia, czy może jednak wymyśli jakiegoś mało prawdopodobnego fikołka. I wymyślił fikołka, całkiem nawet realnego, no ale to, co odwaliła Kitty pod koniec książki, wywołało we mnie spory niesmak. Wplątywanie Boga w romansidło to chyba nie jest najlepszy pomysł. 

Ogólnie mówiąc żałuję, że w tym czasie nie sięgnęłam po coś ciekawszego.

sobota, 19 września 2009
„Matka Joanna od Aniołów” Jarosław Iwaszkiewicz

Uwielbiam polskie filmy z lat 60. I 70. Mają niepowtarzalny klimat, są niepokojące i niejednoznaczne. Lubię słuchać o tym, jakie budziły emocje - zwykle święte oburzenie starszego pokolenia. No bo jak to tak mówić o opętaniu w klasztorze? A może to nie są opętania, a choroba psychiczna? A tak w ogóle, to te zakonnice jakieś takie wyuzdane. Pamiętam totalny niesmak mojego dziadka na wieść o telewizyjnych powtórkach „Matki Joanny”. A ja kocham ten film.

Dlatego z chwilą gdy zobaczyłam ten tytuł w księgarni, nie miałam wątpliwości. I jak kupiłam, tak przeczytałam.

Matka Joanna od Aniołów

Rzecz się dzieje pod koniec XVII wieku w klasztorze urszulanek, gdzie mają miejsce dziwne rzeczy. Matka przełożona, a wraz z nią niemal wszystkie zakonnice, zostaje opętana przez złego. Nie pomagają żadne egzorcyzmy, co więcej, wydaje się, że po nich jest jeszcze gorzej. Opętania unika jedynie siostra Małgorzata, która nie zawsze przestrzega reguły zakonnej. Do Ludynia wsyłany zostaje ojciec Suryn, który ma zbadać sprawę i o ile się da, wypędzić szatana. Nie pomaga mu w tym świadomość tego, jak skończył poprzedni egzorcysta, ani pełna chorej ciekawości postawa okolicznych mieszkańców. Szuka siły w sobie, w modlitwach

Dla mnie jest to opowieść o przejawach zła, o próbie zaznaczenia własnej indywidualności i nieco naiwno-romanycznym zbawianiu świata. A może to nie zbawianie świata, ale ucieczka od roli, jaka została narzucona Surynowi? Na szczęście Iwaszkiewicz nie podaje gotowych rozwiązań i decyzje zostawia czytelnikowi.

Czytając „Matkę Joannę” uświadomiłam sobie, jak rzadko sięgam po polską klasykę. Zdecydowanie za rzadko, zwłaszcza gdy weźmie się pod uwagę, jak wielką przyjemność mi to sprawia! I postanowiłam to zmienić. Zobaczymy, co mi z tego wyjdzie. ;)

 

czwartek, 17 września 2009
„Zielony Dom” Mario Vargas Llosa

Od razu powiem – nie przeczytałam do końca tej książki, choć naprawdę bardzo rzadko to się zdarza. A wszystko wskazywało na to, że powinno mi się udać:

- Peru jako miejsce akcji (mam słabość do tego kraju)

- uznany i szanowany autor (ale nie przekreślam go)

- całkiem ciekawy pomysł na książkę

Zielony Dom

Co sprawiło, że poległam? Przede wszystkim nie tego mi trzeba w chwili, gdy mam mnóstwo pracy i jedynie, co jestem w stanie przyjąć, to miłe czytadło. Nie jest to zdecydowanie lektura, po którą można sięgnąć na 15 minut i znów się wziąć do pracy. Potrzeba skupienia, bo akcja… jakby tu napisać… akcja nie jest jednoznaczna. Bardzo wielu bohaterów, wiele wątków, które nie zawsze chcą się połączyć i ten język, do którego trzeba się długo przyzwyczajać…

Ach dziewczynki, Matko, gdyby je widziała, są prześliczne, don Fabio wyobraża sobie, a Matka widziała je, pani Reategui przysłała zdjęcia dziewczynek, starsza jak laleczka, a młodsza, co za oczy. […] Co do tego, don Fabio przesuwa się na krześle, pani Reategui może być spokojna, klaszcze leciutko, z Misji żadna nie wychodzi chora czy brudna, uśmiecha się, prawda, Matko, schyla nieco głowę, aż mi ło spojrzeć, w jakiej czystości tu mieszkają, a Reategui to prawda, Matko, ale jest jeszcze żona doktora Portillo.

