Nie będzie tu recenzji, ale raczej opis wrażeń, jakie wiążą się z przeczytanymi książkami. Ku pamięci. Mojej pamięci.
RSS
czwartek, 15 października 2009
„Perkalowy dybuk” Konrad T. Lewandowski

Swego czasu, przy okazji jednego z kryminałów Krajewskiego z cyklu Breslau, napisałam, że z ogromną chęcią przeczytałabym podobną książkę o Łodzi. I krążąc po księgarni trafiłam na „Perkalowego dybuka”. Już sam tytuł brzmiał zachęcająco - bo dybuk to wyraźne odwołanie do kultury żydowskiej, która stanowi część historii mojego miasta. A gdy przeczytałam podtytuł: „Demoniczna sprawa nadkomisarza Drwęckiego w przedwojennej Łodzi” i zobaczyłam zdjęcie dawnej fabryki Poznańskiego, nie miałam wątpliwości. Kupiłam.

Perkalowy dybuk

O co chodzi:

Najpierw rzecz się dzieje w Warszawie - dochodzi do jatki na Krochmalnej. Warszawski policjant bez porozumienia ze zwierzchnikami (i też bez zabezpieczenia tyłów) postanawia rozprawić się z suterenami i całym szemranym towarzystwem. A w związku z tym, że nadkomisarz Drwęcki nic nie wie o akcji i musi tuszować sprawę przed dziennikarzami, postanawia ukarać Księżyka za niesubordynację... zesłaniem do Łodzi.

W międzyczasie zabito młodą dziewczynę lekkich obyczajów. Zdarza się. Problem w tym, że jej zwłoki znaleziono tuż za murem klasztoru. Męskiego, oczywiście. Drugi problem jest taki, że podejrzany o morderstwo braciszek postanowił własnoręcznie pożegnać się z tym łez padołem. A jako że mamy czasy moralnej odnowy i rządów sanacji, panuje atmosfera na wskroś katolicka, co nie pozwala jednemu z policjantów na dokładne przyjrzenie się sprawie. No bo jakżeż to? Podnosić rękę na Kościół? (Czuć ciut duszną atmosferę podobną do tej z felietonów Boya-Żeleńskiego - oczywiście w wersji light).

Później akcja przenosi się do Łodzi - miasta fabrykanckiego, nieskanalizowanego, szarego, brudnego, skorumpowanego. Miasta, w którym mieszają się cztery narodowości - w książce właściwie widać tylko Polaków i Żydów. Miasta, którym rządzi Ślepy Maks - Maks Bornstein (dla ciekawych kilka słów na jego temat znajduje się tutaj, początek na wysokości mniej więcej 1/3 strony)

I tu akcja się zagęszcza, bo oprócz rzeczywistych rzezimieszków, prawdziwych kieszonkowców i rozpieczonych dzieciaków fabrykantów, mamy też demoniczną Lilith, coś na kształt perkalowego dybuka i bezdusznego golema - cały żydowski folklor.

Zacznę od zalet, bo po wymienieniu wad ciśnienie może mi się podnieść i nie będę w stanie spojrzeć na książkę choć trochę obiektywnie. ;)

Na plus:

- jak na moje oko Lewandowski dość wiernie odmalował klimat polityczno-obyczajowy w okresie międzywojennym z tym wyśmianym przez Boya polskim katolicyzmem (nie było tego zbyt dużo - ale wystarczająco, by uatrakcyjnić lekką przecież książkę)

- nienachalnie wmieszał w intrygę znane nazwiska (choćby Tuwim, czy wspominany z uwielbieniem przez Frau Pasztelan prezes Hitler)

- wykazał się znajomością przedwojennej Warszawy i Łodzi (miło było kojarzyć, gdzie mniej więcej rozgrywała się akcja)

- naprawdę dobrze pokazał kulturę żydowską owych czasów, łącznie z niechęcią Polaków do tej nacji

I minusy:

- mamy kulturalną Warszawę z achami i ochami, ą, ę oraz wstrętną i beznadziejną Łódź

- w Warszawie mordercy są bardziej honorowi niż ich koledzy po fachu z Łodzi

- w Warszawie karierowiczostwo i korupcja znajdują jakieś tam usprawiedliwienie, w Łodzi... pewnie nie zaskoczę... w Łodzi są najohydniejszą zbrodnią

- w Warszawie znajdziemy sporo pozytywnych postaci, w Łodzi mamy tylko jednego bohatera pozytywnego - policjanta  Froima Breslauera, ale i żeby to nie było zbyt wiele, Froim jest spod Poznania, taaaa...

- a Tuwim? Czy Tuwim nie jest pozytywną postacią Łodzi. Otóż, moi mili państwo, nie jest. Bo siedzi w Warszawie i przynależy do stolicy. Wprawdzie to z jego ust padają jedyne miłe słowa pod adresem Łodzi, ale szybciutko znajduje się na to usprawiedliwienie: to nostalgia za dzieciństwem.

Pewnie gdybym nie miała z Łodzią nic wspólnego, „Perkalowy dybuk” bardzo by mi się spodobał. Ale jako że jestem z Łodzi i kocham moje miasto, które, odkąd pamiętam, jest wyśmiewane i wyszydzane, nie jestem w stanie do końca zachwycić się tą książką. I tak jak pan Lewandowski wraz ze swoimi bohaterami ma prawo powiedzieć po wyjeździe z Łodzi: „Dobrze jest znów wrócić na świat boży [...]. To miasto Łódź to jednak nie dla nas, warszawiaków”, tak i ja mam prawo podejść emocjonalnie do tego kryminału i powiedzieć: „Dobrze, że juz nie nurzam się w wiadrach pomyj wylanych na moje miasto. To jednak nie jest książka dla prawdziwych łodzian”. ;)

I żeby nie było... wcale nie uważam Łodzi za perłę środkowej Europy. Ale też nie sądzę, by była jej kloaką.

Chcąc nie chcąc, porównania z Krajewskim i Breslau same się nasuwają. I niemiecki Wrocław, i czterokulturowa Łódź nie są tymi miastami, które znamy dzisiaj. I tam, i tu autorzy pokazują mało chlubny obraz tych miast. Czytając cykl o komisarzu Mocku widać, że Krajewski kocha to miasto pomimo jego wad. A tutaj? Tutaj autor też kocha SWOJE miasto. Szkoda, że nie jest nim Łódź.

 

Czyli co? Nadal czekam na fajną książkę o przedwojennej Łodzi w stylu Breslau. A taką miałam nadzieję, że zadziałała zasada „chcesz i masz”. ;)

 

wtorek, 13 października 2009
„Opowiadania z Matisse’em w tle” - A. S. Byatt

Może Matisse nie należy do moich ulubionych malarzy, ale z ciekawością sięgnęłam po maleńki zbiorek trzech opowiadań inspirowanych twórczością tego właśnie pana. Wyszłam z założenia, że jeśli nawet nie przypadną mi one do gustu, to strata czasu będzie raczej niewielka. Oczekiwałam niemal analizy dzieł Matisse'a i nie dostałam tego. I cieszę się. Bo wbrew pozorom Matisse nie był głównym bohaterem tych opowiadań, lecz zaledwie przyczynkiem do opowiedzenia trzech historii o kilku kobietach. Został tu, moim zdaniem, potraktowany dość instrumentalnie.

Opowiadania z Matissem w tle

A te kobiety (przynajmniej niektóre) są mi w pewien sposób bliskie. Choć może  „bliskie” to nie jest dobre słowo - może lepiej by było, gdybym powiedziała, że je rozumiem. Bo kogo my tu mamy? Starzejącą się kobietę, która przychodzi do zakładu fryzjerskiego, w którym wisi „Różowy akt”, gdzie zmuszana jest do głupawych rozmów z fryzjerem. W lustrze kontempluje swój własny wizerunek, który coraz mniej się jej podoba. Widzi obcą, coraz starszą twarz. I słucha paplaniny Luciana, który ma dylemat, czy powinien wiązać swą przyszłość z młodą dziewczyną, czy może jednak „przełknąć” grube kostki własnej żony i pozostać z nią.

Rozowy akt

Mamy też zabieganą matkę, żonę, gospodynię - z pozoru kobietę sukcesu - która jest niespełniona w swej pracy. Pisze głupawe artykuliki do równie głupawego kolorowego tygodnika dla kobiet i przypomina sobie, że miała marzenia. Porzuciła je dlatego, gdyż chciała zapewnić twórczą atmosferę swojemu mężowi, który pragnie zgłębić istotę koloru u Matisse'a. Ogromną pomocą w jej codziennej walce i zachowaniu coraz bardziej zagrożonej równowagi jest prosta pani Brown, która ubiera się w dziwnie i kolorowo - i nie przeszkadza jej zestawienie różu i pomarańczowego.

Są jeszcze dwie kobiety - wykładowczyni studiów gender i studentka pisząca pracę u znawcy Matisse’a. Studentka, która nie godzi się na wizję kobiety w ujęciu tego artysty. Nie podoba jej się to, że jego kobiety są tylko ciałem bez twarzy. Bo sama jest kobietą bez ciała - pięknego ciała.