Trochę mi szkoda odkładać tę książkę, bo nie mogę powiedzieć, że to bełkot. Po prostu nie ten czas, nie to miejsce. Może w innych okolicznościach przyrody?
środa, 09 września 2009
„Biała lwica” Henning Mankell

Oj, spodobała mi się „Biała lwica”, spodobała. Lubię łączyć przyjemne z pożytecznym i podczas lektury niezobowiązująco zdobywać informacje. Bo znów okazało się, że o Afryce Południowej mam dość mizerną wiedzę. Wstyd, kobieto, wstyd!

 Biała lwica

Historia rozpoczyna się w 1918 roku, kiedy młodzi i gniewni Burowie przysięgają sobie, że prędzej zginą, niż dopuszczą do tego, by czarni mieszkańcy RPA w jakikolwiek sposób mieli nad nimi przewagę. Ich wpływy gospodarcze i polityczne wzrastają. Segregacja rasowa ma się bardzo dobrze. Pięćdziesiąt lat później tajne Bractwo obchodzi rocznicę swego istnienia (też ma się dobrze), ale już  w 1990 r. z więzienia wychodzi symbol walki o równość wszystkich mieszkańców tego kraju - Nelson Mandela.  

A w 1992 roku w Skanii od strzału w czoło ginie kobieta - zadowolona dotąd z życia pośredniczka handlu nieruchomościami, metodystka, matka i żona. Żeby było ciekawiej/trudniej na miejscu zbrodni policjanci odnajdują palec czarnego mężczyzny. 

Akcja rozgrywa się dwutorowo: w RPA i Szwecji. W Afryce czytelnik widzi obcy świat, w którym Burowie gardzą Murzynami i liberalnymi Anglikami, czarnoskórzy gardzą białymi i ich się boją, zaś nikogo nie boją się ci, którzy mają pieniądze i władzę - jak wszędzie. W Szwecji mamy uporządkowany z pozoru świat, w którym jednak świetnie odnajdują się byli funkcjonariusze KGB wykorzystujący swoistą naiwność systemu szwedzkiego (przyznawanie obywatelstwa, brak dociekliwości urzędników) oraz przestrzeń.  

Plusy dla Mankella: 

- pokazanie odcieni szarości w biało-czarnym konflikcie w RPA. Obawiałam się, że Mankell będzie oskarżał tylko jedną stronę - tę, która ma władzę i może realnie coś zmienić. Bo tak byłoby najłatwiej: z ofiar systemu zrobić niewiniątka. Ale nie.  

- choć to tylko(?) kryminał, świetnie pokazuje sferę polityczną. Ciekawie się to czyta z perspektywy 16 lat, które minęły od czasu powstania tej książki, kiedy to zaszły spore zmiany w RPA (hm... warto zainteresować się, czy owe zmiany naprawdę przekładają się na życie zwyczajnego człowieka - sprawdzić!). 

- w poprzednich dwóch czytanych przeze mnie książkach („Zapora” i „Człowiek, który się uśmiechał”) nieco irytowało mnie u Wallandera to jego poleganie na intuicji. W „Białej lwicy” wszystkie momenty, gdy coś mu się „wydawało”, miało swoje logiczne uzasadnienie. Ciekawe, czy przy poprzednich książkach to ja byłam nieuważna, czy może bohater się zmienia (tak, wiem, że nie czytam chronologicznie)? 

- już wiem, co lubię w komisarzu! A właściwie w tym, jak Manekell go opisuje. Zwykle główny bohater kryminałów nie ma życia osobistego - a jeśli już, to jakieś szczątkowe, jakaś kobieta, żeby miał do kogo wrócić, jakiś kot, by ukazać jego samotność. Wallander nie tylko ma swoją pracę - ma też bliskich, którzy również domagają się jego uwagi: jest niby nieabsorbująca córka, ale bohater ma wyrzuty sumienia, że nie poświęca jej czasu, jest irytujący i trudny ojciec, którego czy się chce, czy nie, należy czasami odwiedzić. Te drobiazgi pozwalają uwierzyć, że Kurt Wallander może istnieć.  

To był inny Mankell.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9