Podobały mi się te krótkie chwile spędzone z panią Byatt. Podobała mi się możliwość zajrzenia za kulisy codziennego życia kilku obcych kobiet. Podobał mi się jej plastyczny język i próba nazwania tego, co czasem wymyka się słowom. Podobały mi się kolory.

Doktor Himmelblau [...] nosi kostiumy w miękkich, głębokich, nie całkiem pospolitych kolorach śliwki, sadzy, czarnego tulipana, ciemnego mchu, i bawełniane koszule o czystych krojach [...] w równie czystych kolorach najbledszej cytryny, gęstej śmietany, barwinka, spłowiałego płomienia.

Widzę doktor Himmelblau, widzę jej strój, jej szafę odmalowaną jednym zdaniem.

poniedziałek, 12 października 2009
„Malowany welon” W. Somerset Maugham

Czasami zdarza się, że sięgam po daną książkę z zupełnie nieracjonalnych powodów. I tak „Malowany welon” wzięłam do ręki tylko dlatego, że kiedyś zobaczyłam, że jeden z fajniejszych aktorów (Edward Norton) wziął udział w jej ekranizacji. Filmu ostatecznie nie obejrzałam, ale gdzieś tam w głowie tłukła mi się myśl, że na pewno będzie to świetna, a przynajmniej dobra książka.

 Malowany welon

Na początku mamy trzy osoby dramatu: dość płytką Kitty, jej solidnego i w jej oczach nudnawego męża Waltera oraz jej kochanka Charlesa (którego imię raz pisane jest jako Charles, a w następnej linijce jako Karol, by za chwilę znów przeistoczyć się w Charlesa - denerwujące). Akcja rozgrywa się w latach 20. XX wieku w Chinach, dokąd udał się wraz z żoną bakteriolog, który przy okazji chce zbawić świat. Powieść zaczyna się od trzęsienia ziemi, czyli od domniemanego przyłapania niewiernej żony na zdradzie. Kitty martwi się, że w niesławie będzie musiała opuścić męża, by połączyć się z ukochanym, a Charles z kolei zastanawia się, jak załagodzić sprawę. Czyli od razu wiadomo, że kochankowi raczej nie po drodze z kochanką. A zdradzany mąż ma iście diabelski plan... hm... nie, na „diaboliczność” go nie stać - jest zbyt porządny, choć bardzo stanowczy. Po prostu stawia warunki swej żonie, wiedząc z góry, jak cała sprawa się zakończy. 

Niby fajnie, niby egzotycznie, niby interesująco się zaczyna, ale po drodze zastanawiałam się, czy Maugham doprowadzi do „nawrócenia” się Kitty i szczęśliwego zakończenia, czy może jednak wymyśli jakiegoś mało prawdopodobnego fikołka. I wymyślił fikołka, całkiem nawet realnego, no ale to, co odwaliła Kitty pod koniec książki, wywołało we mnie spory niesmak. Wplątywanie Boga w romansidło to chyba nie jest najlepszy pomysł. 

Ogólnie mówiąc żałuję, że w tym czasie nie sięgnęłam po coś ciekawszego.

sobota, 19 września 2009
„Matka Joanna od Aniołów” Jarosław Iwaszkiewicz

Uwielbiam polskie filmy z lat 60. I 70. Mają niepowtarzalny klimat, są niepokojące i niejednoznaczne. Lubię słuchać o tym, jakie budziły emocje - zwykle święte oburzenie starszego pokolenia. No bo jak to tak mówić o opętaniu w klasztorze? A może to nie są opętania, a choroba psychiczna? A tak w ogóle, to te zakonnice jakieś takie wyuzdane. Pamiętam totalny niesmak mojego dziadka na wieść o telewizyjnych powtórkach „Matki Joanny”. A ja kocham ten film.

Dlatego z chwilą gdy zobaczyłam ten tytuł w księgarni, nie miałam wątpliwości. I jak kupiłam, tak przeczytałam.

Matka Joanna od Aniołów

Rzecz się dzieje pod koniec XVII wieku w klasztorze urszulanek, gdzie mają miejsce dziwne rzeczy. Matka przełożona, a wraz z nią niemal wszystkie zakonnice, zostaje opętana przez złego. Nie pomagają żadne egzorcyzmy, co więcej, wydaje się, że po nich jest jeszcze gorzej. Opętania unika jedynie siostra Małgorzata, która nie zawsze przestrzega reguły zakonnej. Do Ludynia wsyłany zostaje ojciec Suryn, który ma zbadać sprawę i o ile się da, wypędzić szatana. Nie pomaga mu w tym świadomość tego, jak skończył poprzedni egzorcysta, ani pełna chorej ciekawości postawa okolicznych mieszkańców. Szuka siły w sobie, w modlitwach

Dla mnie jest to opowieść o przejawach zła, o próbie zaznaczenia własnej indywidualności i nieco naiwno-romanycznym zbawianiu świata. A może to nie zbawianie świata, ale ucieczka od roli, jaka została narzucona Surynowi? Na szczęście Iwaszkiewicz nie podaje gotowych rozwiązań i decyzje zostawia czytelnikowi.

Czytając „Matkę Joannę” uświadomiłam sobie, jak rzadko sięgam po polską klasykę. Zdecydowanie za rzadko, zwłaszcza gdy weźmie się pod uwagę, jak wielką przyjemność mi to sprawia! I postanowiłam to zmienić. Zobaczymy, co mi z tego wyjdzie. ;)

 

czwartek, 17 września 2009
„Zielony Dom” Mario Vargas Llosa

Od razu powiem – nie przeczytałam do końca tej książki, choć naprawdę bardzo rzadko to się zdarza. A wszystko wskazywało na to, że powinno mi się udać:

- Peru jako miejsce akcji (mam słabość do tego kraju)

- uznany i szanowany autor (ale nie przekreślam go)

- całkiem ciekawy pomysł na książkę

Zielony Dom

Co sprawiło, że poległam? Przede wszystkim nie tego mi trzeba w chwili, gdy mam mnóstwo pracy i jedynie, co jestem w stanie przyjąć, to miłe czytadło. Nie jest to zdecydowanie lektura, po którą można sięgnąć na 15 minut i znów się wziąć do pracy. Potrzeba skupienia, bo akcja… jakby tu napisać… akcja nie jest jednoznaczna. Bardzo wielu bohaterów, wiele wątków, które nie zawsze chcą się połączyć i ten język, do którego trzeba się długo przyzwyczajać…

Ach dziewczynki, Matko, gdyby je widziała, są prześliczne, don Fabio wyobraża sobie, a Matka widziała je, pani Reategui przysłała zdjęcia dziewczynek, starsza jak laleczka, a młodsza, co za oczy. […] Co do tego, don Fabio przesuwa się na krześle, pani Reategui może być spokojna, klaszcze leciutko, z Misji żadna nie wychodzi chora czy brudna, uśmiecha się, prawda, Matko, schyla nieco głowę, aż mi ło spojrzeć, w jakiej czystości tu mieszkają, a Reategui to prawda, Matko, ale jest jeszcze żona doktora Portillo.

Trochę mi szkoda odkładać tę książkę, bo nie mogę powiedzieć, że to bełkot. Po prostu nie ten czas, nie to miejsce. Może w innych okolicznościach przyrody?
środa, 09 września 2009
„Biała lwica” Henning Mankell

Oj, spodobała mi się „Biała lwica”, spodobała. Lubię łączyć przyjemne z pożytecznym i podczas lektury niezobowiązująco zdobywać informacje. Bo znów okazało się, że o Afryce Południowej mam dość mizerną wiedzę. Wstyd, kobieto, wstyd!

 Biała lwica

Historia rozpoczyna się w 1918 roku, kiedy młodzi i gniewni Burowie przysięgają sobie, że prędzej zginą, niż dopuszczą do tego, by czarni mieszkańcy RPA w jakikolwiek sposób mieli nad nimi przewagę. Ich wpływy gospodarcze i polityczne wzrastają. Segregacja rasowa ma się bardzo dobrze. Pięćdziesiąt lat później tajne Bractwo obchodzi rocznicę swego istnienia (też ma się dobrze), ale już  w 1990 r. z więzienia wychodzi symbol walki o równość wszystkich mieszkańców tego kraju - Nelson Mandela.  

A w 1992 roku w Skanii od strzału w czoło ginie kobieta - zadowolona dotąd z życia pośredniczka handlu nieruchomościami, metodystka, matka i żona. Żeby było ciekawiej/trudniej na miejscu zbrodni policjanci odnajdują palec czarnego mężczyzny. 

Akcja rozgrywa się dwutorowo: w RPA i Szwecji. W Afryce czytelnik widzi obcy świat, w którym Burowie gardzą Murzynami i liberalnymi Anglikami, czarnoskórzy gardzą białymi i ich się boją, zaś nikogo nie boją się ci, którzy mają pieniądze i władzę - jak wszędzie. W Szwecji mamy uporządkowany z pozoru świat, w którym jednak świetnie odnajdują się byli funkcjonariusze KGB wykorzystujący swoistą naiwność systemu szwedzkiego (przyznawanie obywatelstwa, brak dociekliwości urzędników) oraz przestrzeń.  

Plusy dla Mankella: 

- pokazanie odcieni szarości w biało-czarnym konflikcie w RPA. Obawiałam się, że Mankell będzie oskarżał tylko jedną stronę - tę, która ma władzę i może realnie coś zmienić. Bo tak byłoby najłatwiej: z ofiar systemu zrobić niewiniątka. Ale nie.  

- choć to tylko(?) kryminał, świetnie pokazuje sferę polityczną. Ciekawie się to czyta z perspektywy 16 lat, które minęły od czasu powstania tej książki, kiedy to zaszły spore zmiany w RPA (hm... warto zainteresować się, czy owe zmiany naprawdę przekładają się na życie zwyczajnego człowieka - sprawdzić!). 

- w poprzednich dwóch czytanych przeze mnie książkach („Zapora” i „Człowiek, który się uśmiechał”) nieco irytowało mnie u Wallandera to jego poleganie na intuicji. W „Białej lwicy” wszystkie momenty, gdy coś mu się „wydawało”, miało swoje logiczne uzasadnienie. Ciekawe, czy przy poprzednich książkach to ja byłam nieuważna, czy może bohater się zmienia (tak, wiem, że nie czytam chronologicznie)? 

- już wiem, co lubię w komisarzu! A właściwie w tym, jak Manekell go opisuje. Zwykle główny bohater kryminałów nie ma życia osobistego - a jeśli już, to jakieś szczątkowe, jakaś kobieta, żeby miał do kogo wrócić, jakiś kot, by ukazać jego samotność. Wallander nie tylko ma swoją pracę - ma też bliskich, którzy również domagają się jego uwagi: jest niby nieabsorbująca córka, ale bohater ma wyrzuty sumienia, że nie poświęca jej czasu, jest irytujący i trudny ojciec, którego czy się chce, czy nie, należy czasami odwiedzić. Te drobiazgi pozwalają uwierzyć, że Kurt Wallander może istnieć.  

To był inny Mankell.

piątek, 04 września 2009
„Wampir z Ropraz” Jacques Chessex

Czy to możliwe, bym nie znała żadnego autora ze Szwajcarii? Hm... nikt mi nie przychodzi do głowy, czyli zaliczam tę lekturę do wyzwania „Literatura na peryferiach”.

 Wampir z Ropraz

Jest to pozycja skromnych, bardzo skromnych rozmiarów, ale jej forma i treść potrafią zapaść w pamięci na długo. Przede wszystkich historia oparta jest na faktach, co nie ułatwia lektury. Nie mamy tu do czynienia z mitycznym wampirem* wysysającym krew młodych dziewic, lecz kogoś, kto dzień po pogrzebie młodej kobiety rozkopuje jej grób, gwałci zwłoki i pożywia się jej szczątkami. Rewelacyjnie pokazana jest postawa mieszkańców okolicznych miasteczek, którzy nie bardzo wiedzą, jak zareagować na taką profanację. 

Wszędzie bowiem wyciągamy Chrystusa, jaki zachował się jeszcze z czasów katolickich. We wszystkich wioskach i osadach do ram okiennych, zasuwek w oknach, nadproży, balkonów, furtek, a nawet do ukrytych drzwi i w piwnicach, przymocowane są girlandy z czosnku i świętych obrazków, od których potwór z Ropraz musi się przekręcić. Krzyże znów wznoszą się nad tym protestanckim krajem, gdzie nie widziano ich od czterystu lat. Na wzgórzach, przy drogach ponownie stają te od czasu reformacji pogardzane obiekty. Czy wampir lęka się znaku Chrystusa? „No, to zmusi go do namysłu! I pies jest spuszczony”. 

Język Chessexa jest z jednej strony mroczny, a z drugiej reporterski. Dzięki temu czytelnik widzi wydarzenia w taki sposób, jakby opowiadał je obiektywny komentator, któremu nie zależy na podgrzewaniu atmosfery i wzbudzaniu sensacji. A to właśnie sprawia, że atmosfera staje się naprawdę nie do wytrzymania. 

Nie mogę powiedzieć, że polecam tę książkę, bo nie jest ona dla każdego. Chyba lepiej wziąć ją do ręki w jakiejś księgarni, przeczytać kilka stron i samemu zdecydować, czy chce się wejść w świat, z którego nie wyjdzie się w stanie niewinnym. (I tu wychodzą minusy posiadania dziecka, które jest molem książkowym - złapała książkę, zanim ja po nią sięgnęłam, usiadła cicho w kącie, a po dwóch godzinach powiedziała: „Mamo, chyba nie dasz rady”. Bogowie! A ona ma 13 lat!!! Jestem zła na siebie, że mnie ubiegła). 

---

* Nazwanie tytułowego bohatera wampirem przypomina mi moje pierwsze w życiu zetknięcie się z tym terminem. Będąc dziecięciem słyszałam o bodaj „wampirze ze Śląska” (czy skądeś tam) i chodziło o gwałciciela i mordercę. Dopiero później zaczęłam kojarzyć tę nazwę z gościem z długimi zębami, który śpi w trumnie. Takie trochę odwrócenie chronologii.
wtorek, 25 sierpnia 2009
„Smażone zielone pomidory” Fannie Flagg

Książka ta leżała na mojej półce przez kilka lat i jakoś mnie nie pociągała. Trzeba było kolorowego wyzwania, bym po nią sięgnęła. Wzięłam do ręki i trudno było ją odłożyć.

 Smażone zielone pomidory

Pani Cleowa (czyli żona mężczyzny o imieniu Cleo) Threadgood, starsza pani przebywająca dla towarzystwa w domu spokojnej starości (nie mylić z polskimi domami starców), to niezwykła babeczka, która niejedno widziała, niejedno przeżyła i niejedno pamięta. Właśnie siedzi w pokoju ogólnym i wydaje się, że każdemu opowiada swoje nudne historie z nudnego życia. Takie zapewne wrażenie ma Evelyn Couch, która przyszła w odwiedziny do swojej teściowej i trafiła na panią Cleową. Przyszła raz, posłuchała chwilę i poszła. Przyszła drugi raz, posłuchała i nawet się zainteresowała. Przyszła trzeci raz i wsiąknęła w opowieść pani Threadgood. Bo Ninny (jak ją zwano) nie dość, że była świadkiem wielu ciekawych wydarzeń - choć to są takie zwyczajne wydarzenia typu: ktoś otworzył kawiarnię, ktoś miał wypadek, ktoś się zakochał - to umie je rewelacyjnie opowiedzieć. 

A Evelyn? To zahukana kobieta w średnim wieku, która nie jest szczęśliwa, jest rozczarowana swoim życiem, rozczarowana sobą, nie radzi sobie z menopauzą i nagle radością jej życia stają się rozmowy ze staruszką. Czerpie z nich siłę do oddychania i walki o swoje... hm... nawet nie marzenia, ale prawo do bycia sobą. 

Sama powieść to króciutkie rozdziały zabierające nas w przeszłość i z powrotem do czasów współczesnych (rok 1986) przeplatane wycinkami z gazet, ogłoszeń itp. Początkowo ten zabieg trochę mnie drażnił. Potem bardzo odpowiadało mi takie skakanie po datach. 

Zastanawiałam się nad światem pani Cleowej - tym światem z czasów jej młodości. Jesteśmy w Stanach Zjednoczonych, w Alabamie w latach 20. 30. XX wieku. Alabama, czyli głębokie południe razem z niewolnictwem, miejsce, gdzie normalne są słowa typu: „Pani czarny musi zostać przed szpitalem”, gdzie słowo człowieka o ciemnej skórze nie ma żadnego znaczenia. I w tym właśnie niezrozumiałym dla mnie świecie istnieją osoby nieprzystające do swoich czasów - przyjaźnią się z czarnoskórymi, nie widzą nic dziwnego w miłości jednej kobiety do drugiej, po prostu widzą człowieka w człowieku. Ale nie jest to opowieść moralizatorska. Owi ludzie żyją tak, jak potrafią i tak, jak myślą, że jest uczciwie. Nie uważają się za jakichś bohaterów. A może nasze widzenie Południa jest wykrzywione przez zbyt „czarno-białe” lektury i filmy? Może nie było tak źle? Nie wiem... 

Nie jest to książka „niezwykle zabawna, pełna humoru”, jak wyczytałam na okładce. Jakoś nie uśmiałam się do łez. Nie odbieram jej też jako literatury kobiecej. Cóż, taki zabieg marketingowy wydawnictwa może przynieść odwrotny rezultat, bo dobrowolnie nie sięgnęłabym po tę książkę właśnie ze względu na to dziwne przypisanie jej do literatury kobiecej (kurcze, a czy „Czarodziejska góra” to literatura męska?!). Ech, poniosło mnie. ;) 

Co do koloru... Tak, w tytule pojawia się kolor zielony (aha - przepisy i tytułowe pomidory nie robią na mnie wrażenia, bo gotować nie znoszę!), ale chętnie przypisałabym tę historię do kategorii „czarne”. Bo chyba więcej było mowy o czarnym niż o zielonym. 

--- 

Widziałam, że książka budzi skrajne uczucia. Niektórzy czytelnicy zarzucają jej zbytnią sielskość. Hm... może jestem dziwna, ale w moim odczuciu była to dość smutna książka. A zbyt cukierkowate postaci? Sama nie wiem - może to po prostu zwyczajni, porządni i nudnawi ludzie, których pełno wokół nas, a których nie ma na pierwszych stronach gazet.  

Na pewno nie rzuciła mnie na kolana, ale bardzo miło spędziłam z nią czas.

poniedziałek, 24 sierpnia 2009
„Rozmowy nad Nilem” Nadżib Mahfuz

Anis Zaki jest właścicielem barki przycumowanej na Nilu, na której co wieczór spotyka się grupa ekscentrycznych przyjaciół, aby wspólnie upalić się haszyszem. Trudno powiedzieć, że widzimy przekrój społeczeństwa egipskiego, bo są to raczej przedstawiciele tamtejszej wyższej warstwy i bohemy - aktor, adwokat, ktoś z ministerstwa, krytyk, pisarz itp. Jedyny przedstawiciel „ludu”, to bogobojny służący, który pomimo tego, że jest oddanym muzułmaninem, organizuje panienki swojemu pracodawcy i załatwia narkotyki. Czy jest jedynym sprawiedliwym, głosem sumienia? Jeśli tak, to jego głos jest bardzo cichy.

 Rozmowy nad Nilem

Główny bohater to człowiek po przejściach, który zatraca kontakt z rzeczywistością i choć jest najbardziej wyizolowany na swej barce, czytelnik ma wrażenie, że jest to ktoś, kto ma najwięcej do powiedzenia. Naprawdę zazdrościłam mu możliwości choćby sztucznego, ale jednak oderwania się od życia. 

Jeśli wiele klęsk następuje po sobie, to niwelują się nawzajem i wówczas ogarnia cię uczucie szczęścia, które ma niezwykły smak. Możesz śmiać się z całego serca, nie wiedząc, co to strach. 

Tytuł IDEALNIE oddaje treść tej książki. Bo co w niej znajdujemy? Tak, rozmowy nad Nilem. Nic mniej i niewiele więcej. Ale jakie to rozmowy! Ich tematem nie jest to co przyziemne czy polityka (no, może jedynie w kontekście zakazu palenia haszyszu i zagrożenia wizytą policji), lecz kondycja ludzkiego życia, jego bezsens, to co ważne, próba ucieczki od świata obowiązków i noszenia masek. 

O uniwersalizmie tej powieści niech świadczy to, że gdyby zmienić kilka szczegółów i tytuł na „Rozmowy nad Sekwaną” czy inną Tamizą, nikt by nie poczuł żadnego zgrzytu. Jest to o tyle cenne, że wielu Europejczyków ma wbudowaną wyższość nad światem muzułmańskim, uważa, że Arabowie myślą zupełnie inaczej i nie ma wspólnej płaszczyzny. A tu niespodzianka. To prawda, że są różnice religijno-kulturowe. To prawda, że tam jest więcej wielbłądów niż tu. Ale to wciąż tacy sami ludzie, którzy tak jak i my mogą mieć dość polityków, ich nadmiernej ingerencji, którzy kochają się i nienawidzą. Bogowie - wiem, że brzmi to naiwnie i pseudogórnolotnie. Ale jest to taki aspekt sztuki, który do mnie najbardziej przemawia - w obliczu doświadczeń (i nie mówię tu tylko o nieszczęściach, lecz ogólnie) wszyscy jesteśmy tacy sami.  

Jakoś nie potrafię napisać o tej książce nic mądrego. Szkoda.

Dopisane: Książka naprawdę mi się podobała. A nie mogę napisać nic mądrego nie dlatego, że książka słaba, tylko mnie talentu nie wystarcza. ;)

sobota, 22 sierpnia 2009
„Następca” Ismail Kadare

Albania to dziwny kraj, o którym niewiele się wie, choć przecież leży w Europie. Wstępem niech będzie bardzo szybki rzut oka na historię powojenną, bo choć to książka niezwykle uniwersalna bardzo wyraźnie tkwi w konkretnym kontekście historycznym tego kraju. 

Po drugiej wojnie światowej Albania znalazła się w bloku komunistycznym. Nie była jednak niewolniczo oddana ZSRR, choć nie można powiedzieć, by chciała się wyrzec komunizmu. Przeciwnie. Albania (w jakiś niepojęty przeze mnie sposób) potrafiła skrytykować działania ZSRR (jako zbyt imperialistyczne), wystąpić z Układu Warszawskiego, zacieśnić związki z komunistycznymi Chinami i nie została jednocześnie zakryta czapkami przez Sowietów. Później zerwała też stosunki z Chinami. I stała się chyba najbardziej odizolowanym krajem Europy, o którym się nie mówiło - bo nikt nie wiedział, co mówić. W interesującym nas momencie władzę sprawował Enver Hodża, a premierem rządu był Mehmet Shehu (który, wedle wersji oficjalnej, popełnił samobójstwo).

 Nastepca

I właśnie o owym samobójstwie/zabójstwie pisze Kadare. I tu oddaję głos autorowi: 

Następcę znaleziono martwego w jego własnej sypialni o świcie 14 grudnia. W południe albańska telewizja nadała krótki komunikat: "W nocy z 13 na 14 grudnia Następca na skutek załamania nerwowego popełnił samobójstwo przy użyciu broni palnej". 

Światowe agencje informacyjne rozpowszechniły oficjalną albańską wersję. Dopiero późnym popołudniem, kiedy jugosłowiańskie radio zasugerowało, że samobójstwo mogło być morderstwem, agencje zmieniły trochę tekst, podając obie możliwe wersje. [...] 

Choć ta śmierć wstrząsnęła krajem, to po pierwszym szoku dla ludzi, którzy siedzieli z oczami wlepionymi w ekrany telewizorów, stało się jasne, że zrezygnowano zarówno ze zmian w programie telewizyjnym i radiowym, jak i z ogłoszenia żałoby narodowej. Wprawdzie był to kraj, który „utracił krzyż”, ale samobójstwo, podobnie jak w religii chrześcijańskiej, mimo wszystko zgodnie potępiano. Prócz tego, i to było najważniejsze, przez całą jesień, a zwłaszcza na początku zimy, spodziewano się upadku Następcy. 

I już od początku czytelnik, po pierwsze, wie, że o Albanii nic nie wie, a po drugie, że ta nieznana historia (tak w szerszej, jak i węższej perspektywie) może być niezwykle interesująca. Bo co my tu mamy? Opowieść o dziwnym i nigdy do końca nie wyjaśnionym przypadku śmierci Następcy, który choć żyje w cieniu Wodza, jest jego prawą ręką i niejedno ma na sumieniu. Widzimy mechanizmy władzy i to WŁADZY dyktatorskiej i nieograniczonej. Mamy obraz strachu przed... hm... nie tylko przed władzą jako taką, ale i przed własnym wyobrażeniem o możliwościach władzy. Niewypowiedziane oskarżenia, zbrodnie popełniane we własnym umyśle, podejrzenia i służalczość. Zanik takich ludzkich uczuć, jak miłość do własnych dzieci, współczucie dla drugiego człowieka. Podporządkowanie wszystkiego jakiejś ideologii, która, jak każdy światopogląd, może zaprowadzić człowieka wszędzie - niekoniecznie tam, gdzie chce iść. 

Czytałam i wręcz się dusiłam. Podobne wrażenie zrobił na mnie „Proces” Kafki, kiedy byłam do bólu bezsilna. Józef K. był oskarżony, choć nie wiedział z jakiego powodu. U Kadare’a można było nie być oskarżonym, a samemu się potępić i może nawet skazać na śmierć. 

Ciekawa jest narracja „Następcy” - słychać wiele głosów różnych bohaterów i czytelnik ma możliwość poznania tzw. „prawdy” z różnych punktów widzenia. Czy możliwe jest poznanie Prawdy? Chyba nigdy nie jest to możliwe.  

Zawsze interesuje mnie to, jak autor wpływa na uczucia czytelników. I tu się nie zawiodłam. Kilka razy sympatyzowałam z kimś, kto później wcale nie okazywał się postacią kryształową. Lubię to. 

Cytat na koniec: "Ten ból wiązał się ze sztuką. Zdradziłem ją. Własnymi rękami zdusziłem własny talent. Wszyscy robiliśmy to samo i prawie wszyscy znajdowaliśmy usprawiedliwienie na nasze wiarołomstwo: czasy, w których żyliśmy".

Podsumowując: rewelacyjna książka z kraju wciąż nieznanego. Zdecydowanie polecam!

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8